SPECJALNE - Relacja

Various Live 2009

12 stycznia 2010



Various Live 2009

Zanim przejdziecie do lektury artykułu, sprawdźcie czy widzieliście nasze relacje z Off Festivalu i Primavera Sound Festival. Jeśli tak, to teraz zapraszamy na garść luźnych wrażeń i reminiscencji koncertowych za rok 2009 w wykonaniu naszych redaktorów.


Animal Collective, Grouper
16 maja, Toronto

Z grubsza już opowiedziałem o gigu tutaj. Było jak na "bibie w Kamieniołomach", czyli: "osiemnastoletnie idiotki z rajstopami w panterki, w wayfarerach" "z dżinsami wsadzanymi w język Najków" i "całe to arty street fashionowe pierdolenie". Były nawet "Przekąski Zakąski" w postaci hot-dogów za 3 dolary. Czyli "ja idę się umyć bo żal". Ale poza wspomnianymi niedogodnościami był też całkiem zajebisty koncert, który rozpoczął się prawdziwie magicznie ("Chocolate Girl" zmiażdżyło), miał momenty ("My Girls", "Fireworks") i zakończył niespecjalnie ("Summertime Clothes" na bis – niespecjalnie moja drużyna). Oczywiście jak w "Kamieniach", usiąść nie było gdzie, nie że kurtki (lol), bo gorąc był przeogromny, ale po prostu nie przewidziano takiej możliwości, że ktoś może sobie chcieć usiąść, jak człowiek. Aha, grała też Grouper, tylko że totalnie nic nie było słychać, więc jej misternie budowana atmosfera, uleciała gdzieś zupełnie niedoceniona. Choć w sumie kto miałby to docenić tak się zastanawiam. –Paweł Greczyn

Jarocin Festival
Animal Collective

19 lipca, Jarocin

Tajemnicą pozostaje to, jak upłynęła podróż z Poznania do Jarocina. Perypetie na trasie wymusiły na ekipie dojazd jedynie na Kazika na Żywo i Animal Collective, co nie znaczy, że na czymkolwiek innym mogłoby nam zależeć. Kto wie, być może właśnie od tego festiwalu Animal Collective stali się najbardziej nienawidzonym przeze mnie zespołem świata. Było poprawnie, było dużo materiału nowego, był "trans", wokół radykalny syf i ubóstwo, poczucie "obcowania z legendą" festiwalu jarocińskiego, na który nie wrócę. Kazik nie wiem, zajmowałem się suszeniem skarpetek. –Łukasz Łachecki

Ariel Pink's Haunted Graffiti
16 czerwca, Warszawa

Zajebisty koncert z wielu względów – po pierwsze towarzystwo, nie było przypadkowych ludzi, do tego zjawiła się prawie cała redakcja Porcys, więc było wesoło. Po drugie – doświadczenie muzyczne było jak dla mnie kompletnie inne od tego, które wyniosłem z obcowania z płytami Ariela. Tu był bardziej Ariel Of Loaf – konkret, łojenie, a nie jakieś lo-fi smęty. I najpierw było zdziwienie, a potem przyszła konstatacja, że to jednak też mocna sprawa. Zestaw "Can’t Hear My Eyes"-"For Kate I Wait"-"Flashback" zwłaszcza zapadł mi w pamięci. Podobnie zresztą jak sam Ariel, który przed koncertem handlował swoimi koszulkami i płytami i wtedy to przewalił mnie na 10zł, huncwot jeden, ale nie miałem serca… Odniosłem wrażenie, że w tamtej chwili oddałby mi tę koszulkę za 3 karteczki z Królem Lwem. Poza tym – wiadomo, zdefiniował na nowo słowo "spoko" w roku pańskim 2009, ale trzeba przyznać, że ludzie z jego ekipy też bardzo fajni. I o Nite Jewel można było pogadać, i o Mausie, dlatego z tego miejsca apeluję: dobrzy organizatorzy, sprowadźcie tę bandę Pinka do Polski. Jak to jest, że Geneva Jacuzzi gra razem z Nite Jewel po połowie Europy a u nas nie? Przecież to takie ładne kobiety! –Kacper Bartosiak

Baaba
10 grudnia, Warszawa

Pisanie relacji z koncertów gdzie indziej niż do osobistego dziennika / na bloga w 2010 roku... Tutaj to sobie mogę popisać: byłem trzeźwy. Co przykuwało uwagę od razu po wejściu do Fabryki Trzciny, gdzie odbywał się występ, to basista. Przyznam, że po raz pierwszy miałem do czynienia z koncertowym wcieleniem bandu, dlatego też poczułem się zahipnotyzowany. Były pastisze, było free, sample, śmiechy, wszystko na pełnym luzie. Co prawda nie mogę powiedzieć, żeby to doświadczenie w jakiś sposób podsumowało mój koncertowy rok, natomiast oglądanie Morettiego w każdym z projektów to zawsze będzie fun. –Łukasz Łachecki

James Blackshaw
22 października, Kraków

Wychodzi zaokrąglony, pogodny, zamyślony nieco gość z gitarą, przestraja ją co "numer", gra sam dla zgromadzonej milczącej ("zamurowało?") widowni, czasem się przywita i przeprosi za spóźnienie w imieniu brytyjskich linii lotniczych. I jest magia, a co głównie zaskoczyło – że w wersji live zarówno fragmenty Glass Bead Game jak i starszych albumów wypadają lepiej, niż na płycie. Jestem zwolennikiem teorii odwrotnej, zwłaszcza w kwestii wykonawców rockowych, ale James jest nie tyle potwierdzeniem reguły, co należy do nieco innego świata – bliższego poważki – gdzie stopień rezonowania dźwięku i wkład "ducha" w interpretację (nie mówiąc o bezcennym widoku z cyklu "ej, on to gra, naprawdę!") gra dość istotną rolę. –Borys Dejnarowicz

What The Heck Festival
Kimya Dawson

18 lipca, Anacortes

Co to za babka z afropunkiem na głowie i dwuletnim bobasem w ręku? Okazało się, że to Kimya Dawson, którą pamiętacie z piosenek do filmu Juno i z Mouldy Peaches. Jej płyty to żaden szał, ale na żywo wszelkie braki zostały wypełnione stereotypowo wręcz murzyńskim stylem bycia połączonym z bossostem a la Wayne Coyne. Nigdy się nie zastanawiajcie, czy iść na Kimyę Dawson. –Jędrzej Michalak

Depeche Mode
4 sierpnia, Nowy Jork

Jedno trzeba zespołowi przyznać – wiedzą instynktownie kiedy zawodzą. Koncerty w ramach trasy promocyjnej nowego albumu z płytą Sounds Of The Universe obchodzą się niezwykle oszczędnie, ku zadowoleniu zarówno wykonawców, jak i "starej wiary", licznie przybywającej na gigi Depechów. Dobrą ilustracją oczekiwań fanów byłyby reakcje naszego lekko podchmielnego sąsiada, który przez cały koncert darł się "Enjoy the siiiiilence, enjoy the silence!!!" i doznawał ekstazy na dźwięk odkurzanych klasyków. W jednym z takich doniosłych momentów nawet podbiegł do balustrady i zaczął grać na wyimaginowanej perkusji. W kawałku akurat nie było perkusji, ale liczyło się pewne przeżycie, wspomnienie, fikający nóżką Gahan i atmosfera. Przy wspomnianym "Enjoy The Silence" poderwała się solidarnie cała hala i wszyscy żeśmy doznawali, że były czasy i że się łezka w oku kręci. –Michał Zagroba

Destroyer, Iran
30 lipca, Nowy Jork

Jeżeli chcesz odlotu od tej wielkiej polityki, pójdź na koncert Destroyera. Samotny z akustykiem, ze wzrokiem wlepionym w ziemię przed siebie, gdzieś pod kątem 45 stopni, z twarzą schowaną za gęstą, kręconą czupryną, był Bejar podobno ujmujący; tak twierdzili niektórzy. Inni, nie znający wcześniej ani Thief, ani Your Blues, ani Streethawk: A Seduction, ani tym bardziej City Of Daughters, mówiąc wprost nie znający Destroyera, porównywali go do Cata Stevensa i po pół godzinie ziewali. Fakt, że te wszystkie piosenki Bejara, obejmujące pełne spektrum jego dokonań zabrzmiały dość podobnie, ale to wytrawnej publiczności nie przeszkadzało. Sporo osób śpiewało teksty, w tym lider supportu, grupy Iran, która też wypadła sympatycznie, mimo że koncentrowała się na nowszym, słabszym repertuarze. Przy okazji wokalista poinformował zebranych, w zainscenizowanej przez siebie "luźnej wypowiedzi", że nazwa Iran pochodzi z książki Blade Runner, a nie od kraju. To tak przekazuję jakby kogoś interesowało. –Michał Zagroba

Off Festiwal
Fucked Up

7 śierpnia, Mysłowice

Moi znajomi to cipki, nie wiem na co oni tego dnia przyjechali na Offa, na Marisse Nadler? W każdym razie sam musiałem pójść na koncert Fucked Up i był to najlepszy koncert całego festiwalu. Pink Eyes chyba ani chwili nie spędził na scenie, preferując miejsce w sercu tłumu, który trzymał kabel jego mikrofonu (ha, to nie był mikrofon bezprzewodowy – to był mikrofon megadługoprzewodowy). W pewnym momencie stał koło mnie, a ja stałem dokładnie tam gdzie tłum już się kończył. Niesamowite. To, że zagrali parząco gorący, spocony set swoich kawałków i cover "Blitzkrieg Bop" tak bardzo przepełniony miłością do Ramones jak tylko uszy tych, którzy zachwycili się koncertem Monotonix tego dnia przepełnione były gównem. –Łukasz Konatowicz

Furia Futrzaków & Kiev Office
5 marca, Warszawa

No dobra, Kiev Office na żywo brzmią lepiej niż na płycie, ale wciąż nie mają fajnych piosenek. Co innego Futrzaki – oni kurna nie mają jeszcze ani jednej słabej! Koncert w Jadło autentycznie wymiatał, "Kinga Miśkiewicz jako soon-to-be-diva (uśmieszki, "kocie ruchy", WOKAL)", reszta składu też super, ale jednak w cieniu, i o to chodzi, myślę. No i piosenki… Wszystko to, co znamy, lubimy i chcemy usłyszeć na longplayu. Ale żeby nie było, że znowu im słodzimy to wspomnę tylko o ostatnim w tym roku koncercie w klubie 55. Tam już tak fajnie nie było, ale zawiodły chyba w większym stopniu nagłośnienie i moje przeziębienie. –Kacper Bartosiak

Girls Against Boys
15 lutego, Kraków

Nie tak doceniany jak Jawbox czy Shudder To Think, Girls Against Boys to ciągle ważny post-hardcore'owy zespół i na ich koncert wybierałem się nawet z pewną ekscytacją. Gdy dotarłem do Mangghi – serio, zrobili koncert w galerii sztuki, trochę zajebiste – powitało mnie czerstwe stoisko z punkowymi płytami i gadżetami (do kupienia numery "Pasażera", kasety zespołu Leniwiec, takie tam), które czyniło venue już zupełnie surrealistycznym. Support grali Small Things i widziałem, że byli oni dobrzy. GVB z kolei nie wypadli na jakichś dziadów, mimo że Scott McCloud bardzo przypominał Johna Portera. Klasyki jak "Bullet Proof Cupid" zachowały cały swój seks i duszność. –Łukasz Konatowicz

Grizzly Bear
16 listopada, Wiedeń

Poszło prawie całe Veckacośtam plus ze cztery highlighty debiutu – i klimaty obu tych płyt udało się oddać zaskakująco dobrze – po części to pewnie zasługa austriacko-wzorowego nagłośnienia, po części zaś wojskowego wyćwiczenia członków grupy. Gdy darli się wszyscy czterej nie rzucając w eter ani jednej podejrzanej nuty, były ciary. Natomiast materiału porywającego starczyło na połowię koncertu, te numery chyba już zawsze lepiej się będą sprawdzać osobno, niż jeden po drugim. –Jędrzej Michalak

Lech Janerka
26 kwietnia, Warszawa

To był bodaj pierwszy koncert Janerki od dwóch lat, po jakichś jego problemach z głosem. Szedłem więc z lekkim niepokojem o kondycję szanownego seniora, który to niepokój wzmógł się, kiedy podczas pierwszego utworu (coś chyba z Plagiatów, ale nie pamiętam) wyraźnie brakowało mu głosu. Nie wiem czy to chwilowa niedyspozycja, czy niesamowita siła woli, ale poza tymi pierwszymi kilkoma minutami całość wypadła bezbłędnie. Pełen przekrój twórczości, szczęśliwie niewielka reprezentacja ostatniej płyty, Janerkowie w formie lepszej niż młodsza, pozostała część zespołu i, chociaż miejsca siedzące, ostatnie dwa utwory wyskakane przez cały Teatr na Woli. –Filip Kekusz

Jazzpospolita
2 lipca, Warszawa

Z wielu koncertów tego składu, na których byłem w 2009, Tygmontowy zapamiętam jako ten, na którym spontanicznie zamówiłem dla siebie i przyjaciół doskonałą deskę serów z krakersami, która umiliła nam duchową ucztę do pary z kieliszkiem czerwonego wina ("o, widzę że na bogato dziś!", skwitował kolega). Oraz jako ten, na którym finałowe, wyjątkowo skoncentrowane solo Wojtka w jego autorskim "Polished Jazz" sięgnęło przez chwilę absolutu. EP to jedno; zobaczyć ich live to dalsza część tej samej, kapitalnej historii. –Borys Dejnarowicz

Junior Boys, Max Tundra
28 marca, Toronto

Siedziałem sobie na rozłożystej kanapie pod ścianą, ciągnącej się przez paręnaście metrów w eleganckim The Mod Club, spokojnie czekając na jakiś żałosny support JB, aż tu nagle na scenę wlatuje oszalały Max Tundra – zaczyna skakać, tańczyć bredgensa (taniec na głowie jak ktoś nie wie) i daje półgodzinne przedstawienie "popsutych hitów" – wow, wtf just happened? Po czymś takim Junior Boys musieli się wspiąć na wyżyny. I zrobili to, byli jak Lakersi w ostatnich finałach z Magic. Mroźni, wyrafinowani, przekonani o swojej klasie. Poszedł prawie cały materiał z najnowszego albumu i w sumie spoko, w końcu musieli go jakoś promować. Jednak czuć było wśród publiki wyczekiwanie na "mocarzy". Ślicznie wypadło "Birthday", ale mój osobisty faworyt to "Double Shadow" – doznałem wtedy uczucia całkowitego oddania się sile tej hipnotyzującej kompozycji i nawet ciągle przewracana przez potańcującą przy moim stoliku Azjatkę (na szczęście pusta) butelka po piwie, nie drażniła mnie jakoś specjalnie. Słowem, było prawie tak zajebiście jak parę lat temu w CDQ, a to jak na razie najlepszy koncert w moim życiu. –Paweł Greczyn

Juvelen
22 maja, Poznań

"Poznań – miasto doznań" przeszło mi przez głowę, gdy sprawdzałem czy gość leżący na chodniku wprost przed klatką schodową, do której miałem wejść, jest pijany czy może czasem nie żyje. Żył. Fart, bo już myślałem, że "zwiedzam z tobą chodnik ostatni raz". Szczęście dopisywało też Juvelenovi, który jako rodowity Szwed zna pojęcie "First Class Riot" i elegancko uchylił się przed nadlatującą butelką. Publika szalała. Choć zimno, browar z tequilą, (p/P)ustki, konferansjerka i bal przebierańców to nadwrażliwy skandynawski kurdupel (sorry dziewczyny) snuł swoje namiętne opowieści przy akompaniamencie live bandu (groove). Było, co trzeba a może i więcej. Tylko ten suport przydługawy. Osiem godzin, wyobraźcie sobie. –Jan Błaszczak

Open'er
Kamp!
4 lipca, Gdynia
To był jeden z pierwszych koncertów przedostatniego dnia festiwalu i właściwie jedyną rzeczą, którą z niego zapamiętałem wciąż pozostaje niesamowita ilość (na oko) gimnazjalistek pod sceną (zbadajcie, że część z nich miała "własnoręcznie" zrobione koszulki Kamp!). Chłopakom z Łodzi trzeba oddać, że mają na siebie fajny pomysł, ale na tym etapie po prostu miejscami musiało być nudno, bo nie oszukujmy się, poza "Cosmological" i "Breaking A Ghost's Heart" nie mają jeszcze zbyt wiele do zaoferowania. Niemniej highlighty "żyły własnym życiem" i generalnie było w porządku. A dziewczyny po koncercie okopały się pod sceną i czekały na White Lies, hi hi. –Kacper Bartosiak

Kobiety
19 marca, Łódź

Kompletnie nie kumam o co chodziło z frekwencją na koncercie: do Łodzi przyjechał wymiatający zespół na żywo, a pod sceną stało więcej fotografów-amatarów robiących kolejne nudne zdjęcia na deviantarta niż ludzi skupionych na zajebistości wydarzenia. Samemu zespołowi to nie przeszkadzało: zagrali, "Czarnego Prezydenta", "Bi Automat", pewnie coś z debiutu też się trafiło, w międzyczasie krzesło perkusisty z emocji rozpadło się na kawałki, więc i trafiła się zaimprowizowana piosenka o zaistniałej sytuacji śpiewana przez Karola Pawłowskiego. Następnym razem jak Kobiety będą w mieście, to przyjdźcie na ich koncert, a nie siedźcie na forum w temacie "100 najbardziej wkurwiających rzeczy na świecie". Nie warto być takim cieniasemi! –Ryszard Gawroński

Off Festival
Lucky Dragons

7 sierpnia, Mysłowice

Lucky Dragons kompletnie wymietli formą pozostawiając sobie treść gdzieś tam w tle: muzyka tworzona przez kamienie, kijki i złączenie ludzkich rąk bardziej przypominała elektroniczną plamę dźwiękową z losowymi okrzykami niż wymiatanie Animali, ale come on: siedzenie wokół Fischbecka i pani o nazwisku Rara, trzymanie tych tajemniczych drutów, bawienie się kamykami, obserwowanie na twarzach ludzi wokół albo kompletnego nieogarnięci albo zachwytu i dziecinna zabawa tymi wszystkimi dziwnymi instrumentami pod koniec, było warte olania The Week That Was. –Ryszard Gawroński

Open'er
M83
4 lipca, Gdynia
Co ja tu będę tu ściemniał – występ M83 to praktycznie jedyny powód, dla którego w ogóle rozważałem zawitanie na tegorocznego Open'era. Nie mam nic do reszty lineupu, ale chyba tylko projekcie Gonzaleza mogę powiedzieć, że to rzecz prawdziwie z mojej bajki. I tak, podróżowanie polską koleją przez 8 godzin w ciasnym pociągu nie należy do najprzyjemniejszych. I tak, konieczność wcześniejszego słuchania White Lies to też nie jest miła sprawa, dlatego tym bardziej było mi miło, kiedy po bez mała kilkunastu godzinach mojego oczekiwania na scenę wreszcie wyszli Antoni Gonzalez i Morgan Kibby. Po pierwsze – to trzeba wyraźnie podkreślić – organizatorzy niesamowicie trafili z doborem miejsca, bo scena namiotowa okazała się być strzałem w dziesiątkę. Raz, że ludzi nawet mało (bo szli na Pendulum, no tak, też mi ich żal), dwa – nagłośnienie było praktycznie idealne, pod tym względem to jeden z najlepszych koncertów, w jakich dane było mi uczestniczyć. 9 kawałków plus intro to trochę mało, ale jednak repertuar był wyważony i w miarę przekrojowy, bo grali zarówno "Graveyard Girl" jak i "Don’t Save Us From The Flames", także "Teen Angst" oraz "We Own The Sky", ale kompletnie zabiła i zniszczyła mnie epicka wersja "Couleurs" zagrana na sam koniec. Oj, doznałem mocno i w jednej chwili zapomniałem o White Srajs i morderczych godzinach w pociągu. Może dobrze, że nie serwowali po tym bisów, bo przebić takie wykonanie to raczej coś niemożliwego. –Kacper Bartosiak

Madonna
15 sierpnia, Warszawa

Zastanawiam się, czy nie pojechałem na ten koncert, żeby przekonać się, że Madonną nie warto się już przejmować, bo nadziei na rewelację było niewiele. Choć gdy przypominałem sobie DVD z poprzedniej trasy, to jeszcze na coś liczyłem. Nie ma co dużo mówić w sumie, było fatalnie. Przede wszystkim nie wiem, jak na koncercie za taką kasę można do tego stopnia zjebać nagłośnienie. Ja rozumiem, że stojąc nie tak daleko od sceny prawie nic nie widzę (wcale nie była taka duża) nawet na telebimach, mimo że do osób niskich nie należę, ale że w odcinku od sceny do pierwszych wolnostojących głośników nie słychać NIC? No nie spotkałem się wcześniej... Zero basów, zero średnich, jeden wielki wrzask i fałsz. Musiałem się cofnąć za owe kolumny, żeby usłyszeć cokolwiek, choć i wtedy jakość dźwięku pozostawiała wiele do życzenia. Sama Madonna tak wypracowana, że aż nudna. Wiadomo, że nie jest artystką, od której oczekiwałbym spontaniczności na koncercie, ale tutaj forma "spektaklu" zostaje sprowadzona do poziomu absurdu i nawet gdy Ciccone łapie mikrofon, żeby ponawijać, jest to tak wymuszone, że lepiej by było, gdyby tego nie robiła. To co się działo na scenie, zarówno dzięki niej, tancerzom, jak i wizualizacjom, nie wywołało we mnie prawie żadnego zainteresowania. Przewidywalność pocałunku z jedną z tancerek oraz jakaś umoralniająco-apokaliptyczna sekwencja wideo ukazująca zło całego świata, nie pasująca tu tak bardzo, że aż się można wkurwić, to dwa momenty koncertu, które zapamiętałem jako najgorsze. Ale sama muzyka też się nie broniła, w końcu koncert promował jej najsłabszą płytę. O ile jednak nie jest zaskoczeniem kiepskość nowych kawałków, to aranżacje klasyków zakrawają o kpinę. Najsłodsze "Borderline" zagrane na "rockowo" (szarpanie trzech strun), "La Isla Bonita" wymieszane z jakąś pieśnią cygańską z cyganami na scenie (największy absurd koncertu), "Like A Prayer" i "Frozen" przekształcone w eurotrance'owe gówna, tego drugiego nie ratuje samplowanie "I'm Not Alone", czy "Holiday", jeśli dobrze pamiętam, bez śladu tego wakacyjnego luzu i z przefiltrowanym wokalem. Jedyne dwa utwory, które się uratowały, to "Into The Groove", wymieszane z Cassiusowym "Toop Toop" i niezmienione "Ray Of Light". Żal. –Kamil Babacz

Max Tundra
15 października, Poznań

Byłem chyba jednym z ostatnich członków redakcji, którzy nie widzieli Maxa live. No i jak zajebisty jest ten gość. Przyszedłem w dość zmulonym nastroju, wyszedłem prawie krzycząc "Uuu... mogę wszystko!". Na zawsze zapamiętam nucenie przez całą zebraną publiczność końcówki "Which Song", następnie nagranie tego na komórkę Maxa, i puszczenie nam przez mikrofon. No i lubię fakt, że Max lubi fakt wybrania na Porcys "Which Song" najlepszym singlem 2008 roku. –Kamil Babacz

Max Tundra
18 października, Kraków

Pierwszy raz widziałem Tundrę na żywo i pierwszy raz widziałem, żeby ktoś NAPRAWDĘ "dwoił i się i troił" czy "uwijał się jak w ukropie". Przypominając conajmniej dwie postaci z "Czarnoksiężnika Z Krainy Oz", malutki Brytyjczyk co chwila sięgał po kolejne instrumenty, z których niektóre były na scenie tylko po to, by mógł na nich zagrać jedną kilkusekundową partię (dziwna drewniana rzecz i, hmm, gitara elektryczna). I ani na chwilę nie przestał wymiatać – genialne. –Łukasz Konatowicz

Kylie Minogue
4 czerwca, Gdańsk

Zobaczenie koncertu wielkiej popowej gwiazdy było zawsze moim marzeniem, a w tym roku widziałem aż dwa. O ile jeden z nich jest pełnym zawodem i o tym trochę wyżej, to drugi, co szczególnie uwidocznia się w porównaniu, spełnił wszystkie oczekiwania, mimo paru problemów wynikających ze spieprzonej organizacji wydarzenia (bilety po dyszce, mnóstwo przypadkowych ryjów narzekających, że "wielka gwiazda się spóźnia", zwyczajne chamstwo wśród publiczności, "ja tu stoję od 4 godzin, a ty się przeciskasz!", która przybyła na Scorpions, a została chyba, żeby ponarzekać, choć i tak wychodzenie w trakcie (!), no i właśnie, Scorpions i polscy wykonawcy, podczas których łatwo było o vomitus; widziałem jak para, która mnie wcześniej prawie skopała, gdy próbowałem przejść, potem popłakała się przy "Wind Of Change", umarłem; urok masówek albo coś). Ale sama Kylie rewelacyjna jak zawsze, wyglądająca tak, że oczu nie odkleisz (zwykle od telebimu), wizualizacje wywołujące "wow", bardzo dobre nagłośnienie, co wcale nie okazuje się normą w przypadku koncertów tej rangi (patrz wyżej), świetni tancerze, bezbłędna forma wokalna, jej słodkość i brzmiące szczerze próby nawiązania kontaktu z większą częścią publiki, niż fanatycy zebrani pod sceną, czego zwykle na takich koncertach gwiazki nie robią. Przede wszystkim jednak fantastyczna selekcja i aranżacje – wbrew moim obawom, Kylie dała regularny koncert, taki jak podczas trasy KylieX2008, z którego został wyłączony chyba tylko jeden fragment. Tak więc było "Can't Get You Out Of My Head", "In Your Eyes", "Heart Beat Rock", "Wow" (kosmicznie i z tancerzami, jak w teledysku, wow), "On A Night Like This" (sala balowa!), "Step Back In Time" (mój ulubiony fragment koncertu, kawałek, który jest tęsknotą za 70s disco, zostaje dotknięty po francusku, how cool is that), "Love At First Sight" jako finał, podczas którego prawie popłakałem się ze wzruszenia i zdarłem gardło i udawany, ale nadal przeuroczy bis, który doprowadza już do totalnego ogłupienia, zgodnie ze swoją naturą, czyli "I Should Be So Lucky". Tylko "Come Into My World" mi zabrakło. –Kamil Babacz

What The Heck Festival
Mirah

17 lipca, Anacortes

Mirah swoim głosem i okładkami płyt zawsze robiła na mnie wrażenie ciepłego soul-pomagiera. Teksty jej kawałków nieco psuły ten obraz, no i wątpliwości potwierdziły się w trakcie koncertu. Otóż mysys Yom Tov Zeitlyn jest ni mniej ni więcej, tylko cichą zdzira, która kąśliwym komentarzem na temat figury zepsuje urodziny przyjaciółki i która sprawi, że mąż będzie wolał siedzieć w pracy, a nie w domu. Mirah jak wiadomo męża nie będzie miała, ale fanów pewnie nigdy jej nie zabraknie, bo gra świetne koncerty. –Jędrzej Michalak

Modest Mouse
22 sierpnia, Toronto

Isaac kurde nie wymięka. Serio nie ogarniam jak po tylu latach temu kolesiowi nadal chce się tak doznawać na scenie. O samym show, hm, co można powiedzieć, w końcu to KONCERT MODEST MOUSE. Generalnie najbardziej niszczyły wszystkie kawałki z The Lonesome Crowded West, natomiast gdy wszedł bas "Tiny Cities" poczuliśmy się z Anisią przez 5 minut jak na występie idealnym. –Paweł Greczyn

What The Heck Festival
Mount Eerie

17 lipca, Anacortes

Elverum przyjebał metalowo z pełnym składem i nawet próbami skoordynowanych szarpnięć głową. Wind's Poem ma parę highlightów, toteż nie zabrakło ich na żywo – ale generalnie to czasy solowych występów z gitarą akustyczną i dmuchaniem bryzą do mikrofonu będą wspominane jako klasyczne. –Jędrzej Michalak

Coke Live Music Festival
Nas

22 sierpnia, Kraków

Nas live IS the real shit. Ostatni koncert początkującego krakowskiego festiwalu o nieco dresiarskim profilu (na który wskazuje też umiejscowienie geopolityczne – na ziemi niczyjej między Miastem a Nową Hutą) przypadł na najzimniejszy dzień tego lata. Apokalipsy pogodowej dopełnił obficie napierdalający deszcz, któremu nie sprostały modlitwy ani parasolka z Rossmana. W dodatku, nieogarnięci jak zwykle, próbowaliśmy się dostać na teren festiwalu ze złej strony, co poskutkowało skakaniem przez parkany i stresem że nie zdążymy, godzina jest za kwadrans dwudziesta trzecia a naokoło ziąb i ulewa. Szczęśliwie spóźniliśmy się tylko na Shaggy'ego, zaś wejście Nasa zbiegło się co do sekundy z momentem, w którym minęliśmy budy z koszulkami i naszym oczom ukazała się scena główna, więc szliśmy w tym deszczu jak ostatnie bossy na tle napisów końcowych. Kolejna godzina okazała się koncertowym highlightem roku, tym jaśniejszym, że zupełnie niespodziewanym. Było szaleńcze meddley z Illmatic, pogadanki o rapie i plemienne bujanie się jak jeden mąż. Najbardziej zaskoczyło mnie, że publiczność, składająca się w przeważającej mierze z karków i dziewcząt w szortach, autentycznie znała pełne teksty na pamięć. Sama znam tak dobrze tylko Kalibra i wiem, ile czasu zajęło mi płynne opanowanie rozkminy (jakieś dziesięć lat). Podśpiewywać refreny każdy potrafi, ale relewantne wtórowanie nawijce jest dla prawdziwych truskulowców. Kolejne punkty za ilość pracy włożoną w koncert, dawno nie widziałam, żeby ktoś tak bardzo się starał, "jakość tego produktu" etc, oraz za eklektyczny backup band, w którym udało nam się wypatrzyć takie gwiazdy jak: Lil Wayne'a na basie, animowanego Azjatę z teledysków Daft Punk na gitarze, Davida 'Bermana' Costello na Abletonie, Tricky'ego na perce, Samwella na klawiszu, a na bębenku – Exumę we własnej osobie. Trzy dni później pojechaliśmy na Radiohead i, niech mnie piorun strzeli, ale t a k fajnie nie było. –Aleksandra Graczyk

What The Heck Festival
Ô Paon

18 lipca, Anacortes

Ô Paon to dawny WOELV. Geneviève jest razem z Elverumem współorganizatorką całego festiwalu, i w czasie jego trwania zajmowała się przede wszystkim sprawdzaniem biletów i ogarnianiem gaż i noclegów. Trzeba wam też wiedzieć, że główna scena What The Heck znajdowała się w starym magazynie portowym, zbudowanym na nabrzeżu, nad wodą. Samo pojawienie się na scenie kogoś w tak dziwnym stroju wzbudziło konsternację, która przerodziła się w strach, gdy ten ktoś zaczął śpiewać. Po kilku minutach WSZYSCY (około 400 osób) usiedli i zamilkli, dzięki czemu oprócz cierpniętniczej muzyki, było też słychać szum znajdującego się pod deskami podłogi morza. Najlepszy występ festiwalu bez dwóch zdań, zresztą zobaczcie sami link. –Jędrzej Michalak

Pains Of Being Pure At Heart
28 kwietnia, Toronto

Powiem tak: tym koncertem Painsi udowodnili mi, że przede wszystkim są super sympatycznym i bezspinkowym bandem. Urocze interakcje słodkiego (tak, mówię to nie będąc gejachą) wokalisty (Kipa Bermana) z publicznością i totalnie pozytywny imidż reszty, przypominający przefajniutkich Saturday Looks Good To Me, wprawiły mnie przez te nieco ponad pół godzinki, w prawdziwie błogi nastrój. Poza tym muzycznie wypadli całkiem zadowalająco – kawałki co prawda nie brzmiały tak dobrze jak na albumie, ale słodycz pozostała. Także akurat tego wieczornego wypadu do Toronto absolutnie nie żałuję. –Paweł Greczyn

Plastic
13 października, Warszawa

Yyy, no wiecie, bywalcem Hybryd raczej nie jestem, dlatego przeżyłem niemały szok – wchodzę, po lewo Ramona Rey. Speszony odchodzę pod kolumnę, obok mnie znikąd pojawia się dla odmiany Brodka z koleżanką. Nie chcąc zepsuć zdjęcia bucowatemu paparazzo odszedłem nieco w głąb, tylko po to, by przypadkiem zderzyć się z Andrzejem Chyrą. I tak w kółko, natężenie celebrytów (jak nie ma tego słowa…) na metr kwadratowy było tego dnia nieziemskie. Okazało się, że część wzięła udział w występie grupy (konkretnie ten juror You Can Dance oraz, ku mojemu zniesmaczeniu, dwóch typów z Afromental, w tym ten "polski Timberlake na pączkach"). Sam koncert ogólnie był raczej przyjemny, ale poza tą skazą zmartwiło mnie coś jeszcze. Czemu na bisy grali drugi raz piosenki z nowej płyty, zamiast zagrać coś zajebistego ze starej? Aha, i jeszcze postać basisty – wyglądał jak lider TSA w najlepszych czasach, ale "funk miał we krwi". –Kacper Bartosiak

Radiohead
25 sierpnia, Poznań

Ile piw naraz trzeba wypić przed polskim koncertem Radiohead w 2009 roku, żeby następnego dnia nie mieć kaca? Z cyklu "na trzeźwo nie da rady". –Borys Dejnarowicz

Profesjonalny stadionowy koncert. Paradoksalnie, najlepszym momentem był żart Yorke'a przed "Creep" i sam "Creep". I nawet koziołków nie zobaczyłem. –Łukasz Konatowicz

Chciałem tylko powiedzieć, że to śmieszne-nieśmieszne, że Radiohead dopisali w trakcie koncertu "Creep" do setlisty, kawałek który grają średnio raz na osiem występów, a u nas niektórzy skomentowali ten fakt jako obrazę Polaków. "Unia Polskę rada zgnieść / By zaśpiewać znaną pieśń"... –Jędrzej Michalak

St. Vincent
16 listopada, Wiedeń

Teraz gdzie się nie spojrzeć, to wszyscy zamiast targać po świecie członków bandu, pakują do walizki nieco magicznych urządzeń i umiejętnie posługując się palcami i stopami samemu odgrywają na scenie kilka instrumentów na raz. To, z jaką wprawą robi to Annie Clark, uzewnętrzniając przy tym emocje jak należy, a nawet tak, jak niektórzy by tylko chcieli, a nie umieją – robi duże wrażenie. No i nie widziałem chyba dotąd lepszej gitarzystki. –Jędrzej Michalak

Tigercity, Renton
17 kwietnia, Kraków

Moja nastoletnia znajoma już po koncercie zaznaczyła, że przyjechała tu z Warszawy nie na żadne Tajgersiti, tylko na Renton, a ściśle biorąc na "Marka z Renton". "Borys, idziemy na double date, wy, ja i Marek z Renton" – to jedna z sentencji z 2009, które zostaną ze mną na dłużej. Renton zresztą zasaportował bardzo fajnie i to była jedna z miliona miłych niespodzianek tego wieczoru. Ale co ciekawe ja też nie przyjechałem na Tigercity, tylko spotkać się ze znajomymi. I chociaż występ dali Jezus i spółka sympatyczny, to z tej nocy najwspanialej zapamiętałem niesamowity wręcz, wielogodzinny after, rozłożony na parę klubów, ale zwłaszcza odbywający się w czymś co się nazywa "Piękny Pies" i jest jak rozumiem miejscem, do którego krakowska indie-młodzież przychodzi tłumnie się napić i porozmawiać, a także występuje tam czasem na dole Paweł "Konjo" Konnak i tym podobne rzeczy się dzieją. –Borys Dejnarowicz

Open'er
Emilliana Torrini
4 lipca, Gdynia
Kolejne z miłych namiotowych doświadczeń, bo ex-wokalistka Gus Gus dawała radę i chociaż piosenki ma raczej cienkie, to oddajmy – bardzo się starała! Ujęła mnie zwłaszcza ta autentycznie wzruszająca reakcja na szczerą owację publiczności, kiedy Emilliana powiedziała drżącym głosem "Thank you so fucking much". Szkoda, że nie grała nic z repertuaru macierzystej formacji, bo nie jestem ostatnio pewny, czy Jezus jest nadal moim kumplem. –Kacper Bartosiak

Tortoise
7 grudnia, Poznań

W zasadzie, jadąc do Poznania oczekiwałem dwóch rzeczy: usłyszenia "Swung From The Gutters" na żywo oraz doświadczenia tego, co z podwójnym zestawem perkusyjnym może zrobić być może najlepszy technicznie zespół świata. Nie powiem, udało się. Stary Browar stanął na wysokości zadania pod względem akustyki i bardzo restrykcyjnego regulaminu przeciwpożarowego, który znacznie ograniczył frekwencję i pozwolił cieszyć się koncertem bez angażowania łokci. Nie wchodząc zanadto w szczegóły, powiem tylko, że niecierpliwiłem się odrobinę, widząc, że McEntire gra na każdym dostępnym instrumencie oprócz perkusji. Na szczęście te skończyły się gdzieś po dwóch kwadransach i John zaczął bębnić. Mówię "na szczęście" a przecież Herndon łoił jak opętany. Tyle, że wiecie być na Tortoise i nie słyszeć McEntire'owskiej perkusji to jak pojechać do Sopotu i się nie przejść po molo. Klasyczne jak metr z Sevres, nawet jeśli podobnie zaskakujące. Niemniej jednak, dziękujemy pani Grażyno! –Jan Błaszczak

Open'er
White Lies
4 lipca, Gdynia
No poważnie, fenomen tego zespołu, nie ogarniam. Arctic Monkeys i The Killers to przy nich naprawdę *wirtuozi*, bo panowie (more like chłopcy?) z White Lies potrafią grać w zasadzie tylko jeden dłuższy, intensywny gitarowy motyw, z którego jakimś cudem zrobili 10 różnych, ale praktycznie jednakowych piosenek. No jasne, jest to chyba przejaw jakiegoś talentu, ale bądźmy poważni! Inna sprawa to socjologiczny fenomen festiwalu – zdaje się on spełniać teraz rolę "pierwszego wyjazdu ze znajomymi bez rodziców" w świecie dorastających piętnastek i piętnastków, którzy to ewidentnie dominowali wśród publiczności. My w ich wieku słuchaliśmy lepszej muzy, nie? –Kacper Bartosiak

What The Heck Festival
Wolves In The Throne Room

18 lipca, Anacortes

Główną gwiazdą festiwalu skupionego głównie na Pacific Northwest-folku była grupa metalowa, zgodnie z obecnymi zainteresowaniami i poczuciem humoru organizatora. Na swoim straganie zespół pieczołowicie ułożył płyty, koszulki a także psie kości (serio), po czym na scenie rozegrał się spektakl o tematyce uniwersalnej. Dla większości zgromadzonych niezal-cipoli takich ja i Patryk, było to pierwsze zetknięcie ze śmiercią ujętą dosłownie. Obok mnie stała Mirah i równie zafascynowana jak wszyscy, dotykała co chwila podestu sceny, jakby nie wierząc, że można ją wprawić w drgania o tak dużej częstotliwości. Tylko Elverum, sprzątający już powoli cały bałagan, łaził z drabiną uśmiechając się od ucha do ucha i pokrzykując z niedowierzaniem – "they are really doing all this stuff!". –Jędrzej Michalak

Ars Cameralis
Yo La Tengo

25 listopada, Katowice

Zrozumiałym jest, że obecnie takie akcje już jakby spowszedniały i z każdą kolejną wizytą kolejnej legendy niezal półświatka publiczność traci na entuzjazmie. Jeszcze pięć lat temu na taką akcję jechalibyśmy z Krakowa do Katowic przez Gdynię, żeby się dostatecznie popodniecać. Dziś? Dziś niby wszyscy byli, a jeśli nie byli to tylko z generalnych problemów z motywacją, hajsem. Fajnie tak, szczuplutko, Hipnoza w szwach, do szatni czapki nie wetkniesz, zupełny dopych. A jednak stanie z tyłu, który miał wyłączność na bycie strefą do jarania, wciąż wiązało się z ryzykiem dosłyszenia u sąsiadów najbardziej rozczarowujących syntagm, jakie można tylko wydusić z polskiego. Nie żeby to jakoś przeszkadzało – nieprzejednana była ta trójka podstarzałych gwiazd koledżowego elityzmu: jeden na przekór trudnościom z oddychaniem i nadmiernej perspiracji stał i wymiatał, drugi obliterował struny jakby jutro miało nie być 1994, a trzecia wybijała pałeczkami rozklekotane sygnaturki że aż niezręcznie było pomyśleć, że wygląda jak czyjaś babcia. "Nothing To Hide" zagrali na przykład jakby to był jakiś żelazny klasyk ze szczytowej ery indie. Też chcę się tak starzeć. –Mateusz Jędras

BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019