RECENZJE

Actress
R.I.P

2012, Honest Jon's 5.7

Przyznam się, że cała quasi-metafizyczna paplanina, która od dnia premiery otoczyła nowy album Actress szczelną powłoką, zaczyna mnie męczyć. Bóg mi świadkiem, że chciałem, naprawdę chciałem poczuć w R.I.P głębię; doświadczyć mistyki w wydaniu Darrena Cunninghama; wdychać Raj Utracony. Liczyłem na to, że R.I.P, podobnie jak ubiegłoroczne Dedication, z którym zresztą dzieli wiele cech, poprowadzi mnie od początkowej niechęci wprost ku zauroczeniu. Czekałem długo, ale wygląda na to, że nic z tego.

Skoro już na starcie zdążyłem się wyspowiadać ze swojego braku zachwytu i beztrosko odrzucić od siebie ciężar ewentualnego dowodu, równie dobrze mogę sobie podarować babranie się w dyskusji na temat górnolotnych inspiracji Actress i eschatologii zawartej w R.I.P. Nawiasem mówiąc, szybkość i siła z jaką chwycono się właśnie tej strony nowego albumu Cunninghama są znaczące – szkoda jedynie, że mimo głodu filozoficznej podbudowy u słuchaczy, górnolotne zamysły raz po raz trafiają w warstwie muzycznej w próżnię, aż nazbyt wyraźnie przywodząc na myśl przypadek An Empty Bliss Beyond This World

Ciężko powiedzieć, aby R.I.P stanowiło zupełnie nową jakość w stosunku do poprzednich wydawnictw Brytyjczyka. Nadal jest to w pewnej mierze eksploracja motywów Hazyville i genialnego Splazsh, choć tylko w "pewnej". Paleta brzmień Actress nie powiększyła się specjalne od ostatniego razu, pomijając może łaskoczący w uszy sounddesign "Holy Water". Tło dla wydarzeń R.I.P stanowi ocean wciąż pompujących szumów, zgrzytających przepięć i zamglonych padów. Wyraźnie widać jednak porzucenie tanecznych struktur – garage'owe fascynacje z poprzednich albumów tutaj dają o sobie znać właściwie tylko w "The Lord's Graffiti", a dudniące bity w rodzaju tego z "Shadow From Tartarus" śmiesznie byłoby interpretować przez pryzmat parkietu. Swoją uwagę Cunnigham skupia za to częściej na zastosowaniu polirytmów, wprowadzaniu metrum innych niż osłuchane cztery czwarte i na szeroko pojętej interakcji pomiędzy pętlami konstytuującymi poszczególne warstwy tracków, która to interakcja stanowi najsolidniejszy argument za wrzuceniem R.I.P do szufladki z plakietką "Techno''. W swych najlepszych momentach R.I.P odrobinę przypomina zresztą ubiegłoroczny album Surgeona.

Niestety, mimo kilku ciekawych patentów, chwyty zastosowane przez Cunnighama osłuchują się zbyt szybko, a repetycje, zamiast hipnotyzować, zaczynają nużyć i irytować. Poziom winduje kilka genialnych kawałków w rodzaju pięknego, przywodzącego na myśl odsłuch zepsutej pozytywki na szumiącej plaży "Jardin" czy złożonego z apoplektycznych tekstur "Tree of Knowlege" ale to zbyt mało aby sprostać wygórowanym oczekiwaniom. Rwana narracja chwalona przez recenzentów nie przekonuje tak jak robiła to przy Dedication, być może ze względu na – w porównaniu do miniaturek z albumu Zomby'ego – wcale niemałe rozmiary czasowe tracków na R.I.P..

Szczerze mówiąc wciąż nie tracę nadziei – oświecenie może ostatecznie przyjść w każdej chwili, więc nie używajcie brzydkich słów jeśli w okolicach grudnia ujrzycie mnie z rozpalonymi ze wstydu policzkami, wpisującego ukradkiem R.I.P na listę końcoworoczną. Ale póki bielmo nie opadło jeszcze z moich oczu z żalem mogę jedynie niechętnie i ze wzrokiem wbitym w ziemię powiedzieć, że nie rozumiem i że mnie to wcale nie rusza.

Marcin Sonnenberg    
12 maja 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie