RECENZJE

Ablebody
Adult Contemporaries

2016, Lolipop 6.9

Poforsujemy sobie dzisiaj zespół balansujący na granicy bycia lub niebycia krążący gdzieś na peryferiach znanego nam facebookowego uniwersum. Słonko, świat to niesprawiedliwy i brutalny – banał, a materiał w ocenie sięgający tych wyjątkowych topowych numerków, w okolicach symbolicznej siódemki zdycha w przypływach i odpływach szumu informacyjnego. Nie ufam C.Greenbergowi, bez obserwatora nie ma dzieła artystycznego, bez słuchacza nie ma muzycznego dźwięku. Naszym redakcyjnym i ogólnoludzkim obowiązkiem jest, aby Ablebody oraz setki innych unikatów tego typu, nie wyparowało ze świadomości: z przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. W końcu, przeczesywanie cyfrowych kanałów SoundClouda, Spotify, czy innych Myspace'ów to syzyfowa robota tarzania się w oślizgłym łajnie, obczajając na dotyk, co kryje się pod taflą, mając ogromną nadzieję, że to coś o dziwnym kształcie, co się na czuja w palcach chwyciło, nareszcie będzie muzyczną perełką. Stąd bierze się ta straszna egzaltacja na starcie, trzeba sobie odreagować styczność z tymi wszystkim wielkimi słowami.*

Dobra, wchodzimy z buta, pełna szarża na rozpoczynający "Backseat Head", przy 3:20-3:49 to ja nawet doznaje, przez kilka godzin maniakalnie repetując fragment, nie mogąc iść dalej, odbijając się od fajności pierwszego kawałka. Korzystając z okazji, jakby ktoś jeszcze nie rozumiał, Adult Contemporary, to rodzaj gatunku muzycznego, co z angielszczyzny znaczy mniej więcej dojrzały rówieśnik, stetryczały ziomek, z którym w podrzędnym barze kminisz, o co tym młodym szczurom z deskorolkami i brakiem skarpet chodzi, jednocześnie jarając się nocnym pasmem VH1. Generalnie AC to wbijanie się w obszerny rynek + 30, bez ekscesów, bez eksperymentów, aby nikogo przez przypadek nie urazić, czyniąc swoim bon motem słowa Mamonia z Rejsu. Adult Contemporaries Ablebody, jak sugeruje sam tytuł, porusza się po melodiach i rozwiązaniach estetycznych lat 60 i 70, co nieco dodając z synth popu wiadomej dekady. W przeciwieństwie do determinującej ten specyficzny gatunek, ogólnej słabości, bracia Hochheim w swoich działaniach są dużo bardziej utalentowani i subtelni, dodatkowo współpracują z ludźmi, którzy dorzucili swoje w Ariel Pink Haunted Graffiti.

To co ich charakteryzuje to daleko posunięta nieinwazyjność. Przez większość czasu Ablebody nie korzysta z nachalnej przesłodzonej melodyki preferując lekką, pośrednią i podskórną muzykę. Działa to bardziej na podświadomość, w tajemnicy grawerując na podniszczonych neuronach kolejne kawałki. Powoduje to, że idąc ulicą zostajesz zmuszony, jak w zespole Touretta, do nucenia sobie pod nosem lub do uszów przechodzących obok ludzi słodkie "Send Me A Letter" lub inne równie wzruszające wokalne chórki, na które nawet jakoś specjalnie podczas odsłuchu nie zwracało się uwagi.

W dużej części zawartość albumu szczelnie wypełniają leniwie ciągnące się, przytemperowane kawałki, otulające słuchacza ciepłą i zdeczka melancholijną atmosferą, nawet przez sekundę nie obniżając już i tak wysokiego poziomu. Absolutny brak niepotrzebnych przerywników czy efekciarskich momentów, full treści za tę samą cenę, czego chcieć więcej? Udało się tu stworzyć śliczny poetycki muzyczny mini kosmos, który paradoksalnie, w swojej formie zaskakuje trywialnością i prostotą. Ale w sumie, kogo jarają monumentalne idee i płonący stos pogrzebowy starego porządku w ustach wieszczy, gdy zwyczajny kolo w prostych wierszykach o jakichś łąkach, motylkach i ciupcianiu podlotek w pobliskich krzakach niszczy te ofiary jednym wersem. Wracając na planetę ziemia: Adult Contemporaries na początku wchodzi jak woda, bez szczególnego szału, aby po krótkim czasie skutecznie kazać do siebie wracać, za każdym razem dając coraz większą przyjemność z odsłuchu.

*przypisywanie tu sukcesu redakcji, to trochę przekłamanie, niech sprawiedliwie cała chwała spłynie na jednego z naszych zaoceanicznych informatorów, który na gości najprawdopodobniej natrafił w realu. Co nie zmienia faktu, że przez cały czas twardo przeczesujemy internety, musiałem się po prostu wyżalić.

Michał Kołaczyk    
1 listopada 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie