RECENZJE

A Perfect Circle
Thirteenth Step

2003, Virgin 2.4

A Perfect Circle zaskarbił sobie rzesze fanów, rekrutujących się przeważnie spośród zagorzałych zwolenniczaków (en-bi-ej-owców) Toola. Wszystko za sprawą postaci Maynarda Keenana, od lat kilku, wróblu Ćwirku, skupiającej wokół siebie masy ludzkie nie stroniące od cięższych brzmień, czarniejszych ciuszków, stalowych ćwieków, a nade wszystko długich włosów (ah, cóż to był za skandal jak ichni hero zgolił się na zero). Z tym, że śmichy chichami, a Mer De Noms "został przez wielu uznany pierwszym rockowym arcydziełem XXI wieku" i choć z mojego punku widzenia zakrawa to oczywiście na groteskę, to sam przyznam, że jakieś "3 Libras" czy "Judith" nie były pozbawione uroku. W zestawieniu z naprawdę żałosnymi, metalowymi popłuczynami oferowanymi na Lateralusie projekt ten mógł się podobać. Ponadto sekciarski charakter wspólnoty około-maynardowej niejako wymusił podjarkę albumem, podobnie jak wszystkim co jest uświęcone proroczymi wokalizami wieszcza.

Tymczasem Thirteenth Step nie doczeka się już ciepłych słów którymi obdarowałem debiut, a to dlatego, że chwalenie upośledzonych, na pierwszy rzut oka wielkoduszne, nie jest przecież sytuacją zdrową. "Nie chce bić bez sensu, nie chce też w zadymie, spokojny mam umysł" i nie będę piętnował oczywistej ułomności zapatrzonych w coraz gęściej zaciągniętymi chmurami niebo patos-filów. Oni tak trochę w innym świecie żyją po prostu i o ile nie doszukujemy się tym artyzmu, to nie ma co bić na alarm, że oto sensacja – APC wydało ledwie dwójkowe sprawy – bo dla tegoż zespołu jest to wynik adekwatny do predyspozycji. Trzy lata temu, na świeżości zagrali dwa razy lepiej niż dziś, kiedy nie potrafią nas już zaskoczyć zupełnie niczym.

A zatem patos, nuda, kicz, dużo refrenów i czerstwych riffów (mój faworyt to ten z "Crimes" którego infantylność jest nawet zabawna), wytarte melodyjki, a nade wszystko płaczliwe skomlenie Maynarda. Uwagę zwracają wysiłki aranżacyjne, za sprawą których materiał jest zaiste wypieszczony. Mamy przykłady starannych opraw smyczkowych ("The Nurse Who Loved Me"), nachalnych ekspozycji banalnych zagrywek gitary ("The Package", "Gravity" etc.), czy orkiestralnego uniesienia, którym kończy się tu co drugi kawałek. Ale w tym momencie jest to już jedynie daremny wysiłek i sztuka (?) dla sztuki, bo efekt jest zawsze jednaki – patrz początek akapitu.

Na koniec podzielę się ciekawostką. Mianowicie repetycja wokalnej partii niewiasty w "Lullaby", podśpiewującej sobie do dostojnego bitu perki, nieoczekiwanie zaszczepiła albumowi (no przez tę krótką chwile, ale i tak ciekawostka) iście trip-hopowego bakcyla. Brzmi to jak krzywe zwierciadło Nightmares On Wax na przykład. "O hello!" – na takiej płycie, takiego zespołu – prawda że zaskakujące?

Jacek Kinowski    
16 lutego 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie