RECENZJE

ABC
The Lexicon Of Love II

2016, Virgin EMI 5.4

Co da nam nowego XXI w. w najbliższym czasie? Upraszczając: oprócz geometrycznie rosnącej mocy obliczeniowej komputerów i rozwijającego się globalnego terroryzmu, będzie nowy Planescape, Clinton znowu próbuje iść po prezydenturę, a Ridley Scott po Prometeuszu najprawdopodobniej splugawi Blade Runnera*. W zasadzie masówka pachnie niekończącym się zalewem prequeli, sequeli, rebootów, głównie zbudowanych na cynicznym, pasożytniczym żerowaniu na uczuciach pseudo-nostalgii lub na zwyczajnym braku cywilnej odwagi w wydawaniu milionów na niepewne i ryzykowne projekty. Diagnoza staje się jeszcze bardziej gorzka, jeśli pod uwagę weźmiemy siłę symboliki przejścia cywilizacji w nowe milenium, ale to wyolbrzymione i zbędne paranoje – kręcimy się tylko w kółko. Narzekam, bo patrząc z perspektywy lat 80 (nieważne, że mnie wtedy nie było), wódka nigdy nie była tak zimna i pożywna, policja nigdy nie będzie tak uprzejma jak wtedy, a Lexicon lepszy już nie będzie. To chyba nikogo nie powinno dziwić biorąc pod uwagę jakość flagowego produktu ABC.

Najpierw techniczne szczegóły. Dawno, dawno temu w odległej galaktyce lat osiemdziesiątych, goście z ABC w swojej kategorii zgarnęli co było do zgarnięcia (głównie trójkowy jingiel), aby dokonać później spektakularnego upadku za pomocą syndromu wyprzedzania czasu. Ze starej załogi został tylko Martin Fry, odkuty po kriogenicznym śnie (Futurama) i raczej na ten moment, biorąc pod uwagę esencje wcześniejszych potknięć, ogarnął się i nie ma czasu na obczajanie tego co przez ostatnie 34 lata działo się na scenie. Po odbyciu Yeezusowej spirytualnej przemiany, przez 20 dni włócząc się po pustyni w celach charytatywnych, oddał się biesom, w nagrodę powracając do Lexiconu, tym razem w kontraście do przeszłości, robiąc dokładnie to samo co na oryginale, z różnicą spojrzenia na wszystko przez pryzmat człowieka zbliżającego się do granic sześćdziesiątki. Śmiałe zadeklarowanie przyszłego świętokradztwa, bezceremonialnego zbrukania muzycznego sacrum, wśród ortodoksyjnych zelotów/fanów doprowadzało do efektownych eksplozji miednic (kojarzycie scenę ze skanerów?). O ile na początku sama wzmianka o powrocie do starej legendy brzmiała kuriozalnie, to efekt końcowy, no cóż, bez zaskoczenia, to powtórka, stary przeżuty artefakt, ale wciąż zjadliwy. To co było jednym z ważniejszych wymogów zostało spełnione – można do tego bez wstydu potańczyć przed komputerem, w przypadku braku życia socjalnego (przereklamowane) lub w retro klubach, gdyby choć raz odważyli się puścić coś innego niż "YMCA".

W tym momencie można urwać, odwołując się wprost do jedynki. Słyszałeś jedynkę, to słyszałeś i nowy, tylko w gorszym wydaniu. Ale mówimy tu o porównaniu do topu lat osiemdziesiątych w swoim gatunku, którego jakościowe przeskoczenie naturalnie odpada (w próbie wyobrażenia sobie czegoś co mogłoby przekroczyć linie demarkacyjną fajności "Date Stamp", znowu odwołam się do skanerów). Dwójka jest kolejnym, z dźwiękowej strony, koncepcyjnym albumem, spajanym powtórką z poprzednika, czyli przewodzącymi smyczkowymi orkiestracjami. Pochylając się nad związkiem przyczynowo-skutkowym treści, jeśli ciągłe rozmyślania na temat kobiet uznać za wystarczająco predestynujące do bycia spójną koncepcją – to tak, można uznać go za pełny album koncepcyjny, ale wtedy co drugą płytę można etykietkować czystym koncepcyjniakiem (na drugim miejscu wojna, patrzaj: U2). Cieszy różnorodność materiału, nie cieszy nierówność całości. Silna reprezentacja dobrych kawałków na początku, szybko traci impet doprowadzając do męczącego momentu, w którym niebezpiecznie po głowie krąży pytanie: po co? Skok na kasę? Raczej nie, ufam kolesiowi. Niepotrzebny sequel? Jeden powie tak, drugi nie. Wstydu tutaj ostatecznie nie ma, zwłaszcza jeśli spróbujemy usunąć kontekst, i przyjąć na klatę to co nam dali, a to co nam dali stoi na bardzo przyzwoitym poziomie (co jest skrajnie bez sensu, biorąc pod uwagę nazwę całego wydawnictwa, ale nvm, co ja tam wiem).

*Uprzedzając zarzuty kogoś bardziej rozgarniętego w temacie, Ridley sypiąc tony dolarów wycofał się na stanowisko producenta zrzucając obowiązki reżyserskie na Denisa Villeneuve'a. Co do samego pomysłu – Pana Kleksa w kosmosie zrobili zlewając zamkniętą kompozycje jedynki (Alojzy, nie sąd cię będzie sądził), więc produkcja z Goslingiem na pokładzie może okazać się niezłym filmem.

Michał Kołaczyk    
17 sierpnia 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie