RECENZJE

1975
I Like It When You Sleep, For You Are So Beautiful Yet So Unaware Of It

2016, Polydor 7.2

Where were you in '75? Może zacznę od tego, że pochodzącą z Wilmslow w hrabstwie Cheshire "kapelkę" The 1975 bardzo łatwo zlekceważyć. A wszystko przez image: wyglądają jak frędzle z okładki NME czy bożyszcza nastoletnich Brytyjek tapetujących swoje pokoje plakatami Arctic Monkeys. A właściwie nie tylko wyglądają, ale rzeczywiście są modnisiami z kolorowych gazet, a na ich koncertach młode dziewczęta piszczą wniebogłosy, gdy tylko usłyszą dźwięki gitary lub głos wokalisty. I tu dochodzimy do sedna sprawy, bo jak się okazuje, wszystko to nie przeszkadza ekipie Matthew Healya pisać i produkować numerów, które nie tylko nie zasługują na wzgardę, a wręcz odwrotnie: dzięki chwytliwemu lub frapującemu charakterowi stają się kompozycjami mocno zapadającymi w pamięć. Tak się sprawy już miały na trochę niedocenionym debiucie z 2013 roku.

Takie indeksy, jak choćby "The City", "M.O.N.E.Y.", "Heart Out" czy "Girls" nie tylko ukazywały sporą rozpiętość inspiracyjno-stylistyczną, jaką Angolom udało się umieścić w indie-synth-pop-rockowym szablonie piosenki, ale były po prostu zajebistymi trackami pasującymi do Twojej plejlisty czytelniczko/czytelniku. To jednak działo się prawie trzy lata temu, a teraz mamy już sofomora z bardzo długim tytułem i co tu dużo mówić: z poszerzaniem inspiracyjnego pola genre'owej walki 1975 doszli prawie do ściany. Serio, będą nawet Radiohead i Sigur Rós, więc uczciwe rozprawienie się z I Like It When You Sleep, For You Are So Beautiful Yet So Unaware Of It nie jest proste, a nawet wręcz przeciwnie.

Już umieszczane pod koniec 2015 roku na Spotify single świadczyły o dość znacznym rozszerzeniu palety środków i wpływów. Kolesie zaanektowali do swojego piosenkowo-pejzażowego państewka − trwającego swoja drogą ponad 70 minut − olbrzymie ilości bogatych w ejtisowo-popowe minerały ziem, a także całe połacie najróżniejszych landów posiadających urodzajne podłoże i terytorialne bogactwa. Wystarczy tylko przez moment zająć słuch zapowiadającą długograja introdukcją, a już dostrzeżemy fantomy islandzkich grajków z drugiego akapitu. Chwilę później pojawia się docinający celebrytom song "Love Me" i nagle lądujemy bliżej glam rocka, Nika Kershawa czy Sparks. "Ugh!" jest jeszcze lepszy, ponieważ swoim kanciastym, ale dystyngowanym krojem przywołuje ducha autorów Cupid & Psyche 85. Pykający, stateczny bicik i ejtisowe, odhumanizowane, lodowate chórki w "A Change Of Heart" zahaczają o Art Of Noise (zauważył niezawodny Wojtek). Ciekawe jest też miejsce, w którym pojawiają się słowa włożone w usta bohaterki tekstu: "I've been so worried about you lately / You look shit and smell a bit" − wszystko to na przytulnym, soft rockowym, umilającym życie drajwie gitarki. A skoro jesteśmy już przy tekstach, to Healy nie ma co liczyć na propsy od Sobolewskiej, ale poczytać czy wsłuchać się w jego wielkomiejskie opowieści zdecydowanie warto.

Choćby w tę o fankach z USA w kolejnym kawałeczku. "She's American" to cudnej urody, zaopatrzony we wprawiający w zachwyt chorus, bas z cyklu "Love At First Sight" i śliczny, schodkowy mostek na 2:56, post-Scritti brylancik lśniący najjaśniej spośród całej imponującej przepychem kolekcji tracków. Osobiście zaliczam go (stan na marzec 2016) do mojej singlowej czołówki roku razem z takimi dziełkami, jak "Formation" Beyoncé czy "Crying In Public" Charlift. Idąc dalej napotykamy na kunsztownie opracowaną (ile tu detali, choćby tęczowe falbanki w ostatniej fazie), zawiniętą w prince'owski kokon, epicką balladę "If I Believe You" w wolnym tempie na trzy i gospelowym chórkiem błogo startującym i stopującym niebiańskie śpiewy. Ale typiarze z 1975 idą jeszcze dalej w "Please Be Naked", gdzie serwują twist mogący zachwycić miłośników dźwięków tworzonych przez Briana Eno czy Stars Of The Lid, czyli lecą z mroźnym, lekko islandzkim w wyrazie, ambientowy obrazkiem. Warto zauważyć, że na debiucie pojawiały się tylko krótkie wstawki, a dopiero na sofomorze dostajemy pełnoprawną kompozycję w takiej konfiguracji estetycznej. Najs.

W samym środku I Like It... przychodzi czas i miejsce na zanurzony w oparach 90sowej nostalgii dream popu "Lostmyhead" spod znaku Slowdive czy Chapterhouse. I bardzo miło się słucha, aż tu nagle pojawia się postrockowy finał uderzający w patetyczne tony. Ale zamiast wpłynięcia na nietknięte ludzkim tchnieniem mare tenebrarum robi się trochę kiczowato. Znowu mamy zbieżność z Sigur Rós, ale zaznacza się też pierwsza wyraźna rysa na szkle. Druga przychodzi wraz z "The Ballad Of Me And My Brain", który to utwór nie wnosi niczego interesującego do panoramy płyty, więc raczej widziałbym go w roli iTunesowego bonusa, a nie album tracka. Odświeżenie przychodzi natomiast w "Somebody Else". Przestrzenne soft-syntezatory malują tło, a automatyczny bit prowadzi całą narrację zwieńczoną orzeźwiającym motywem klawiszy na 4:08. Zwieńczoną – gdyż później nie dzieje się już nic interesującego, stąd spokojnie można było uszczuplić numer 10 w trackliście sofomora 1975 o jakieś dwie minuty. Tymczasem "Loving Someone" brzmi jak The Streets (nawijka, chórek w tle, melodyjka na klawiszach na drugim planie) z wyczuciem i fajnymi pomysłami. Gdyby Mike Skinner, koleś skończony jak Janusz Palikot, nagrywał takie tjuny, to może ktoś dzisiaj by o nim pamiętał, prawda?

Ale zostawmy to, bo longplay wkracza w decydującą fazę wraz z tytułową kompozycją. Pierwsza cześć tej słuchanej przez sen, pozytywkowej melodyjki, a właściwie już pierwsze jej dźwięki skraplają się w na poły drzemiący, na poły mrucząco-świecący pop Múm circa Yesterday. Druga (3:25) może być hołdem Anglików dla innego tytułowego nagrania, a chodzi o indeks drugi na ikonicznym Kid A. Serio, posłuchajcie jak skaczą sobie te klawiszowe piłeczki i jak kilkanaście sekund później wyłania się zamrożony pas syntezatora inicjujący bit części trzeciej (4:30). Ospała, pełna marazmu sytuacja z początkowych taktów "I Like It..." ewoluuje w taneczna imprezę zaserwowaną jakby przez członków kolektywu DFA circa 2005. Sami przyznacie, że momentami jest tu grubo. "The Sound" z kolei spokojnie odnalazłby się na plejce czy składance jakiegoś RMFu, choć mimo prostoty to całkiem fajny wałek z eleganckim prechorusem i trochę mniej eleganckim gitarowym solo pod koniec. Ale nic to, i tak jest dobrze.

Żebyście się szybko nie znudzili, znowu mamy skok w inny obszar dźwięków. Zapowiadany przez intro, które mógłby skleić Ice Choir, "This Must Be My Dream" skradnie Wam serca słodkim, cukierkowym hookiem refreniku i nie odpuści ilekroć będziecie sięgać po ten sztos. I nawet nie wkurzycie się na trochę komiczną partię saksofonu − raczej uśmiechniecie się i poczekacie na to, co wydarzy się po wybrzmieniu utworu. A będzie to wycieczka do Paryża i spotkanie z Mietkiem Żulem tuż przy stołecznej komendzie. Po obligatoryjnym pytaniu o drobniaki na wino zastanowicie się, dlaczego dopiero teraz doszło do tej rozmowy, bo w końcu to mogło się stać przy okazji sofomora Changes, czyż nie?

Na sam koniec dwa najbardziej oszczędne, wyciszone, spokojne i balladowe fragmenty albumu. "Nana" ląduje gdzieś koło budujących nastrój, romantycznych nucanek (powiedzmy) Elliotta Smitha, a zupełnie nagą, ogołoconą ze wszystkich producenckich zabiegów, sztuczek i tricków pieśń "She Lays Down" pokochają wszyscy ci, którzy już od dłuższego czasu płaczą w poduszkę razem z najnowszym Sufjanem. I tak właśnie kończy się ten pełen zakrętów, niespodziewanych zwrotów akcji, niebywale eklektyczny zestaw. Szkoda, że tak świetnych kawałków, jak "She's American" czy " This Must Be My Dream" nie ma więcej, a w kilku momentach chłopakom zdarzyło się delikatnie przestrzelić, ale nie zmienia to faktu, że I Like It When You Sleep, For You Are So Beautiful Yet So Unaware Of It bezwzględnie ląduje na liście roku. No i aż strach pomyśleć, co będzie się działo na longplayu numer 3. Za wcześnie by prorokować, ale w każdym razie trzymam kciuki i wierzę, że to nie będzie katastrofa, tylko zdecydowanie zamach. Zamach na konwencje gatunkowe w obrębie popu rzecz jasna.

Tomasz Skowyra    
21 marca 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie