RECENZJE

A.C. Newman
The Slow Wonder

2004, Matador 7.0

A.C. Newman to solowy projekt jednego z członków New Pornographers (prawdziwej, hehe, "trójki drombo" kanadyjskiej sceny niezal-popowej). Carl Newman, bo o nim mowa, razem z Neko Case i Danielem Bejarem (Destroyer) tworzą wręcz wybitny "złoty tercet" z pod znaku klonowego liścia (porównywalny jedynie ze słynnym w pewnych kręgach "tercecikiem" Kinowski Zagroba Greczyn, stanowiącym swego czasu o sile piłkarskiej reprezentacji jednego z warszawskich liceów). Zresztą, Kanadyjczycy mogą być naprawdę dumni ze swoich artystów. Tyle dobrych zespołów... Sam już nie mogę się doczekać tych wszystkich koncertów na które będę chodził, kiedy się tam przeniosę. Zobaczyć na żywo samego Daniela Bejara, heh, to musi być coś. U nas w kraju (jak na razie) zespołów power-popowych niestety nie widać. A może o czymś nie wiemy? W takim razie serdecznie prosimy wysyłać demówki. Z chęcią posłuchamy.

Wracając do Newmana i jego tegorocznego wydawnictwa: The Slow Wonder to (zaledwie) trzydzieści i pół minuty po brzegi wypełnione super-melodyjnymi, energetycznymi kawałkami. Przywodzą one na myśl (przede wszystkim) wcześniejsze dokonania New Pornographers (Electric Version, czy klasyczne Mass Romantic), a także na przykład The Shins, czy Hot Hot Heat (ich zobaczyć za żywo!). Ale płyta to nie tylko typowo power-popowe wymiatacze w rodzaju "Miracle Day" (obiektywnie najlepszy), czy "On The Table" (wymieniłem ulubione). Newman udowodnił też, że potrafi wzorem Bejara pisać liryczne ballady: "Drink To Me, Baby, Then", "Come Crash" (mój osobisty faworyt: piękna melodia i te "interwencje kolosalnych przesterów", *smiley*), czy "The Cloud Prayer".

W mojej opinii główną zaletą TSW są nie tyle poszczególne kawałki, co bardziej ich zbiorowe oddziaływanie na słuchacza. Maksymalne skondensowanie materiału sprawia, że za pierwszym razem do końca wszystkiego nie ogarniamy (tam na serio dużo się dzieje), więc musimy posłuchać jeszcze raz. A potem jeszcze raz i jeszcze... aż po którymś razie wreszcie doznajemy spełnienia. U mnie następuje to zazwyczaj po czwartym, piątym przesłuchaniu. Ozdobniki: trąbka, skrzypce, wiolonczela, gdzieniegdzie cymbałki i tamburyno ładnie spajają album i czynią go bogatszym. Co prawda próżno szukać tu jakiegoś specjalnego nowatorstwa. Newman, w przeciwieństwie do Bejara, który na Your Blues (w mojej dziesiątce roku) trochę poeksperymentował, trzyma się raczej tradycyjnych gitarowych piosenek. Dla mnie akurat to wcale nie musi być minusem. I w przypadku TSW także nie jest. Największym plusem wydaję się natomiast ogromna przyswajalność albumu. Jak już mówiłem TSW słucha się kilka razy pod rząd bez uczucia przesytu. Tak naprawdę to dopiero wtedy można w pełni poczuć siłę jego kompozycji.

Reasumując: bardzo równy poziom, praktycznie brak wypełniaczy, dużo energii i szczypta melancholii: to wszystko składa się na ocenę 7.0, zapewniającą albumowi miejsce na mojej liście roku (no przecież 6.9 nie mogłem dać, i każdy kto mnie zna doskonale wie dlaczego). Na koniec jeszcze przyznam, że rozumiem ludzi, dla których TSW to jedna z płyt roku. Jakiś czas temu pewnie sam bym tak powiedział. Ta płyta dostarcza nam dużo, dużo przyjemności, a przy okazji w ogóle się nie nudzi. Życzę zatem wszystkim przyjemnego słuchania. Ah, no i Wesołych Świąt, oczywiście.

Paweł Greczyn    
24 grudnia 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie