RECENZJE

A Tribe Called Quest
We Got It From Here... Thank You 4 Your Service

2016, Epic 7.5

To wcale nie musiało się udać. Po The Love Movement drogi Amerykanów schodziły się sporadycznie przy okazji pojedynczych koncertów okolicznościowych, na krótsze lub średnio krótkie okresy, z których właściwie nic nie wynikało. Jeszcze parę lat temu Phife Dawg ciągnięty za język w różnych wywiadach dawał jasno do zrozumienia, że nie widzi szans na ponowne wejście do studia w ramach ATCQ, a Love Movement trzeba traktować jako ostatni album raperów. W tym kontekście nieoczekiwany zwrot akcji argumentowany nagłym poczuciem obowiązku po wspólnym występie u Fallona, który zbiegł się w czasie z atakami w Paryżu, wydaje się mocno naciągany. Nie mnie oceniać intencje nowojorczyków, ale gdyby omawiany longplay okazał się jakościowo mizerny, w recenzjach od przedszkola do Opola padałyby zarzuty o niepotrzebny zamach na zamkniętą już dyskografię z finansowymi motywami w tle. Ogłoszenie krążka już po odejściu Dawga, który brał udział w nagrywkach, jednak finalnie "zostawił chłopaków ze wskazówką, co robić dalej", też było dość ryzykowne i dla mniej ogarniętych mogło przypominać jakiś tani chwyt promocyjny. Mamy jednak przed sobą mocno siódemkową rzecz, która momentalnie ucina wszystkie te spekulacje.

Serio, już od "The Space Program" kończymy rozważania o słuszności tego powrotu i właściwie przez całą pierwszą połowę albumu lecimy z prawdziwym tour de force Amerykanów. O tej płycie czytałem już, że brzmi jak starzy dobrzy Tribe'i, jak super nowe ATCQ, niepodobne do wcześniejszych dokonań kolektywu i jak idealna hybryda przeszłości z teraźniejszością. To dość zabawne, ale właściwie w każdej z tych opinii jest trochę racji, a najlepszym tego przykładem jest właśnie wspomniany wyżej opener. Q-Tip klei tu typowo Tribe'owy podkład, który przywołuje jego układanki z wczesnych lat dziewięćdziesiątych, za to politycznie zaangażowane zwrotki raperów nie mogą być bardziej aktualne. Razem daje to jakiś bardzo płynny rodzaj krzyżówki starego z nowym.

Nie jest oczywiście tak, że produkcyjnie to album zanurzony w poprzednich dekadach, a jedynie tematyka rzucanych tu rymów się uwspółcześniła. Czasem jest zupełnie odwrotnie."Condrad Tokyo" brzmi jak utwór wyjęty z któregoś z ostatnich krążków Kendricka i to nie jedynie dzięki zwrotkom samego Lamara, w "Enough!!" pocięte i zdeformowane sample z "Bonity" mieszają się z przyspieszonymi talerzami w refrenie, a w "We The People" surowy bas pod perkusję samplowaną z Black Sabbath jest wstrzymywany w najmniej spodziewanych momentach. To wszystko Q-Tip w nowym wydaniu, w żadnym stopniu nie ustępujący klasycznym nagrywkom Tribe'ów. Nawijkowo, oprócz zaangażowanych protest-songów, które swoją elegancją i naturalnością biją wszystkie tegoroczne podobne próby (weźmy choćby opener, o którym była już mowa, z jego refrenowym hookiem "Let's make something happen" powtarzanym przez raperów na niewymuszonym luzie, a który brzmi jak rozkaz nie do zlekceważenia) mamy tu choćby Freuda w ulicznym wydaniu w "Ego", lekcje dla młodzieży w "Kids" i kilka peanów na cześć Phife Dawga, z których najmocniej wypada "Lost Somebody". Przy odpowiednim ułożeniu planet, kawałek autentycznie wzrusza wspominkowymi wynurzeniami raperów, do momentu samogwałtu Jacka White'a przy pomocy gitary. Swoją drogą, siódemkowy album, na którym udziela się White to też nie lada osiągnięcie.

Amerykański gitarzysta i wspomniany wyżej Kendrick to nie jedyne postaci przewijające się na We Got It.... Mamy tu całkiem pokaźną reprezentację różnych muzycznych światów. Elton John zamyka "Solid Wall Of Sound", Kanye dostaje trzy słowa na "The Killing Season", a Anderson .Paak udziela się na mocno bujającym "Movin Backwards". Ani przez chwilę nie ulega jednak wątpliwości, kto tutaj rządzi. W jednym z highlightów albumu – "Dis Generation" Phife, Tip i Jarobi komplementują swoich dzisiejszych muzycznych faworytów, prześcigając się na rymy w sposób, który przy okazji trochę zawstydza wymienionych młokosów. To wcale nie musiało się udać, a wyszedł jeden z albumów roku, od gości, którzy płyty nie nagrali wspólnie od lat osiemnastu. Proszę o więcej takich niespodzianek.

Stanisław Kuczok    
11 grudnia 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie