SPECJALNE - Relacja

Various Live 2008

14 stycznia 2009



Various Live 2008

W ubiegłym roku publikowaliśmy osobne relacje z trzech dużych festiwali, więc poniższa próbka koncertowych wspomnień będzie nieco skromniejsza, niż dotąd was przyzwyczailiśmy. Co nie znaczy, że uboga. A leciało to tak...


Afro Kolektyw, Furia Futrzaków
12 grudnia, Kraków

Kiedy weszliśmy do po tysiąckroć przeklętego klubu Żaczek (tfu, tfu), opłaciwszy niespodziewanie niską cenę za wejście, niespodziewanie (jak się zdaje) przedsiębiorczemu ochroniarzowi, na scenie produkował się zespół "inspirujący się Radiohead i PJ Harvey", którego nazwy nie pamiętam. Było okropnie, były też kowery Radiohead i PJ Harvey. Po nich pojawiła się główna przed-atrakcja wieczoru – Furia Futrzaków. I mimo problemów, jakże uroczej Kingi, z popsutym mikrofonem, mocno otwarła "Pod Latarniami". Później trochę się nudziłem, ale szacun za głos. No i wreszcie zaczęli Afro. Przyznaje, że nie znałem jeszcze wtedy ich tak-świetnej-że-idź-ją-teraz-kupić, ostatniej płyty Połącz Kropki i przy nieocenionym wkładzie CHUJOWO nagłośnionego wokalu, ot, nie doznałem. Ale szacun za futro i make – up. Żaczek, ty osrusie... –Łukasz Konatowicz

Animal Collective
13 października, Katowice

Erm. Było rytualnie (mikrofony, sekcja rytmiczna), epileptycznie (sekcja rytmiczna, światełka), głośno (wszystko) i dobrze (wszystko i mikrofony). A chronologicznie: mieliśmy do czynienia z przysłowiowym klubem jazzowym, który wcześnie przybyłych uraczył wczesnym Kydryńskim na czczo od dwóch dni. Pachniało okolicami macchiato w niedzielę w peryferyjnym centrum handlowym, czyli dość obiecująco, a to przecież poniedziałkowy wieczór – dodatkowy atut: duża cola. Duża, jak pół litra czy coś. Dla frajerów z prawem jazdy. Nie w każdej knajpie do uzyskania.

Supportem był koleś brzmiący jak pomysły Hishama Bharoochy jedenaście lat temu, gdyby pochodził z Austin, TX. Nieważne. Przestały grać naoliwione saksofony z playerka w każdym razie, więc szacun; zresztą i tak nie męczył jakoś długo; cicho dość, też. Pograł, popuszczał i poszedł, więc na chwilę znowu uraczono nas "jazzikiem". Nie pamiętam ile trwał tym razem. Po chwili w każdym razie wyszli w końcu ci od tej piosenki z królikiem, za których możliwość zobaczenia ludzie zapłacili krocie: BBBVVVVVWWWPWP, WPWWPWPWPWPWPWWPWPWWPWWPWPWP! WPWPWPWP, HHHHHHVVT – TZZZZWPWPWWPWP OUU U WWPWPWWPWPWWPWPWWPWPWPWWPWPWPWPPW PWPWPWPWPPPWWPWP PPWWP PWPWP! BBBVVVVVWWWPWP, WPWWPWPWPWPWPWWPWPWWPWWPWPWP! WPWPWPWP, HHHHHHVVT – TZZZZWPWPWWPWP OUU U WWPWPWWPWPWWPWPWWPWPWPWWPWPWPWPPW PWPWPWPWPPPWWPWP PPWWP PWPWP! BBBVVVVVWWWPWP, WPWWPWPWPWPWPWWPWPWWPWWPWPWP! WPWPWPWP, HHHHHHVVT – TZZZZWPWPWWPWP OUU U WWPWPWWPWPWWPWPWWPWPWPWWPWPWPWPPW PWPWPWPWPPPWWPWP PPWWP PWPWP! BBBVVVVVWWWPWP, WPWWPWPWPWPWPWWPWPWWPWWPWPWP! WPWPWPWP, HHHHHHVVT – TZZZZWPWPWWPWP OUU U WWPWPWWPWPWWPWPWWPWPWPWWPWPWPWPPW PWPWPWPWPPPWWPWP PPWWP PWPWP!

Wiemy przecież, że żeby zrobić coś powyżej 7.0 – płytę, film, orgazm, monolog – trzeba wyczekać na stosowny, stosownie odpowiedni, akt neurologiczny. I jakieś teoriochaosowe przypadki, z tym że może lepiej mniej. –Mateusz Jędras

Animal Collective
13 października, Katowice

Jakże ściskało się moje serce, kiedy czekałem w przerażającym klubie Elektro na swój bilet. To miejsce przywołuje na myśl stołówkę studencką. Zaprojektowaną przez psychopatę. Na kokainie. W przyszłości. Ale czego można się spodziewać po miejscu, które się nazywa Elektro (Crystal Castles? Lubi ktos?). Na szczęście, późniejsze wydarzenia tej nocy – nie licząc powrotu pociągiem – można zaliczyć do wiekopomnych. To był koncert Animal Collective! Być na nim to tak jakby być porwanym przez plemię dzikich syntezatorów na słoneczną wyspę obfitą w żelki. Mój kumpel płacze do dziś. –Łukasz Konatowicz

Black Lips
4 kwietnia, Sztokholm

Tak jak większość występów około-niezalowych kapel w stolicy Szwecji zdaje się gromadzić tę samą publikę zniewieściałej hipsteriady w stylu "Take the dumbest chick you know and stick a dick on her and you’re not even close (Vice)" oraz ich niewytłumaczalnie dziesiątkowych towarzyszek, tak koncert Black Lips wniósł trochę pozytywnego brudu w korytarze odpychająco wymuskanego venue Debaser. Zawitali nawet miejscowi członkowie Hell's Angels, w ruch poszły pięści i puste butelki po whisky, a czterem redneckom (z przymrużeniem oka) na scenie udało się poważnie rozruszać skostniałe skandynawskie pośladki, tak że musiałem wręcz cofać się z obawy o własne zdrowie. Mimo to, dawno nie bawiłem się tak dobrze na koncercie punkowego zespołu, którego nie do końca przecież wybitny dorobek znałem w nie do końca imponującym stopniu. Awanturnicza reputacja składu z Atlanty nie wzięła się jednak z niczego, a ja miałem niespodziewanie okazję empatyzować z typem rockowego fana, dla którego przeżywać muzykę = chodzić na koncerty. Idealna odskocznia od patrzenia w sufit. –Patryk Mrozek

Steve Brown
17 października, Santiago De Compostela

Dawno nie słuchałem pasjonujących audycji Ptaszyna-Wróblewskiego i być może dlatego nazwisko głównej gwiazdy tego wieczoru, gitarzysty Steve'a Browna niezbyt wiele mi – w połączeniu z akurat tym imieniem – mówiło. Usiadłem w fotelu ultranowoczesnej salki z nastawieniem, że zrozumiem maksymalnie 40 procent z tego, co się będzie działo na scenie i w sumie przeliczyłem się tylko o jakieś 20 punktów. Większość pozostałych słuchaczy uważało chyba, że jednak nieco łatwiej jest się przylansować na jazz, i już po kilkunastu minutach intensywnych i jak na złość niemal zupełnie nie powtarzających się dźwięków pianina, saksofonu, gitary, kontrabasu i perkusji – zaczęło się sprawdzanie, czy aby na pewno wyłączony został telefon i czy torebka dobrze wisi na krześle. Godzinę później (czyli po wybrzmieniu ostatniego numeru) część widzów wyszła w popłochu jeszcze zanim zespół zdążył się wyprostować po pożegnalnym ukłonie. Zresztą ja sam byłem bardziej opanowany chyba głównie dzięki latom doświadczenia z dziecięcych czasów, kiedy to z racji posiadania siostry-altowiolistki byłem najmłodszym bywalcem niezliczonej ilości koncertów muzyki barokowej. Co do samej muzycznej treści występu Steve'a Browna to musicie kogo innego spytać, co ja tam wiem o tym jazzie. –Jędrzej Michalak

Built To Spill
21 października, Wiedeń

Akcje spontaniczne zazwyczaj dają najwięcej radości. Targany wątpliwościami postanowiłem: "pierdolę – jadę!". Jakieś czterdzieści minut przed odjazdem autobusu. Granicę przekraczałem bez euro, planu miasta, znajomości niemieckiego i znajomych w Wiedniu. Jedyne co wiedziałem to, że powrót mam jakoś rano, co za bardzo nie poprawiało sytuacji. "Nowhere, nothin, fuckup".

Gdy tylko wysiadłem z autobusu wszystko zaczęło się jednak układać i tak miało być do końca. Ulotka od pani na rogu okazała się planem miasta, klub okazał się być położony nad samiutkim, pięknym, modrym Dunajem, a piwo w sklepie w polskiej cenie. Godzinka czy dwie z książką na nabrzeżu, gdzie całe rodziny Austriaków zrzucały zbędne, sznyclowe kalorie. Wszystko pięknie, tylko ludzi jakoś dziwnie mało, ale z drugiej strony tego samego dnia grało w Wiedniu: Calexico, Lambchop, Lightning Bolt i This Will Destroy You – miejscowi melomanii to mają ciężkie życie.

Doug Martsch. Dla mnie największa postać amerykańskiego indie-rocka. W latach 90-tych nagrał cztery świetne albumy z Built to Spill (w tym trzy genialne), bardzo dobre Treepeople i jeszcze lepsze Halo Benders. Bez wtopy. Wiedeński koncert potwierdził, że gość wymiata. Doug wydawał się najmniej nadającą się na frontmana postacią w całym klubie. Skromność, lekkie odcięcie od rzeczywistości. Jednak gdy już czasem się odezwał, biła od niego niesamowita wręcz sympatyczność. Tak, że co chwila ktoś krzyczał: "Doug, I love you!", serio. Grali w szóstkę: na trzy gitary i z wiolonczelą, co pozwoliło im zagrać całe "Stop The Show". Setlista zresztą znakomita, było "In The Morning", "Carry The Zero" czy "Three Days Ago Today" z debiutu. Znalazło się też miejsce na "Car" (ciarki, ciarki, ciarki) i dwudziestominutową wersję "Broken Chairs". Świetne nagłośnienie, radość z grania (i ze zgrania) sprawiały, że nawet te najnowsze numery prezentowały się okazale. W ramach zapowiedzi nadchodzącego albumu Built to Spill zagrało przyjemną, acz niezobowiązującą piosenkę zatytułowaną "Canada". A propos Kanady, to okazało się, że nawet jeśli ludzie nie są dobrzy z natury, to z Kanady już tak. Właśnie poznany obywatel Toronto zaoferował nocleg, kawę i ciekawą pogadankę o Caribou. Dzięki Lee! –Jan Błaszczak

Phil Elverum
30 maja, Warszawa

Zebraliśmy się wszyscy (a była nas mniej więcej dwudziestka) jak na jakimś tajnym zebraniu rządzącej światem, wszechwładnej masonerii. Sorry, ale mój kuzyn Ralf opowiadał mi ostatnio, że w Watykanie, Londynie i Waszyngtonie stoją ponoć jakieś starożytne egipskie posągi, które masońscy szpiedzy na wysokich, rządowych stanowiskach, postawili tam by przy pomocy światła słonecznego wskazywały przepowiedziany niegdyś przez Majów wielki kataklizm, który ma wstrząsnąć ludzkością (podobno pokazują na rok 2012). Wracając do nas – wybrańców... Czekaliśmy na scenie na swojego guru, mistrza, przewodnika – w kręgu, przy przygaszonych światłach. Kiedy wreszcie przyszedł, zapadła grobowa cisza (aż słychać było oddechy naszych sąsiadów). Wszedł, trochę nieśmiało, z lekko pochyloną głową, jakby zaniepokojony, speszony, onieśmielony i przemówił. A może i nic nie powiedział, tylko od razu wziął akustyka i zaczął grać... Nie wiem, nie wiem, nie pamiętam, nie mam pojęcia co się dalej działo, zaliczyłem między gały enerdowską pałą. Ostatnie co potrafię sobie przypomnieć, to droga do domu, na Natolin, samochodem Jędrzeja i przybliżanie łamaną angielszczyzną siedzącej na tylnym siedzeniu Kanadyjce z Quebecu oraz jej mężowi zawiłości sytuacji politycznej w naszym pięknym kraju (aha, Platforma i PiS to tak naprawdę to samo – prawica...). Oj zabawa była, jeny. –Paweł Greczyn

Phil Elverum
2 czerwca, Kraków

"Please play 'The Pull'". "Ok, I'm gonna play this one". "You know, the one that goes 'My body stopped movin' and quickly got cold...'". "Yeaaah, I KNOW this song, heh". "Ja żem to, nie chwaląc się, uczynił". I były łzy, naprawdę. Naprawdę, nie kantuję. Batalia uroniła łzę. Tak, TA Batalia. Widziałem z bliska. Ain't no jokes, ain't no jokes. –Borys Dejnarowicz

Free Form Festival
Furia Futrzaków

18 października, Warszawa

Niczym Hendrix na Woodstocku, tak Furia podczas Free Form wystąpiła "nad ranem, na finał festiwalu, przed wykruszającą się publicznością". To był pierwszy występ tej formacji na żywo i życzyłbym każdemu składowi takiej premiery koncertowej. Ktoś tu będzie rządzić w 2009, oj będzie. –Borys Dejnarowicz

Nelly Furtado
11 lipca, Poznań

Nie ma żartów – ja podczasu tego plenerowego, dziesięciominutowego "koncertu" zniszczyłem buty, które bardzo lubiłem. Zajebiście śmieszne – tylko że nawet sam James Bond nie znalazłby wyjścia z sytuacji, bo po prostu tak chlusnęło z nieba, że zanim się wyindywidualizowaliśmy z wielotysięcznego tłumu, to było już po moich butach. Nie dało się literalnie *nigdzie* schować. Nie przeżyłem wcześniej takiej ulewy. Armageddon jest blisko, przyjdź na Maltę na Nelly Furtado. –Borys Dejnarowicz

Hauschka
23 października, Kraków




– Mateusz Jędras

Pepsi Vena Music Festival
Klaxons

4 października, Łódź

Nudność tego zespołu... –Borys Dejnarowicz

Free Form Festival
Koop

18 października, Warszawa

Może i jest to muza "skrojona pod gusta mieszczańskich grubasów", a raczej bogatych yuppies z Warszafki, ale jednego nie da się zaprzeczyć – jakże RÓWNO ci Skandynawowie grają. To się we łbie nie mieści. Widziałem video-rejestracje gigów Steely Dan czy Jamiroquai – najrówniej, najczyściej, najselektywniej grających zespołów ever. Koop to podobny typ perfekcjonizmu wykonawczego, ledwie półkę niżej. A wokalistka też dawała radę i to "pod niejednym względem". –Borys Dejnarowicz

Free Form Festival
Ladytron

17 października, Warszawa

W ramach trasy promującej najnowszą płytę Velocifero brytyjski zespół z bułgarskimi naleciałościami zawitał jesienią na dwa koncerty do Polski. Ten warszawski, na którym dane było mi być, odbywał się w ramach kolejnej edycji Free Form Festivalu i może z tego względu był strasznie krótki. Występ trwał nieco ponad 45 minut i mimo, że zagrali chyba wszystkie największe hity ("Destroy Everything You Touch" czy "Seventeen"), to jednak sprawili straszny zawód. Przede wszystkim zachowanie jednej z wokalistek – Miry – było mocno denerwujące. Sprawiała wrażenie jakby na scenie była za karę i generalnie miała wszystkich w dupie. Nie wiem czy to po prostu poza jaką przyjmuje, ale wszystko to było szalenie irytujące. Uczucie niedosytu spotęgowały skandalicznie krótkie bisy i generalnie kiepskie nagłośnienie. Jeżeli tak miał wyglądać występ gwiazdy na poważnym festiwalu, to ja serdecznie dziękuję za taką zabawę. –Kacper Bartosiak

Mercury Rev
30 listopada, Sosnowiec

W ubiegłym roku miałem okazję widzieć dość dużo koncertów, więc w tej rubryce mogę sobie chyba pozwolić na wybór tych, po prostu, dobrych. Po co się frustrować i przypominać sobie o straconych pieniądzach i czasie. Zresztą w związku z tymi właśnie czynnikami w listopadzie pojawił się dylemat: jechać blisko, szybko, tanio na TV On The Radio do Wiednia czy raczej opłacić Babilon z EuroCity i pozwiedzać, ekhem, Sosnowiec. Wbrew pozorom, wybór był prosty.

Nie będę się zagłębiał w urbanistycznych rozkminach na temat Sosnowca, powiem tylko, że smuci to wszystko i przeraża. Rewitalizacja, ok dudes? Za nazwą Art Cafe Muza kryje się gminna świetlica w Żelaźnie z tą różnicą, że zamiast Piasta jest Peroni. No i jeszcze tam na wiosce z głośników nie poleci Modest Mouse czy Velvet Underground, a tu na wiosce już tak. Po takim miłym wprowadzeniu na scenę wyszło pięciu gości. W tle leciały urywki z filmu Daises, co dawało do zrozumienia, że na wizualizację w tle warto będzie rzucać okiem.

Setlista zadowalała, bo nawet jeśli brakowało utworów ze świetnych Yerself Is Steam czy See You On The Othe Side, to zespół pod przewodnictwem Grasshoppera udanie znane kawałki rozciągał, wykręcał i posypywał kwaśnym pudrem. Zresztą i tak większość publiki przyjechała do Sosnowca, oczekując swoich ulubionych piosenek do pośpiewania i powzruszania, i to podczas tego udanego show dostała. Ja też dostałem.

Na plus jeszcze eleganckie wplecenie "Once In A Lifetime" i to, że podczas całego koncertu z ust Grasshoppera nie padło: "Czeszcz, my grandfather was born in Poland. I am Pole! Come on, isn't that exciting!?". A przecież byłoby się czym pochwalić, zakład pogrzebowy w Poznaniu to przecież nie przelewki. –Jan Błaszczak

Kylie Minogue
22 czerwca, Berlin

Jak już gdzieś pisałem, spełniło się moje wielkie marzenie. Ta pani "trzymana w formalinie" i gigantyczny show z wizualizacjami, kilkudziesięcioma tancerzami/statystami, teatralnymi scenkami i takie tam. Pure commercial mainstream pop. Doświadczyć tego z bliska to super radocha. Podobnież dużo gejów, wszelako aniżeli jakkolwiek stanowiących nadal główny target piosenkarki. TS: 40-letnia Kylie VS jakakolwiek nastolatka na Ziemi. –Borys Dejnarowicz

Muchy & Hatifnats
18 listopada, Warszawa

Do tej pory miałem strasznego pecha jeżeli chodzi o koncerty Much. Dwa razy miałem nawet w ręku bilet, ale z różnych względów do koncertu albo nie dochodziło, albo nie mogłem w nim uczestniczyć. Niestety, mimo zapowiedzi że "wpuszczamy tylko pełnoletnich", na koncercie w Hard Rock Cafe pojawiło się sporo indie-młodzieży, z której część dobre pół godziny przed startem rzygała w kiblu. Hatifnats wywiązali się poprawnie z roli supportu, ale nie wzbudzili specjalnie ciepłej reakcji publiczności, która chyba spodziewała się czegoś innego. Gwiazdy wieczoru wypadły nadspodziewanie dobrze, sięgając po zdecydowanie najmocniejsze pozycje w swoim repertuarze. Nie zabrakło nawet moich ulubionych utworów z dema – "Half Of That" i "Kołobrzeg-Świnoujście". Sporym zaskoczeniem było pojawienie się Dużego Pe, który dorzucił swoją zwrotkę do "Miasta Doznań", ożywiając tym, ospałą nieco, warszawską widownię. Kilka nowych piosenek zagranych przez Muchy potwierdza, że zespół zdaje się iść w dobrym kierunku i śrubuje oczekiwania wobec następcy Terroromansu. –Kacper Bartosiak

Roisin Murphy
25 stycznia, Kraków

Koncert Roisin Murphy był pierwszym "wielkim wydarzeniem", w jakim dane było mi uczestniczyć w 2008 roku. Niestety, jak to z gwiazdą bywa, trzeba na nią poczekać. Niestety, bywa też tak, że oczekiwanie "umila" krajowy support, najczęściej wątpliwej jakości. Niestety, podobnie było w piątek – zespół Mosqitoo zagrał dokładnie tak, jak wskazywałaby na to jego denna nazwa. W sumie to ciężko powiedzieć – grali prawie 40 minut a ja miałem wrażenie, że to cały czas jedna piosenka była, dziwna sprawa. Po paru minutach od zakończenia występu krajowych nieudaczników na scenie zaczęli pojawiać się członkowie zespołu, a na samym końcu wkroczyła dziarskim krokiem Roisin. Zestaw zaprezentowany tamtego styczniowego wieczoru nie mógł nikogo rozczarować, usłyszeliśmy wszystkie przeboje z ostatniej płyty, a do tego parę klasyków z Ruby Blue. Pewnie niektórzy spodziewali się hitów Moloko typu "The Time Is Now" czy "Sing It Back", ale Irlandka zaserwowała jednak ciut mniej znany kawałek z płyty Statues – "Forever More". Utwór swoją drogą kapitalny, ale teraz zaprezentowany w ponad dziesięciominutowej, wydłużonej wersji. Znowu swoje zrobiły chórki, które niesamowicie wzbogaciły ten smutny skądinąd utwór. W tak zwanym międzyczasie zgasły światła i zespół opuścił scenę. Owacje trwały i trwały, więc nie było innego wyjścia – wyszli grać bisy. Niestety, tylko dwa utwory, ale za to w wydłużonych wersjach. Najpierw "Tell Everybody", zaśpiewane z wielką pasją przez Roisin, a potem "Ramalama", znana z pierwszej płyty. I koniec, kropka.

Pomijając autentycznie *beznadziejny* support i drogie piwo, wyprawę do krakowskiego klubu Studio uznaję za bardzo udaną. Muzycznie irlandzka wokalistka spełniła praktycznie wszystkie moje marzenia, nagłośnienie też było bardzo w porządku, więc czego chcieć więcej? –Kacper Bartosiak

Roisin Murphy
25 stycznia, Kraków

Też akurat byłem na tym koncercie co Kacper i nie mam nic do dodania o muzyce, natomiast postać debili którzy wychodząc stworzyli zator przy szatni i robili wszystko co odwrotne z logiką żeby nie dopuścić do jakiejś płynności ruchu wyjściowego... Jakby im to sprawiało radość, co za przedszkole po prostu. Zamiast ustawić się w rzędzie i odbierać po kolei okrycia wierzchnie, to ci skumulowali tłum, napierając na bogu ducha winą ladę przy szatni, jakby to miało coś pomóc. To się wydaje niewiarygodne, ale ci kretyni mają dowody osobiste i mogą głosować w wyborach. Jakim tłukiem trzeba być, żeby się tak pchać. Żesz kurwa no. –Borys Dejnarowicz

OFF Club (Kristen, Emiter, Conemporary Noise Quintet, Deerhoof)
18 grudnia, Katowice

Właściwie Artur robi teraz dobre rzeczy. Myslovitz nie koncertuje, nie emituje singli, Menomena i Of Montreal byli w Polsce. Artur się przydaje, tłumy nic nie kumają ale się cieszą. Promocja, browary i zabawa. OFF Club to nie kolejny występ CocoRosie, Dub Pistols czy Jazzanovy – to mała Japonka z ziomkami. Popularny Der Hoff jest jednym z tych składów, na których pojawienie się w okolicy nigdy się raczej nie liczyło, chyba że kiedy będą już starzy i sławni. I pomimo niejakiej suchości lica Satomi, od której oczekuje się żeby wciąż miała od sześciu do szesnastu lat najwyżej, a także średniości ostatnich płytek w stosunku do Apple O tudzież Reveille, ochoczo wyruszyłem z przyjaciółmi na przejażdżkę do tak bogatego w bagaż kulturowy miasta jakim są Katowice.

Grał też legendarny Emiter, szeroko znane Kristen i wschodząca gwiazda pierdolenia instrumentami, Contemporary Noise Sextet. Piłem browar na dole więc nie słyszałem, ale na pewno wszyscy wymietli. Ci ostatni dawali coś na trąbce, więc musiało być dobrze. Niskobudżetowy postrock at its best. Czy coś. W każdym razie, instrumentalne granie przyciąga ludzi, którzy powinni poprzestać na ściąganiu mp3 instrumentalnego grania, bo i tak nic nie kumają. Fiksacja na postrocku z drugiej strony nic nie da jeśli się lubi wychodzić z domu, toteż nie narzekam. Poza tym doceniam historyczność Emiteru, podziwiam wytrwałość Kristen i życzę jak najlepiej rosnącemu w siłę CNS. Kiedy po jakiejś co bardziej efekciarskiej solówce Rodrigueza usłyszeć dało się "Super, nie?" czy "Nooo, fajne", nadzieja nachodziła. Zwiewna, jak się okazało, bo postać małego, azjatyckiego basisty okazała się trudniejsza do przełknięcia niż postaci basistów innych znanych zespołów, które jutro przyjeżdżają do miasta i trzeba coś ściągnąć. A przecież Matsuzaki robiła figury kinetyczne ręką, śpiewała i trącała struny jednocześnie. –Mateusz Jędras

OFF Club (Deerhoof)
18 grudnia, Katowice

Kolejna wyprawa do Katowic, tym razem wesołą furą Mateusza Jędrasa i kolejne pełne niepokoju piwo w Elektro. Widzicie, nie jestem jakimś amatorem koncertów a kompletnie już nie mam ochoty wybierać się na jakieś poza obrębem mojego miasta. Po prostu nie warto. Chyba, że gra Animal Collective. Albo Deerhoof. To, że w katowickiej Hipnozie zagrały tego roku DWA NAJLEPSZE ZESPOŁY ŚWIATA jest przynajmniej, yyy, bardzo miłe. Nie jestem niczyim fanem, ale jestem uprzedzony do ludzi, którzy nie lubią Deerhoof. To trochę tak jakby nie lubić Pixies w 89 i świadczy o tym, że pewnie słuchasz tego fińskiego gówna na P. Portishead, czy coś. –Łukasz Konatowicz

Patton & Fennesz
29 lutego, Warszawa

Wielki tłum ludzi w ciemnościach i w klubie Proxima z wielką kolejką do baru z licznymi dopływami to nie są moje ulubione okoliczności przyrody, ale w obliczu wygrania wejściówki na Pattona i Fennesza stawiłam temu czoła. Udało mi się nawet zająć świetną miejscówkę na brzegu podwyższenia, więc wszystko widziałam, jeśli w moim przypadku można to tak nazwać. W każdym razie udało mi się w końcu odróżnić Fennesza od Pattona. Zwłaszcza, że przedstawili się nawzajem, a potem ku uciesze publiczności padli sobie w objęcia. Najwyraźniej zdążyli skorzystać z baru wcześniej ode mnie. Jednak do rzeczy. Nie ukrywajmy, zawsze to jest jednak miłe uczucie spojrzeć na scenę i pomyśleć – o, to ten Fennesz, a to ten Patton też nie podrobiony. I była to raczej główna atrakcja wieczoru. Koncert okazał się całkiem przyjemnym, na zupełnym pełnym luzie zagranym wydarzeniem z udziałem gitary i laptopa, w którym całkiem przyjemnie przeplatały się trzaski Fennesza z okrzykami, a nawet szczekaniem Pattona. Było nawet techno przez chwilę. Nie był to Max Tundra w zakładach optycznych jakieś trzy lata temu i pewnie tej stówy bym sama z siebie za to po fakcie nie dała, ale z drugiej strony miło było spojrzeć na dwóch zdolnych ludzi, którzy ot tak sobie grają po prostu fajny koncert. I co ważne nie za długi, bo w ogóle koncerty powinny być krótkie. –Zosia Dąbrowska

Free Form Festival
Primal Scream

4 października, Łódź

Mani nie jest tylko basistą – on jest liderem, urodzonym frontmanem o cechach przywódczych. Gillespie nie jest tu postacią pierwszoplanową. Charyzma Maniego sprawia, że to on przykuwa uwagę i na nim spoczywa większość spojrzeń z widowni. Hell, Mani nawet zapowiada kawałki i Gillespie nie może jakby nic zrobić. Nie żebym nie lubił Gillespiego i nie też żebym przesadnie cenił Stone Roses, ale Mani to jedna z ostatnich tego typu postaci, takich prawdziwych scenicznych wyjadaczy, którzy dyktują tempo, ton i atmosferę wykonania każdego kawałka. Numery z XTRMNTR pokazały bardzo dużą pałkę, natomiast osławiona ulica Piotrowska pokazała, że można się po niej we dwoje szlajać "od jednego baru do baru" do godziny piątej rano i zawsze znaleźć jakąś sensowną ciepłą miejscówkę, gdzie gin z tonikiem i żarcie też. –Borys Dejnarowicz

Radiohead
8 lipca, Berlin

Sorry for the rain, but this is Radiohead gig. W instrukcji do various live stało jasno napisane, że ma być "anegdotycznie, zabawnie i z luzem". Ale dla mnie ten koncert nie miał nic wspólnego ani z anegdotą, ani z zabawą, ani z luzem. Jakoś zawsze dziwny zbieg okoliczności uniemożliwiał mi zobaczenie ich na żywo, ale w końcu się udało. I meteorologicznie dziwaczny wieczór ósmego lipca 2008 roku był dla mnie doznaniem metareligijnym i iluminacyjnym. Czymś dalece wykraczającym poza sprawy stricte muzyczne, czym nie mam ochoty się dzielić. Ok, zagrali całe In Rainbows i można było odczuć, jak bardzo ten materiał jakościowo odstaje od reszty, ale poza tym: to. Koniec tematu. A co do In Rainbows – czasem tak się w życiu zdarza, że masz drużynę na szczycie tabeli i w europejskich pucharach, a potem przychodzi wiosna i wszystko szlag trafia. Nieprawdaż, Tomku Waśko? –Marek Fall

Sebadoh
2 maja, Sztokholm

W porównaniu z moim wcześniejszym spotkaniem z Lou, w Sztokholmie boss wydawał się wyraźnie czymś rozdrażniony; mogło to wpłynąć na te wszystkie obelgi, którymi szastać zaczął w kierunku zebranych fanów z chwilą rozpoczęcia koncertu. Widocznie nie spodobała mu się mało punkowa atmosfera lokalu, z pilnie przestrzeganą rozpiską i finałowym dancingiem (dodatkowa ciekawostka: w szwedzkich klubach na dobre przyjęła się praktyka after-party, a także pre-party i mid-party – relacji z show zespołu Yacht nie będzie, bowiem przy trzech dwugodzinnych przerwach między supportami nie udało mi się go doczekać). Tak czy inaczej, "We'll be done real soon and then you can have your disco, fuckers", ale ciągle twierdzę, że jest super miłym kolesiem! Obecność Erica Gaffneya dodała tylko rangi wydarzeniu, choć nie jestem specjalnie miłośnikiem utworów przed-Trójkowych, a takie niewątpliwie królowały w secie. Albumowe highlighty rządziły bezwzględnie ("Rebound" i "Freed Pig" zwłaszcza), reszta trochę przynudzała, a potańcówki nie pamiętam. –Patryk Mrozek

Free Form Festival
Sonar Kollektiv Orchester

18 października, Warszawa

Ej no sorawa, ja lubię składak Guaranteed Niceness i kocham Thief, ale ten liczny ansambl na scenie mnie bardzo znudził. Ziewałbym wręcz, gdyby nie Clara Hill, bo ani oczu, ani uszu nie można od niej oderwać. –Borys Dejnarowicz

51 Międzynarodowy Festiwal Muzyki Współczesnej: Warszawska Jesień 2008
Karlheinz Stockhausen – Hymnen
(European Workshop for Contemporary Music; dyrygent: Pedro Amaral; realizacja dźwięku elektronicznego: Bryan Wolf)

26 września, Warszawa

W sumie spoko granie, ale "są lepsze Stockhauseny" <palacz>. –Borys Dejnarowicz

Roger Waters
13 maja, Odense

Wszyscy śmiejemy się, że dinozaury jeżdżą po świecie, grają stare hity dla swoich podstarzałych już fanów i zgarniają za to gruby hajs. Taki też był mój stosunek do koncertu – nieziemska cena biletu, Waters odgrywający całe The Dark Side Of The Moon, a do tego nachalne reklamy krzyczące, że to jedyny jego koncert w regionie i przy tym jeden z ostatnich na całej "spektakularnej" trasie. Przekonał mnie jednak maniakalny fan Pink Floyd, który miał okazję, rok wcześniej w Barcelonie, zobaczyć koncert Watersa z tej samej trasy i nie omieszkał wyrażać swojego zachwytu nad tymże wydarzeniem na każdym kroku, przy każdej okazji namawiając mnie na pójście z nim. Gdy okazało się, że dzięki paru układom możemy mieć bilety za połowę ceny, wszystkie moje wątpliwości zniknęły.

Dzisiaj z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, że warto było. Nie był to koncert pełen spontaniczności – raczej starannie wyreżyserowane widowisko, wykonywane z niesamowitą precyzją i na niewyobrażalną skalę. I nie był to wcale minus tego wydarzenia, a wręcz jego największy atut. Nikt przecież nie oczekiwał od ponad sześćdziesiąt letniego Watersa, że zrobi coś nieoczekiwanego czy szalonego.

Pierwszy set to trochę takie the best of Pink Floyd, oczywiście z wykluczeniem utworów pochodzących z The Dark Side Of The Moon. Były fragmenty z wszystkich ważniejszych płyt macierzystego zespołu Watersa, odegrane z należytym szacunkiem i z odpowiednią oprawą audio-wizualną (łącznie z nieco kiczowatymi wspominkami o Barett'cie przy "Wish You Were Here"). W tej części najbardziej zaskakujące były dwa utwory, wówczas dla mnie nieznane – "Set The Controls For The Heart Of The Sun" z drugiego krążka Floydów oraz naprawdę znakomite "Leaving Beirut", pochodzące z singla Watersa, wydanego w Japonii w 2004 roku. Z kolei druga część tego koncertu to już to na co kilkanaście tysięcy zgromadzonych na stadionie ludzi, czekało najbardziej. Sztandarowy krążek Pink Floyd, zagrany w kolejności dokładniej takiej jak na albumie, z niewielką dozą innowacji i odstępstw od oryginału, ale za to w warunkach nagłośnieniowych tak doskonałych, że obecnie nie jestem w stanie wyobrazić sobie lepiej przygotowanego pod tym względem koncertu. Idealna czystość dźwięków, wspaniałe efekty jak chociażby coś co nazwałbym "dźwiękiem przestrzennym" oraz świetne wykonanie wizualne, łącznie z wielką latającą świnią namawiającą do głosowanie na Obamę i buchającym ogniem ze sceny. Największym doznaniem było tu bez wątpienia "Us And Them", chociaż szczerze mówiąc nie wiem czy wynika to z mojego uwielbienia dla tego utworu, czy też może jego wykonanie było tak fenomenalne. Potem były już "tylko" bisy z oklepanym do bólu "Another Brick In The Wall (Part II)", a także kończącym cały koncert "Comfortably Numb". Zresztą, wszystkie 5 ostatnich utworów pochodziło z The Wall, które było drugim najsilniej reprezentowanym krążkiem Floydów tego wieczoru.

Nie ukrywam, że ciągle jestem odrobinę sceptyczny co do całego zjawiska "dinozaurów w trasie", lecz z drugiej strony gdybym miał wybrać najlepszy koncert roku 2008, pomimo całej masy gigów, które widziałem, długo bym się nie zastanawiał i powiedział, że Waters. Sorry Borys, "solidny występ dali". –Łukasz Halicki

BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019