RECENZJE

Adult
Anxiety Always

2003, Ersatz Audio 6.9

Swoje nagrania Adult wydają za pośrednictwem Ersatz Audio, którego, co ciekawe, są także właścicielami. Label ten powołali do życia osiem lat temu Adam Lee Miller wspólnie z R. Saltzem, aby rozwijać wymyślony przez siebie nurt "ultra-synthetic". Przez termin ten rozumieli rodzaj nagrań brzmiących maksymalnie sztucznie (syntetycznie), oczywiście tworzonych za pomocą komputera. Efektem miało być odhumanizowanie dźwięku, osiągnięcie wrażenia muzyki nagrywanej przez roboty, tak aby (jakby to powiedziała moja babcia) nie znać tu było ręki człowieka. Zadanie to, szczególnie twórcom, wydawało się niemożliwe do realizacji, lecz ambicja oraz fascynacja własną ideą nakazała wytrwać w próbach.

Przełom nadszedł w osobie Nicoli Kuperus, która to zajęła w wytwórni miejsce Saltza (odszedł by spełniać się jako naukowiec komputerowy), ale co ważniejsze okazała się bratnią duszą Adama. Nie dość, że złączyli swoje siły w odkrywaniu przed muzyką nieznanego, to wymienili się obrączkami. I jeśli w małżeństwie obdarzają się równie hojnie jak w studiu, to ich prywatna relacja jest swoistym ideałem. Kobieta dała melodie, wrażliwość, teksty, a mężczyzna to oprogramował, zamienił na bity. Zadbał aby wszystko miało ręce i nogi. Ej, genialne przejesz, nie ma takich historii, one się nie zdarzają. No i jeszcze kwestia artworku, tradycyjnie już dzieła Kuperus. Podobnie jak sama zawartość ich wydawnictw, przesycony jest treścią, pełen symboliki. Tegoroczna okładka przedstawia wyostrzone zdjęcie ubranej w schludną garsonkę kobiety (twarz poza kadrem) w(y)siadającej do (z) samochodu. Garsonka, garnitur, czy też mundurek to zresztą stały element ubioru pary z Detroit, co koreluje znakomicie z efektem alienacji, nierealności, jaki chcieli uzyskać. Oni nie są przygodnymi znajomymi, z którymi chadza się na bro i disco. To istoty odległe, nieprzystępne, ze stoickim spokojem kontestujące naszą marną rzeczywistość. Ich sądy są obiektywne, a podlega im obraz społeczeństwa, realia egzystencji jednostki oraz relacje międzyludzkie, na które rzecz jasna patrzą z pełną pogardą.

Wydanym w 2001 zbiorem singli Resuscitation zakochana para dała się poznać szerszemu gremium jako oryginalna, w pełni dojrzała artystycznie formacja. Styl duetu oparł się na założeniach ultra-synthetic, nabrawszy jednak cech stricte popowych. Nieskomplikowane melodie oraz zaraźliwe hooki nadały bowiem ich muzyce przystępnej formy, aczkolwiek wpływ ten udało się autorom utrzymać w ryzach na tyle, aby przebojowość nie zatarła misternie budowanego napięcia. Na pierwszy plan wybił się wokal Nicoli, która, jeśli jeszcze tego nie powiedziałem, jest wybitną obserwatorką i autorką tekstów. Choć może trudno w to uwierzyć, potrafi ona poddać przekazywane treści wpierw przedmiotowej analizie, a następnie tak skutecznej syntezie, że kilkuset stronicowe rozprawy filozoficzne jest w stanie sprowadzić do jednego tylko wersu, lub też zwięzłej historyjki. Ponadto artystka wykorzystuje znany i lubiany zabieg kontrastu. Posługując się zimną, beznamiętną barwą markuje złowieszczy dystans, udaje brak zaangażowania, będąc przecież wrażliwą, współczującą i skorą do intymnych wyznań osobą.

Ledwie jednak zatopimy się w jej metaliczny flow, szukając odpowiedzi na nurtujące nas pytania, a już doświadczymy kolejnego zaskoczenia. Bo oto słyszymy, że ta niepozorna kobieta ma w sobie najprawdziwszy żar, zmysłowość. Pobudza, podnieca, nie pozostawia słuchacza obojętnym. Jeśli Karen O powoduje u was – to raczej do samców – ślinotok i mrowienie w kroczu (Grek, nie czytaj tego), to podobnie możecie reagować na popisy Kuperus. Różnica jest taka, że w opozycji do koleżanki z NY uwodzenie nie jest jej celem. Tak to po prostu wychodzi, co niechcący potęguje wrażenie, że Adult to twór z kosmosu, którego jedno skinięcie ręki determinuje nasze samopoczucie, zachowanie. Przyznacie, że wszystko to razem jest trochę niesamowite.

Ale mieliśmy rozmawiać o Jordanie. Anxiety Always – już sam tytuł powoduje dreszcze, a kiedy odpalimy płytę paranoiczna atmosfera niepokoju sięgnie najgłębszych zakamarków naszej świadomości. Adult zdołało pogłębić neurotyczny charakter kompozycji, chętniej niż w przeszłości usuwając bit na drugi plan, a zastępując go rozedrganymi warstwami wygenerowanymi przez syntezatory. Na singlach sekret ich mocy tkwił także w tym, że dające fizyczny dyskomfort, zbyt ostre motywy kłuły jaskrawością aż do bólu. Teraz, kiedy tekstury stały się bardziej złożone, jakby falujące, całość straciła na wyrazistości i stała się trudniejsza w odbiorze. Aranżacje gdzieniegdzie wzbogacone przez żywe instrumenty (przetworzona co prawda, ale zawsze gitara w "Nothing Of The Kind", znamienny bas w "Glue Your Eyelids Together" oraz "Turn Your Back"), nadal robią wrażenie dzieła maszyny, przez co nie sposób autorów z kimkolwiek pomylić.

A jednak duo zagubiło przebojowość, co widać choćby na przykładzie "Glue Your Eyelids Together", który to będąc kurewskim hiciorem jest na płycie prawdziwym wyjątkiem. Ta elektroniczna hybryda punku, techno i synth-popu jest też znakiem nowej jakości w poczynaniach zespołu. Jak już zagaiłem, Miller chwyta tu za bas, przy pomocy którego uwypukla i tak już klarowną konstrukcję post-punkową, przypominającą wczesne Joy Division. Nigdy wcześniej nie zapuszczali się tak głęboko w tereny, gdzie jak się wydaje elektronika nie ma wstępu. Ten jeden casus obiecuje, że jeżeli w przyszłości zechcą stworzyć electro-post-punk, to rezultaty ich pracy mogą okazać się fascynujące. Podążając tropem zmian, napotkamy na nowatorskie próby w "Turn Your Back", gdzie Nicola stara się urozmaicić swój i tak przecież super oryginalny wokal, wprowadzając niemal aktorskie interpretacje, dryfując wokół rytmu, rapując (!) w amoku "Ne ne ne, ne ne ne". Trzeba też zaznaczyć, że artystka zauważalnie wydłużyła swoje opowieści, prawie zaprzestając stosowania skrótów myślowych i nadając im formułę aforystycznych historyjek, tak aby lepiej pasowały do podkładów, mniej zwięzłych niż na Resuscitation.

W swoim zapatrzeniu na piękniejszą połowę duetu zapomniałem niemal o tej drugiej. Tymczasem winowajca nieskazitelnie czystego brzmienia to sterylizujący najdrobniejsze szmery Miller. Koleś niewątpliwie potrafi zaprogramować co tylko zechce, może naprawdę jest robotem, grunt, że jego klasyczny bit, układany z dźwięku przypominającego suchy trzask bicza, to jeden z bardziej charakterystycznych składników całości. Na jego konto zaliczyłbym także "People, You Can Confuse", gdzie wszędobylski puls wyłania się dopiero po dłuższej chwili, zajmując miejsce zloopowanego odgłosu automatu z fabryki (chyba) soczków, ale takiej z rysunkowych kreskówek Happy Tunes, czy innych, w każdym razie kojarzy się ze scenerią dzisiejszych bajek dla dzieci. Wrażenie nadmiernego skomplikowania struktury dobitnie poczujemy tak w instrumentalnym "Nervous (Wreck)", jak i "We Know How To Have Gun": oba, choć prezentują hipnotyzująco ciekawe motywy, wydają się być nieco przegadanymi tworami. Za to na koniec dostajemy znakomicie rozplanowany "Kick In The Shin" z przejmującą deklamacją Nicoli w finale. Jej wielokrotnie skandowana fraza wwierca się w czaszkę, zostawiając głębokie bruzdy, przywołując do porządku tych, którym zaczęło zbierać się na krytykę krążka. Ja się nie ośmielam.


[Uwaga: The period is the part of their name! Tak, wiemy, że kropka jest elementem nazwy Adult, ale postanowiliśmy z premedytacją i konsekwentnie pomijać ją w tekście, by uniknąć niepotrzebnych utrudnień edytorskich. Respekt.]

Jacek Kinowski    
7 sierpnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja