RECENZJE

A Sunny Day In Glasgow
Sea When Absent

2014, Lefse 7.2

Niemałe turbulencje personalne przeszedł projekt Bena Danielsa od 2006 r., kiedy urodziła się The Suniest Day Ever, jego pierwsza EP-ka. Właściwie od tamtego okresu w zespole pozostał tylko Daniels. Jego śpiewające siostry odeszły z zespołu – Lauren na studia, Robin – by zaopiekować się chłopakiem, który połamał nogi i wymagał opieki w czasie rehabilitacji. Basisty również trzeba było poszukać nowego, bo dotychczasowym okazał się być ów połamany nieszczęśnik. Tak, różnymi kanałami, doszło do uformowania się nowego, sześcioosobowego składu, w którym na pierwszy plan wysuwają się wokalistki Annie Fredrickson i Jen Goma, lecz to od Danielsa wszystko się tu zaczyna i na nim kończy.

Zmiany z pewnością miały znaczenie dla tempa prac nad nowym materiałem, jednak nie słychać znaczących zmian w obrębie brzmienia czy kompozycji A Sunny Day In Glasgow. Tak jak zauroczyli mnie po raz pierwszy siedem lat temu na Scribble Mural Comic Journal, tak teraz mam wrażenie fajnego snu, który kiedyś już śniłem. Po drodze zresztą było kilka ich wydawnictw, w tym dwa longplaye, jednak nie miałem potrzeby drążenia historii zespołu i nie pomyślałbym, że te dwa, hołdujące Elizabeth Fraser wokale, to nowe wokale. Właśnie – przejdźmy do momentu, w którym każdy gitarowy zespół z rewerbem mierzy się z zasłużonymi dla dream popu i shoegaze’u. Czego tu najwięcej? A no Cocteau Twins zdecydowanie. Oczywiście, gdzie tam fajnym filadelfijczykom do kunsztowności Szkotów z Grangemouth! Mimo to, spośród różnych ciekawych zapisków z najnowszego sennika dream popu, właśnie ASDIG wypadają najatrakcyjniej.

Nie będę nadgorliwie wyróżniał żadnego z numerów, bowiem nie ma tu zdecydowanego highlightu. Powiedziałbym raczej, że jest to spokojny przelot na wysokim pułapie z nudnawym, bo zanadto już rozwodnionym w efektach “Never Nothing (It's Alright [It's Ok])” pod indeksem siódmym. Nie wiem jak ustosunkować się do faktu zatrudnienia po raz pierwszy zewnętrznego producenta. Być może zasługą Jeffa Zeiglera jest przystępne zbalansowanie gitar i klawiszy. Syntezatorowe mazy są na Sea When Absent ważnym jak nigdy wcześniej budulcem. Zawsze powstaje we mnie obawa, że takie pomysły skręcą w manierę syntezatorowego shoegaze'u a la Anthony Gonzalez i jego M83. Tutaj jednak pojawia się więcej przestrzeni i powietrza, nie ma tej nu-gaze’owej duchoty. Zwodniczy jest też pierwszy dźwięk na płycie. Jakieś uderzenie przesteru? – nie nie nie, to nie pójdzie w rzeźbienie jak na m b v. Mimo wszystko to są zwiewne i ulotne piosenki, na poziomie przyswajalności takich projektów jak Lotus Plaza, High Places (pamiętacie High Places?), Maps (pamiętacie Maps?) czy No Joy (a nawet bardziej).

Nie było łatwo nagrać ten album. Członkowie byli rozrzuceni pomiędzy Filadelfią, Los Angeles, Brooklynem i Sydney. Nie było momentu, w którym znajdowali się w tym samym miejscu w tym samym czasie. Ktoś powie, że znak czasów, że coraz więcej albumów w ten sposób powstaje. Owszem, natomiast trzeba przyznać, że w tym przypadku konsekwencje takiego modelu nagrywania nie są specjalnie słyszalne. Jasne, muzyka jest tu sterylna, ale jest to mały kamyk do ładnego ogródka i w dodatku trafił do skalniaka, wiec nie ma tego złego. Miłe dla ucha linie wokalne, oraz basu, pracującego pod warstwami gitar, synthów i efektów, zaprowadziły nową płytkę A Sunny Day In Glasgow w obszary najprzyjemniejszych w tym roku płyt gitarowych.

 

Michał Hantke    
16 sierpnia 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja