SPECJALNE - Relacja

Various Live 2010

18 stycznia 2011



Various Live 2010

Oficjalne podsumowanie roku 2010 czas zacząć. Dziś zgodnie z harmonogramem garść spostrzeżeń z wybranych zeszłorocznych koncertów i festiwali.


A Place To Bury Strangers
6 sierpnia, Katowice

W 2007 roku dostałem od nich promówkę i jarałem się nią jak głupi. W 2010 roku, wybierałem się na koncert z dystansem, cechującym każdego szanującego się KRYTYKA MUZYCZNEGO. No i oberwałem. A Place To Bury Strangers zagrali najbardziej bezkompromisowy i bezlitosny koncert tego festiwalu, generując taki hałas, że w połowie koncertu musiałem wyjść, by dosłuchać reszty spoza namiotu. Tak, naprawdę, bolało. Mimo wszystko rozumiem szalejących pod sceną masochistów, bo tam, naprawdę, działy się rzeczy wielkie. Po koncercie utwierdziłem się tylko w przekonaniu, że w 2007 roku dobrze zrobiłem, wpisując A Place To Bury Strangers w jeden z rankingów formularza zgłoszeniowego do pewnego portalu.–Jan Błaszczak

Bass Mutations
Actress, Oni Ayhun, Mount Kimbie, James Blake, Terror Danjah
22/23 października, Kraków

Wszystko działo się mglistą nocą, na terenie opuszczonej fabryki zajętym przez element ciemniejszej materii. Tegoroczny Unsound poświęcono zjawiskom grozy, a ja, jako lękliwy, nie jestem w stanie precyzyjnie opisać tych seansów. Zatem kilka luźnych impresji:
- Mam naprawdę spoko kuzynostwo, a oni spoko znajomych.
- Oni Ayhun lepszy od Fever Ray.
- Wizualizacje + Actress piorunują i gromią.
- Mount Kimbie na żywo dają radę bardziej niż w studio, konotując jakieś Geogaddi nawet.
- Nokturny Chopina tchną spokojem Żelazowej Woli, a Jamesa Blake’a - nerwowością Stalowej
- Joy Orbison ma dużo więcej wspólnego z dubstepem niż mi się zdawało, a nie.. to nie on, to Terror Danjah gra ”Hyph Mngo”. –Wawrzyn Kowalski

Festiwal Nowa Muzyka
Bibio

29 sierpnia, Katowice

Do tej pory nie wiem, czy na scenę rzeczywiście wyszedł pan Bibio, czy moze był to jakiś korpulentny koleś z obsługi, który postanowił pobawić się sprzętem. Nie za bardzo przypominało to Ambivalence Avenue, właściwie przypominało to niewiele, ale zostałem sobie, bo byłem w pierwszym rzędzie, a na dużej scenie grało coś średniego. Nie żałuję. –Filip Kekusz

Dâm-Funk & Master Blazter
30 lipca, Warszawa

Nasz człowiek Damon spalił z ziomami trochę towaru i dał piękny recital, żadnej Ameryki tu nie odkryję. Może trochę za dużo improwizacji momentami się wkradło, ale do tego jedynego w swoim rodzaju klimatu nawet to pasowało. Szkoda, że z supportu Mesa nic nie wyszło, ale trzeba przyznać, że Eltron z trudnym zadaniem otwierania koncertu Riddicka poradził sobie celująco. –Kacper Bartosiak

Doskonale spisujący się w przeciągu ostatniego roku klub Powiększenie i najważniejsza rzecz, którą mi przyniósł. Środek wakacji, ciepły wieczór z imprezą boogie-funkową - kiedy to wspominam, faktycznie czuję się trochę jakbym oglądał o tym film. Impresję mogę rozszerzyć o Riddicka dzierżącego w dłoniach gitarę-keyboard, przykrytego czarpką- baseballówką, zbijającego z nami (publicznością) piątki, wskakującego pod koniec w audytorium i wraz z nim skaczącego tudzież śpiewającego, albo o trzymającego to w ryzach perkusistę za skromnym zestawem. Nawet teraz, kiedy o tym piszę, czuję się wyluzowany, a że w dodatku przy akompaniamencie rewelacyjnej i świetnie wykonanej (wokale!, jakieś drobne improwizacje chyba; wybaczcie, nie w ten sposób to pamiętam) muzyki, już chyba zdążyliście się domyślić. Nawet policja rozdzielała tamtej nocy mandaty na pół. –Radek Pulkowski

Open'er Festival
Die Antwoord

2 lipca, Gdynia

Zaskakujące. Jedyny gig na Open'erze, na którym publika najpierw domagała się bisów, a kiedy ich nie dostała – zaczęła być trochę agresywna. To był dokładnie taki koncert, jakiego należało się spodziewać. Przerysowany, w dużej mierze udawany (DJ ingerujący w konsoletę raz na 2 minuty, próby nurkowania w ubogi tłum), krótki, toporny, cholernie głośny. Die Antwoord wypełnili misję groteskowego przeginania głosem Yo-Landi, która od pierwszego do ostatniego utworu wykrzykiwała kurwy coraz wyższym głosem. Refleksja: na dużych spędach każdy koncert powinien trwać 3 kwadranse. –Filip Kekusz

Off Festiwal
Dinosaur Jr.

7 sierpnia, Katowice

Przed tym koncertem doświadczenie "starzy WYJADACZE giga grają" wizualizowałem sobie jako największe hity na setliście, proste gesty, ludzi w szaleństwie oraz leciutką nieporadność. Usłyszałem "Little Fury Things", był okrzyk "fuck Lufthansa!", ludzie wypadali poza barierkę, a wszystko było grane na cudzym sprzęcie, więc dostałem to, czego moja głowa oczekiwała. Było pięknie. –Ryszard Gawroński

Po lipcowym koncercie Malkmusa i spółki mogłem mieć nieco wygórowane oczekiwania, ale nie dostrzegłem tu nic poza poprawnością. No spoko, zagrali te swoje piosenki, ale w ogóle się nie wzruszyłem, a chyba powinienem. I coś tam że "fucking Lufthansa"… Nie, iskry w tym nie było, chociaż może po prostu tym razem za daleko stałem. –Kacper Bartosiak

Open'er Festival
Fatboy Slim

4 lipca, Gdynia

Zupełna pomyłka. Bardzo stary człowiek zaproponował bardzo długi set muzyki, która nigdy nie była interesująca. Rozczarowanie podwójne, bo Ziółkowskiemu zawsze zależało, żeby kolejne edycje zamykać z przytupem. A tu ani energii (jak na Basement Jaxx) ani imponujących wizualizacji (jak na Chemical Brothers). Mimo ogromnego entuzjazmu i szarży pod scenę na początku, jednego momentu rzeczywiście wywołującego ciary – napięcie towarzyszące "Right Here Right Now" – skończyłem leżąc gdzieś daleko i podziwiając kondycję samotnie skaczącej dziewczyny w pomarańczowej bluzie. –Filip Kekusz

Off Festival
Fennesz

6 sierpnia, Katowice

Ze względów terapeutycznych był to naprawdę piękny koncert. Pojawiła się krótka klisza z Endless Summer, ale Chopina to ja w tym wszystkim nie słyszałem. –Kacper Bartosiak

Off Festival
Flaming Lips

8 sierpnia, Katowice

Gdy tylko wybrzmiał mosiężny bas jakichś Duńczyków, pobiegłem pod scenę licząc, że crew member zgarnie mnie i pozwoli wystąpić na koncercie Flaming Lips w roli pluszaka. Nie udało się, i w zamian przez jakiś czas musiałem znosić porykiwania pijanego Ruska, który wrzeszcąc mi w twarz świetnie się bawił. Nie umiem jednak powiedzieć, że żałuję takiego rozwoju wydarzeń - byłem bowiem częścią publiczności i dzięki temu uwaga Wayne'a Coyne'a skupiona była całkowicie w moją (naszą) stronę. Wszystko w czasie tego koncertu podporządkowane było właśnie zaspokojeniu słuchaczo-widzów. I niczego z tego, czego byliśmy świadkami, nie widuje się na co dzień. Zazwyczaj wrećz nigdy się nie widuje - no, a my właśnie widzieliśmy. A że nie zagrali nic z Soft Bulletin... –Jędrzej Michalak

Open'er Festival
Fox

2 lipca, Warszawa

Tegoroczny Open'er był pierwszym, który potraktowałem tak, jak traktuje go, lekko licząc, sześćdziesiąt tysięcy osób. Coś jak dożynki. Trzy i pół dnia szwendania się między scenami, spotykania znajomych i leżenia przed telebimem przed namiotem. I, paradoksalnie, momenty największego odurzenia alkoholowego sprzyjały poznawaniu nowej muzyki. I tak czteroosobową, dość przypadkową grupą, znaleźliśmy się pod sceną na Foksie. Nie wiem kim jest Fox – wiem, że chciałby być kolegą Smolika i Bonobo jednocześnie. Wiem, że zaprosił ludzi o nazwiskach, które powinienem znać, ale poza Marią Peszek (kiedy nie śpiewa swoich piosenek jest całkiem żwawą, wesołą i bezpretensjonalną osóbką robiącą gwiazdę gdzieś na trzecim planie) nie zachwytałem. Dla niektórych zestaw tych łagodnych, chill-outowo-tanecznych podobnych do siebie kawałków był zapewne czymś zjawiskowym. A my głośno domagaliśmy się bisów, bo czemu nie? –Filip Kekusz

Geneva Jacuzzi
11 listopada, Warszawa

Święto-świętem, ale 20 osób pod sceną? Nie żeby mi to przeszkadzało, lubię czuć się trochę elitarnie, ale szkoda mi Genevy (którą "fachowa" prasa przed koncertem przechrzciła na Yakuzi), totalnie odlotowej babki, która zdybana po koncercie odpowiadała na każde pytanie podpitej młodzieży. I w ten sposób mogłem zweryfikować moje przypuszczenia – tak, tak, ona jest Ariela "fucking girlfriend" już od jakiegoś czasu, ale na after wbić niestety nie da rady. A sam gig – rasowy, solidny synthpopik z momentem ekstazy na "Love Caboose". –Kacper Bartosiak

Geneva Jacuzzi 11 listopada przy ulicy 11 listopada. Tak było. Sama artystka jednak, nie zważając na powagę sytuacji, ukazała się warszawskiej publiczności przebrana za arlekina, poza śpiewem serwując też elementy pantomimiczne, z moją ulubioną figurą skradającego się królika, przerysowaną cichaczem z laboratoriów Warner Bros, na czele. Napisałbym o muzyce, jednak poza słynnym i świetnym (i fajnie wykonanym) „Love Caboose” i może jeszcze jednym kawałkiem, który jakoś zajaśniał na koncercie – nie była ona istotna. Koncert dla zabicia czasu, a z tamtego dnia dużo ciekawiej wspominam nie do końca urzeczywistniony marsz narodowców, który w okolicach Placu Zamkowego miałem okazję obserwować. –Radek Pulkowski

HIM
17 stycznia, Warszawa

Największe koncertowe rozczarowanie tego roku. Powinienem jakoś bronić tej tezy, ale to było zaraz na początku roku, więc argumentów już nie pamiętam. Grali zupełnie coś innego niż na Peoples, mam też wrażenie, że zmienił się skład i dominowali w nim Azjaci. Przypadkowo spotkany Mateusz W. powiedział (o supporcie) że pierwszy raz był na koncercie, na którym nie widział żadnego z muzyków. Też nie widziałem. Możliwe, że leżeli na podłodze. –Filip Kekusz

Open'er Festival
Hot Chip

3 lipca, Gdynia

Nie podzielam obiegowej opinii, że był to koncert wymuszony, czy cienki. Alexis Taylor biegał po scenie i między publicznością niczym radosny pingwin, ten gruby od chórków też się nie oszczędzał, syntezatory cięły równo, a nawet marniejsze kawałki – większość One Life Stand w sensie – wybrzmiały dość mocarnie, jak na grupę lamusów. A podział 4/4 okazał się jednym z lepszych wynalazków w ogóle. Również znajomi, którzy słyszeli po raz pierwszy, bawili się znakomicie, a dla mnie to jeden z wyznaczników. –Filip Kekusz

Japandroids
27.01, Warszawa

Kanadyjczycy rozpętali epicką wiksę w samym środku zimowej sesji. Łatwo można było wyłapać łokciem w ryj pod sceną (przypadkiem oczywiście) i niech to zaświadczy za atmosferę, która panowała tego dnia w Powiększeniu. Jednak o ile Dżapandro spisali się na medal, tak sam klub już mniej, bo niestety sympatyczny duet pogoniono dokładnie w chwili, gdy zegar wybił 22, nie dając im nawet cienia szansy na zagranie bisów (a niektórzy tam czekali na "I Quit Girls", do Diabła). Jestem spokojny, że typy wrócą przy okazji promowania nowego materiału – widać było, że nasz sposób przeżywania gitarowych koncertów bardzo przypadł im do gustu. –Kacper Bartosiak

Japandroids
28 stycznia, Poznań

Styczniowa wyprawa do Poznania była epicką ekskursją, której pozazdrościłby sam Odys. Praca, zima, studia i dudnienie pociągu kontrapunktowane dźwiękami smsów, przynoszących życzenia zdrowia mojemu współtowarzyszowi-jubilatowi. Ta ostatnia okazja była też pretekstem ku spożyciu. Racjonalnemu, choć postępującemu wraz z nasilającym się chłodem. Koncert miał być zwieńczeniem – i w zasadzie był. Aż nadto. By stanąć okoniem nadsyłającym smsy oraz nazwie klubu (Eskulap), mój towarzysz rozpoczął koncert od złamania nogi. Tak, proszę państwa, punk pełną gębą! Przy akompaniamencie Post-Nothing i kolejnych dawek znieczulacza, szczęśliwie dobrnęliśmy do bisów, podczas których bardzo nas korciło, aby krzyczeć: "McLusky!". Nie krzyczeliśmy a mimo wszystko zagrali. Bomba endorfin sprawiła, że w pierwszym rzędzie pewien uparty człowiek pogował na jednej nodze. Szacunek dla tego człowieka. W drodze powrotnej pomyliliśmy pociągi. Przesiadaliśmy się w Lesznie, gdzie poszukiwaliśmy płynnej morfiny. A we wszystkim pomagał nam przyszły redaktor Porcys. Gdy emocje opadły a gips zastygł, zgodziliśmy się, że jak łamać nogi to tylko na Japandroids. –Jan Błaszczak

Jazzpospolita
10 listopada, Łódź

Wchodzimy do środka, bo przecież "Jazzpospolita" występuje obok "za darmo", ale wchodzimy do środka również dlatego, że "Krytyka Polityczna" i "slam poetycki" i "weź udział w literackim życiu Łodzi", a my chcemy być kulturalni, otwarci i zaznajomieni z modnymi formami prezentacji sztuki. Wnętrze uroczo artystowskie, ludzie jeszcze bardziej, a wnet okazuje się, że nasze "również dlatego" staje się wnet warunkami wstępnymi i ceną do zapłacenia, a nie dodatkowym main eventem. Poeci wbiegają na scenę, strzelają wers za wersem porównania do złącz usb, Firefoksów, w przerwie starsza pani-poetka wprowadza w konsternację swoją niecodziennością, znowu złącza usb, Firefoksy i ból istnienia, potem Jaś Kapela wpada i nagle strzela najlepszy wiersz, puentując go zawijasem o spermie na twarzy, by potem znowu wróciły metafory o Facebooku i dissy poetów na innych poetów na temat czytania Wojaczka. POEZJA POECI POEZJA SLAM, sraka ptaka, odpadają starszaki, słabiaki, gość co udawał Fisza i Jaś Kapela, zostają jakieś rzeczywiście lepsze typy, robi się ciekawiej, ale mimo wszystko wciąż waga jest bardziej na hasło "Jazzpospolita" – czekamy bardziej niż słuchamy przez ten nieszczęsne okropne pierwsze rundy. Wreszcie KONIEC, wygrywa gościu dyskretnie propsowany od początku przez prowadzącego, teraz zabawy z publicznością i przybijanie sobie piątek za udany event, już, już, już prawie ma wyjść, ALE nagle okazuje się, że publiczność złożyła się na nagrodę specjalną dla Jasia Kapeli. Ten wchodzi na scenę i zaczyna czytać wiersz o podatkach przez dwadzieścia minut. Mija czas, mija, Jaś ciągle ryczy "podatki!", publiczność (nawet dyskretnie prowadzący) coraz bardziej mówią "za szmatki!". Wreszcie nadchodzi koniec i start Jazzpospolitej. Wnet okazuje się, że "Krytyka Polityczna" i kumple mają wysrane na zespół, zdarza się okazjonalne śpiewane "sto lat!" i generalna zapoznawczo-kumpelska zabawa, ale zespół w żaden sposób się nie poddaje. Gra po prostu ciesząc się z samego faktu nadawania muzyki, strzela wspaniałe improwizacje i jest czysto kozacki. Nagle okazuje się, że obok wymienianego w każdym tekście Przerwy-Tetmajera gwiazdą jest Załęski, naparzający na klawiszach jakieś odjazdy, traktując cały event z humorem i będąc po prostu sympatycznym gościem. Koniec końców poeci zignorowali występ, Jazzpospolita olała poetów, a ja doświadczyłem najfajniejszego polskiego koncertu tego roku! –Ryszard Gawroński

Joanna Jabłczyńska
6 grudnia, Warszawa

Śmiejemy się, ale Asia Jabłczyńska na żywo, na specjalnym koncercie dla dzieci, zagranym z okazji Mikołajek w EMPiKu przy Marszałkowskiej, naprawdę dała radę. Ładnie odstawiona, nieustannie wchodziła w interakcję z nieliczną publicznością, co więcej – nawet namówiła kilka dziewczyn żeby wzięły udział w konkursie tańca. Po drodze śpiewała wprawdzie do bólu banalne i nieciekawe piosenki, ale – jak sama przyznała po koncercie – piosenkarką się nie czuje i na razie kariery w tym kierunku rozwijać nie zamierza. I sprecyzujmy – ja tam byłem przez przypadek. –Filip Kekusz

Katy Perry
5 października, Warszawa

Moja obecność na tym koncercie to trochę śmieszna sprawa, ale Katy jest tak pozytywną postacią, że nie mogłem się powstrzymać. Nie mówiąc o tym, że znalazłem na tym gigu inspirację do mojego licencjatu, więc tak, zdecydowanie było warto. A sam występ Amerykanki? Wyrachowane, niezwykle profesjonalne show. Na plus zaliczyłbym nową, jakby-jazzującą wersję "I Kissed A Girl", która pozwala dostrzec w tym numerze drugie dno (które dla odmiany nie sięga poziomu dna). Z innych odkryć – "California Gurls" bez Snoopa lepsze niż z nim, a wysłuchanie "Teenage Dream" w wersji na żywo tylko utwierdziło mnie w przekonaniu o tym, jak świetny to numer. –Kacper Bartosiak

Open’er Festival
Kings of Convenience
2 lipca, Gdynia

Panowie wyszli jako duet, jednak cztery krzesła za ich plecami uspokoiły moje małe obawy. Można było być pewnym, że w pewnym momencie dołączą do nich dwaj koledzy, z którymi koncertowali jeszcze przed wydaniem najnowszego albumu. Już wtedy popisywali się brawurowymi wykonaniami piosenek nań przygotowywanych. Stanęli przed niewygodnym zadaniem stawienia czoła dźwiękom dobiegającym z sąsiednich scen. Bardzo pewnie nawiązali kontakt z publicznością, co mnie akurat nie dziwiło, a wręcz tego oczekiwałem, bowiem wbrew pozornie nieśpiesznemu i spokojnemu charakterowi ich twórczości, są to wesołe chłopaki. Eirik podkreślał jak bardzo zależy mu na tym, aby każdy czuł się częścią tego koncertu i zwracał się specjalnie do osób stojących daleko na samym końcu wielkiego namiotu. Erlend w zabawny sposób przekonał publiczność do zaniechania rytmicznego klaskania, które wybija ich z rytmu, jako że nie mają perkusisty, proponując w zamian przeciągły krzyk na wyrażenie swojej radości z muzyki. "Snap your fingers" – zachęcał również, co było daleko bardziej adekwatne dla klimatu jaki niosła ze sobą muzyka. Po dołączeniu skrzypka i basisty na końcowe kilka utworów rozpoczęła się zabawa z wokalnym udziałem publiczności, która dyrygowana przez Eirika i Erlenda aktywnie, z podziałem na stronę lewą i prawą, wzięła udział w wykonaniu "Peacetime Resistance", "Boat Behind" i kończącym występ szlagierze "I’d Rather Dance With You". Ten ostatni został wzbogacony zwrotką zarówno pożegnalną jak i wyrażającą nadzieję na kolejne spotkanie w Polsce. Nie bisowali, mimo iż poziom wrzawy za nic miał sobie tytuł ich debiutanckiego albumu. Mr. Øye aż przesadnie zatykał uszy (podobno po koncercie powiedzieli dziennikarzom, iż mieli do czynienia z najgłośniejszą publicznością na świecie – pewnie kurtuazja). Po porozumiewawczym spojrzeniu panowie postanowili sobie cyknąć fotę na tle ekstatycznych tłumów i zniknęli, pozostawiając we mnie radosne wspomnienia: w końcu doczekałem się występu tych cichych bohaterów. –Michał Hantke

Off Festiwal
Lali Puna

7 sierpnia, Katowice

Po tym całym przybijaniu piątek, poznawaniu Internetu live, intensywnych koncertach wcześniej i tym całym męczącym organizm na różne sposoby festiwalowym życiu, kozacko było usiąść z Emilem i Anią pod siatką trochę dalej od sceny i słuchać jak wszystkie piosenki zlewają się (wina była pewnie po obu stronach odbioru) w jedną łagodnie elektroniczną melodię. Terapeutyczne. –Ryszard Gawroński

Off Festiwal
Lenny Valentino

6 sierpnia, Katowice

Malkontenci znaleźliby pewnie mnóstwo wad tego występu, ale kaman, dostaliśmy chociaż mały skrawek tego, o co mogło chodzić z Uwaga! Jedzie Tramwaj przed tą całą mitologizacją, zironizowaniem i reakcją zwrotną na zironizowanie. –Ryszard Gawroński

Lykke Li, Myslovitz
20 listopada, Łódź

Czasem przeraża mnie ile zjawisk zachodzi w ludziach totalnie bez mojej świadomości. Po wejściu do Wytwórni nagle okazało się, że Lykke Li to całkiem ważna i kultowa persona: każda dziewczyna chce wyglądać tak jak ona, a słuchanie jej płyt nastawia ironicznie do piosenek Myslovitz i wzbudza ciężkie słowa i gesty w stosunku do pijarowskich faili mBanku. Ja za to po raz pierwszy miałem okazje chóralnie pośpiewać "I NAAWET KIEEDY BĘDĘ SAAM" i doznać "Z Twarzą Marylin Monroe" i "Scenariusz Dla Moich Sąsiadów" na żywo, więc dla mnie było całkiem magicznie. Potem nastąpiły zawirowania wizerunkowe całej imprezy: Stelmach rzucił gwiazdorsko w tłum "Jacku mam nadzieje, że gdzieś tam jesteś" (?), tancerze uczyli publiczność tańczyć ("dwa, cztery, góra, dół, sześć, osiem, bioderka!") publiczność była oporna, a w którymś momencie z telebimów poleciał chyba zapis flashmobu. Przerwa pomiędzy występami zrobiła się ogromna i trochę zaczęła budzić panikę, ale koniec końców jak już Lykke wyszła na scenę to okazało się, że trochę w tym powszechnym lykkeliźmie było sensu. Li tańcząc się wijąco, grając na bębenku wytworzyła taką uroczą atmosferę, że nawet słabszy stuff zapowiadający jej nową płytę sprawiał totalną przyjemność. A jak zabrzmiało "Dance Dance Dance" to już w ogóle, prawie tak jak przy Myslovitz, pojawiła nostalgia za kiedyś często słuchaną muzyką. –Ryszard Gawroński

Magnetic Fields
27 marca, Berlin

Oczywiście, najważniejsza w tym wszystkim była dla mnie możliwość porozmawiania z Merrittem, ale trzeba przyznać, że sam koncert wypadł doprawdy ujmująco. Nawet wtedy, gdy Stephin – zgodnie ze swoją delikatnością – odpowiadał automatycznym "shut up" na piosenkowe prośby berlińskiej publiczności. Koncert trwał przeszło dwie godziny, więc zgromadzeni mieli okazję obcować z całym przekrojem przez dyskografię tego wybitnego zespołu. Było "The Luckiest Guy On The Lower East Side" (z którym Merritt poradził sobie zaskakująco dobrze), było "100.000 Fireflies" (zapowiedziane jako: "nasz pierwszy i ostatni indie-popowy przebój"), "Nun's Litany" wzbudzało salwy śmiechu a "All Umbrellas In London" ściskało za gardło tak, że nie umiem już słuchać tego utworu w wersji nie-akustycznej. Źle ubrany, zgryźliwy mikrus obezwładniał niepojętą charyzmą, udowadniając, że inteligencją można nie tylko poderwać jednostkę, ale i porwać tłum. –Jan Błaszczak

Małpa
10 marca, Wrocław

Nie będąc zwyczajowym targetem tego typu imprez, mając w pamięci kilka średnich doświadczeń z OSTRem, Pezetem czy Reno, trochę obawiałem się występu Małpy. Niesłusznie. Po perwsze: jak przystało na zioma, który doszedł do wszystkiego własną ciężką pracą, zapierdalając, jak na młodego człowieka w tym kraju przystało, Małpa poszanował swego słuchacza. Wypuścił pełną energii petardę, w której elementy socjalizujące, gadki szmatki z mikrofonu i wezwania do hałasu, nie przeważyły nad muzyką i dozowane były umiejętniej niż przez niejednego wygę. Jego flow na żywo nabrał nieco krzycząco-nerwowej barwy, co jednak nie przeszkadzało, zwłaszcza, że prawdziwa z niego fryga i jego ekipie też nic nie ujmuję. Poza tym, wiecie, te wszystkie smaczki, gdy do koleżanki podbił jeden młody showman z nawijką, że „jeśli z nim wyjdzie, to dowie się wszystkiego o Hip-Hopie”. Niezła próba. Ale potem zjawił się ochroniarz i wyprosił go za drzwi. Jako nieletni musiał wyjść przed północą. –Wawrzyn Kowalski.

Open'er Festival
Massive Attack

2 lipca, Gdynia

Oprócz nagłówków gazet wyświetlanych w tle, dokładnie taki sam koncert jak dwa lata wcześniej dokładnie w tym samym miejscu. –Filip Kekusz

Festiwal Nowa Muzyka
Moderat

29 sierpnia, Katowice

"Hej, słyszałem to samo rok wcześniej w Poznaniu!" – z tą myślą wylazłem z terenu festiwalu (o, na początek napisalem "terenu refrenu") i udałem się oglądać pojedyncze samochody na trasie szybkiego ruchu. Koncertowe "Seamonkey" z pogłosem + widok na pustawe Katowice = 9.4. –Filip Kekusz

Mount Eerie
24 marca, Kraków

Szkoda, że z koncertu życzeń na bis wyszło niewiele, ale prawie zlobbowaliśmy "I Hold Nothing". W ogóle to postać Elveruma grającego metal w japonkach… –Kacper Bartosiak

Off Festiwal
Mouse On Mars

7 sierpnia, Katowice

O, zapraszają na imprezę syreną, "będzie niezła wixa" mówi Kacper, o, o, o, ASKJGKGFBCJXM SDGFDDFLJN LGFL FEUJNAKLSNJDHGSHBAJNKLM OMAJGAD SDHJ EKHSAD ILSADCBKJDSJBSDSA, AAAAAA, OOOOOO, KJFDKJGWQ, M IUFDJKSDKJCVKJ, CZEŚĆ KAMIL, NHASKJBI KNEDKJ JKDF KFDKJ, OH MY OH MY OH MY AAAAAAAAAA, OOOOOO-M-A-J-G-A-D, ZZZ-JFKSNR MCJDJA, LKFJHWKO MDJNAJ LKDJAJH KEHA, NHWOKBL NKSWXJ CPOAQM JDL BGWQPOB NXIGKQAJHVLWH, o, kończą syreną. –Ryszard Gawroński

Nachtmystium
9 kwietnia, Wrocław

Nie mogę sobie wybaczyć, że nie zdobyłem się na jakąś dłuższą rozmowę z Nachtmystium, chociaż miałem ich na widelcu. Gdy przyjadą znów, będzie pewnie ciężej się do nich dopchać. Sam koncert bardzo udany, choć utrzymany raczej w stylistyce Motörhead niż black-metalu. Mogę się mylić, ale zakończyli bodajże "High On Hate", zapowiadając je jako zwiastun nadchodzącej płyty. Jakoś irracjonalnie pomyślałem, że to może być bardzo duża rzecz. Z perspektywy ośmiu miesięcy, wiem że warto czasem zaufać intuicji. –Jan Błaszczak

Open’er Festival
Pavement

2 lipca, Gdynia

Ta setlista była tak masakrycznie dobra, że normalnie miałem łzy w uszach ze szczęścia. Zagrali praktycznie wszystko na co liczyłem, nie tylko jakieś tam oczywiste evergreeny jak "Cut Your Hair" czy "Gold Soundz", ale też takie osobiste "smaczki" jak mój faworyt w repertuarze Kannberga "Kennel District" czy cudne "Starlings Of The Slipstream". A to tylko wierzchołek góry lodowej, mógłbym pisać i pisać, bo w sobotnią noc w Gdyni działy się rzeczy nadprzyrodzone, które swoim znaczeniem przysłoniły nawet najciekawszy dzień na Mundialu. –Kacper Bartosiak

Pavement
20 maja, Praga

Gdy twój poranny pociąg zostaje, co pozytywnie zaskakujące, jako pierwszy po kilku dniach powodzi przepuszczony przez most na Olzie, gdy po chwili przesiadasz się na České dráhy, gdzie spotykasz Jezusa w krawacie Samoobrony, który witając cię sielskim "dobrý den" prosi o okazanie biletów do kontroli – już wiesz, że równie dobrze mógłby powiedzieć: "mimo tej koszmarnej wody wokół, dotrzesz do celu i jeszcze dziś będziesz ze mną w raju".

W Sali koncertowej Palác Akropolis jeszcze nie ma tłumów, ale słyszysz różne języki świata, jest sporo Polaków, są znajomi, elo, piona. Wydaje się, że większość Czechów wybrała balkon i miejsca siedzące. Pierwsze rzędy pod sceną to sektor polskich ultrasów. Ten moment, gdy na scenie pojawiają się postaci znane Ci z występów rejestrowanych kamerą VHS, jakie miałeś frajdę sprawdzać na YouTube... Wyglądają prawie tak samo. Po kilku dniach dociera do ciebie, że ten nieokiełznany Bob Nastanovich ma wcale pokaźny brzuszek i ogólnie poza frontmanem wszyscy cokolwiek podtatusiali. Na żywo widzisz młodych chłopaków dopiero co po koledżu.

Grają tak samo. Przynajmniej tak mi się wydaje. Po pierwsze nie ogarniam jak można dokonać lepiej zagranego gigu, lepiej nagłośnionego, lepiej przyjętego (sorry, wiem, że Czechom się chyba nie podobało, ale wrzawa w polskim sektorze bez ściemy nadwyrężała możliwości ludzkiego ucha) i lepiej skompilowanego (to banał, bo wszyscy już tu i tam sobie powiedzieliśmy, że ten zespół nie jest w mocy ułożyć słabej setlisty). Po drugie, zastanawia mnie, czy kiedykolwiek dojdzie jeszcze do takiej koincydencji oczekiwań, podjarki, kłód, jakie, z jednej strony, okoliczności przyrody, z drugiej, polskie koleje, z trzeciej, życie prywatne, rzuciły pod nogi i które trzeba było pokonać, by doświadczyć koniec końców koncertu życia, uwalniającego ten rodzaj emocji, które określają ciebie i wszystko, czym chciałbyś być, kim nigdy nie byłeś a co ci się jednak w ciągu tych 90 meczowych minut przytrafiło.

Po wyjściu na scenę pod rusztowaniem kolorowych żarówek wybrzmiał epicki riff zwiastujący "In The Mouth A Desert". Nie zdążyłeś ochłonąć, a tu już przechodzą w "Gold Soundz" – patrzysz na towarzyszy wieczoru i widzisz w ich spojrzeniu tę samą mieszankę dezorientacji i spełnienia: czy to się dzieje? To przerasta wyobrażenia o mitycznym zespole. "Date With Ikea", "Cut You Hair", itd. (setlista tutaj), piosenka po piosence, wsłuchując się w hymniczne teksty nie zdejmując wzroku z Malkmusa – typa, który w najbardziej luzacki sposób obchodzi się z gitarą, którego najzwyczajniejsze ruchy i ironicznie megalomańskie pozy są de-fi-ni-cją, stajesz się lepszym człowiekiem. Gdy startuje "Summer Babe", skaczesz pod sufit i zdzierasz struny głosowe, coś absurdalnego, przecież jesteś już taki dorosły i poważny, ale znów poczułeś rocka w sercu. Autentycznie jesteś tu, gdzie jest twoje miejsce i twój czas, żyjesz tym.

Jeszcze dwa bisy po trzy utwory. Kannberg zamienił kaszkiet na ręcznik. "Stop Breathin’" gra przed sceną. Koniec, Malkmus podniósł kciuk w górę i niepozornie czmychnął na backstage, Ibold dziękuje za uwagę, West bije pokłony... Zapalają się światła. I znowu trochę jesteś głupim dupkiem, bo wracasz nie na suburbia, ale do hostelu i nie BMX-em, ale tramwajem. I tak fajnie. Bez wątpienia. Dziś oszukujesz siebie, opisujesz to wszystko w czasie teraźniejszym, choć wydarzyło się osiem miesięcy temu i już nigdy się nie powtórzy. –Michał Hantke

Polvo
31 maja, Warszawa

O samym koncercie pisałem trochę tutaj, więc dodam tylko, że dla niektórych było to wydarzenie historyczne. Gdzieś pomiędzy bitwą pod Kłuszynem a przywilejem Cerekwicko-Nieszawskim. Jeśli was tam nie było, to z czymś podobnie epickim zetkniecie się dopiero 21 grudnia 2012 roku. A i to przy odrobinie szczęścia.–Jan Błaszczak

Festiwal Nowa Muzyka
Prefuse 73 & Orkiestra Aukso

30 sierpnia, Katowice

To miało być ciekawe połączenie, ale wyszło umiarkowanie. Nie wiem, co zwykle gra Orkiestra Aukso, ale tym razem grała jakieś proste kilkudźwięki, które spokojnie można przerobić na sample. Prefuse z kolei siedział z boku i co jakiś czas wydobywał ze swojej konsolety dźwięk kapiącej wody czy szumiącego wiatru. Wyszedł z tego zbiór szkiców, z których większość urywała się w połowie, muzyka bez żadnego napięcia, kompozycje, które się nie rozwijają, ale dość przyjemne dla ucha za to. Do tego ciekawe miejsce – koncert odbył się w Galerii Szyb Wilson – i publiczność reagująca niezwykle entuzjastycznie na każdy dźwięk skrzypiec. –Filip Kekusz

Off Festiwal
Raekwon
6 sierpnia, Katowice

Czytałem różne rzeczy o tym koncercie – że był słaby, że Raekwon nie był w stanie porwać indie tłumu, że publiczność się nie bawiła. Z miejsca, w którym stałem tak to nie wyglądało. Świetnie się bawiłem, ludzie wokół mnie świetnie się bawili, moja dziewczyna, która nie cierpi hip-hopu świetnie się bawiło. Nie było to nic wielkiego – jowialny, wujkowaty Raekwon pijany polską wódką (o czym co chwila opowiadał), jeden dj (tak, grający z kompaktów). Jednak Raekwon był ujmujący i wykonywał przede wszystkim klasyki Wu-Tangu. I mam na myśli KLASYKI. Pewnie sentymenty mają wpływ na moją opinię, ale to wymiatało. –Łukasz Konatowicz

Tu działa się historia. Raekwon wyszedł na scenę spóźniony i pijaniutki jak bela. Raczej nie był to pierwszy taki przypadek w historii muzyki rozrywkowej, na pewno zdarzyło się też komuś nie tylko przerwać występ na womitowanie za sceną, ale i rzetelnie poinformować o tym publiczność. Sęk w tym, że Corey Woods, choć między piosenkami ledwo radził sobie z chodzeniem i wymawianiem niejednosylabowych wyrazów, to już w trakcie zwrotek pozostawał bezbłędnym i bezlitosnym, czyli takim, jakim malowały go nasze matki i babki. Innymi słowy, "this fucking polish vodka" pokonała człowieka, ale nie zdołała pokonać rapera. To o tym koncercie rozmawiało się następnego dnia, i to on będzie należał do tych, których się nie zapomina. –Jędrzej Michalak

Unsound
Tim Hecker
21 października, Kraków

Tim Hecker gra w kościele – ja to mogło nie być zajebiste? Fale dźwięku przetaczały się przez ciemny kościół św. Katarzyny, venue wprost krzyczące "NIESAMOWITOŚĆ". Ambienty Heckera mają to do siebie, że prawie zawsze jest w nich dużo melodyjności, są zwyczajnie ładne. W Katarzynie zabrzmiały pięknie i majestatycznie. Przyznaję, że przysypiałem, ale nawet wtedy mi się podobało. Nie mogłem za to wytrzymać na tych nudziarzach, którzy grali później. –Łukasz Konatowicz

Off Festiwal
Toro Y Moi
6 sierpnia, Katowice

Pełen namiot tam = nasze serca pełne tu. To naprawdę budujące, jak publika przyjęła Chaza i jego ludzi, którzy sami nie wierzyli w to co widzieli. Sam koncert nie zawiódł i chociaż trwał trochę krótko, to chyba nie sposób na nic narzekać. Uroczo niefrasobliwy Bundick zamiast odgrzewać kotlety z 2009 roku pokazał nam kilka nowych wałków, które wszystkich obawiających się o poziom Underneath The Pine powinny z miejsca uspokoić. Oby pamiętał o nas przy kolejnej trasie. –Kacper Bartosiak

Nie szedłem na ten koncert bez oczekiwań. Oczekiwałem beznadziejnego występu. Sorry, takie chodziły słuchy – Toro Y Moi w wersji live jest słabe, Chaz Bundick nie potrafi tego robić na żywo. Otwierające wykonanie "Blessy" roztrzaskało moje uprzedzenia. Ni stąd ni zowąd – Chaz Bundick na żywo zabija. Godne odtworzenie jego piosenek wystarczyłoby do wzruszeń i satysfakcji, Jednak skład, który wystąpił na Offie dodał im, a może wyciągnął na jaw już obecny element taneczny, głównie dzięki mocnej basowej postawie. Bardzo poruszający, emocjonalnie i fizycznie, koncert. –Łukasz Konatowicz

Och Toro. Czekaliśmy na ciebie pełni nadziei jak i obaw. Kiedy rozmawiałeś z papieżem o pokoju na bliskim wschodzie, kiedy protestowałeś w łóżku przeciw wojnie w Iraku, kiedy adoptowałeś dziecko z ukraińskiego sierocińca - to to było piękne, tak. Ale dopiero ujrzenie cię na żywo mogło prawdziwie nas umocnić i pocieszyć. "Roxanne", "Billy Jean", "Bohemian Rapsody", "Creep", "Rebellion (Lies)"...Jednym słowem dałeś świadectwo, i setki tysięcy ludzi, którzy byli obecni na stadionie, nigdy nie zapomną twoich wspaniałych gestów i słów: "thanks". –Jędrzej Michalak

Open'er Festival
Tricky

1 lipca, Gdynia

To nie był koncert Tricky'ego, to była grupa muzyków, która przez półtorej godziny animowała mszę do Tricky'ego bujającego się powoli we wszystkie strony jednocześnie. Proste kompozycje rozbudowane do dziewięciu minut, wałkujące refren przez sześć. Prawie nic ze starych płyt, prawie wszystko z okresu post-depresyjnego. Osiąganie nirwany zostało przerwane przez wpuszczenie na scenę jakichś sześćdziesięciu osób, co skojarzyło nam się, nie wiem czemu, ze szturmem wikingów. Do tej pory nie wiem czy to jakiś wyrafinowany żart, czy to tak na poważnie. Do tej pory nie wiem, czy mi się podobało, czy nie. –Filip Kekusz

Selector Festival
Uffie

4 czerwca, Kraków

Trochę kuriozum. Jadąc do Krakowa wiedziałem mniej więcej czego się spodziewać, więc tak: same piosenki – super, Uffie – super, melanż Porcys – mega, ale żeby czekać 45 minut w kolejce do wejścia na koncert rozpoczynający się o 21? Poważnie, WTF? W efekcie wbiliśmy z prezesem spóźnieni gdzieś o kwadrans, który musiał być mocny, bo potem Anna-Katarzyna pozwalała sobie co kilka chwil znikać ze sceny (pewnie żeby nakarmić córkę, ja to rozumiem), w efekcie czego jakieś nudy przygrywali nam jej dwaj przyboczni. Niby festiwale rządzą się swoimi prawami, ale ludzie, to Uffie… Następnym razem proponuję zaprosić ją do klubu, najlepiej do tego na parterze biurowca Porcys. –Kacper Bartosiak

Ultralyd
10 maja, Warszawa

Pamiętam, że na koncert Norwegów liczyłem jak na mało co, bo wymyśliłem sobie, że Ultralyd ze stajni Rune Grammofon wynagrodzi mi w dużej mierze odwołany parę miesięcy wcześniej, mający się odbyć także w warszawskim Powiększeniu, koncert Arve Henriksena i Deathproda z Supersilent. W klubie zgodnie z oczekiwaniami zastałem bardzo niewielką liczbę słuchaczy, myślę, że zamykającą się w liczbie 20-30, a także, o czym chyba jednak nie myślałem, krzesełka. Byłem trochę zawiedziony, kiedy po występie trwającym pewnie niecałą godzinę, okazało się, że obecna wtedy koncertowa odsłona grupy, wybierając z koktajlu albumów, zaprezentowała publiczności dźwięki raczej bliższe metalu niż impro-jazz-pojebstwa, na które liczyłem. Mimo tego, koncert całkiem przyzwoity. –Radek Pulkowski

Open’er Festival
Yeasayer

1 lipca, Gdynia

Po, rokrocznych już, ekscesach na wejściu, słownych policzkach od rasowych ochroniarzy (nadstawiłem drugi) i innych takich psioczeniach, w których przyznaję rację Budzie, udałem się szerokim polem do festiwalowego namiotu na koncert Yeasayer. Poza jednym ewidentnym Syriuszem, prawdziwych gwiazd było na tegorocznym festiwalu jak na lekarstwo, dlatego na brooklynczyków całkiem świeciły mi się oczy. Pora trochę nie w porę, ale dzięki temu brak było tych wszystkich ścisków i poruszających się ruchem wahadłowym tłumów. Było za to rozpoczęcie lata z ”Wait For The Summer” i ”2080” – której refren, skandowany przez Zagubionych Chłopców atakujących kapitana Hooka, przypomniał jak zajebista jest to piosenka. Można zorientować się po brzmieniu, że panowie opuścili resztki klimatów folkująco-progujących, a zagłębili się w, opuszczone przez MGMT, syntezatorowe. Może nawet mógłbym powiedzieć, ze był to najlepszy, po Pavement, koncert Open’era, ale nie jestem kompetentny, bo mając, na przykład, do wyboru towarzystwo Kasabian i Matisyahu, wybrałem oglądanie meczu: Paragwaj – Hiszpania. Dla tej minuty z karnymi, było warto. –Wawrzyn Kowalski

Yeasayer
2 listopada, Warszawa

Na gdyńskiego Yeasayera wpadłem w połowie, zasapany i podkurwiony z lekka, więc wyniosłem niewiele. Warszawski okazał się natomiast wydarzeniem niemałym. Ponoć był to dodatkowy, ostatni koncert w trasie, więc także należy im się dodatkowy szacunek. A jeśli chodzi o wartości artystyczne – idealnym zapisem koncertu jest dostępna za darmo koncertówka Live At Ancienne Belgique. Najważniejsze spostrzeżenie: kawałki z Odd Blood ładnie współgrają na żywo z tymi lepszymi z debiutu. –Filip Kekusz

BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019