SPECJALNE - Relacja

Ścianka, Kobiety

3 listopada 2001

Ścianka, Kobiety
18 Października 2001, Proxima, Warszawa


Hurra, mamy pierwszą w Porcys.com recenzję koncertową! Spróbujemy, by stało się to małą tradycją. Przynajmniej co pewien czas. A mówiąc mniej oficjalnie, jak któryś z nas zaliczy jakiś interesujący koncert, to napisze wam o tym parę słówek, moi drodzy.

A koncert był niezwykły. Był, ale musiał taki być! No bo przecież do stolicy przyjechały dwie czołowe niezależne formacje w tym kraju, Ścianka i Kobiety. Jedne z niewielu polskich zjawisk muzycznych ostatnich lat, których nie musimy się wstydzić. Plakaty rozwieszone na mieście zwróciły uwagę fanów prawdziwej dźwiękowej sztuki już tygodnie przed samym koncertem. O dziwo jednak, trzeba było robić dodatkową reklamę wśród gawiedzi, bo dziś sporo osób nie wie, co dobre, a co złe. Niezły szok wywołałem u siebie na wydziale, rozpowiadając jak najęty wokoło jakie to historyczne wydarzenie nas czeka i jak wiele ludzie stracą, jeśli się na ten koncert nie wybiorą. Po paru dniach wszyscy chodzili i pytali się nawzajem: "Jak to, kiedy, gdzie, no gdzie ta Ścianka i Kobiety?". Koniec końców, zdecydowana większość wybrała odbywającą się tej samej nocy taneczną imprezę na Rzeźbie w ASP. A już myślałem, że coś się zmienia.

Trzyosobowa ekipa Porcys.com stanęła przed drzwiami Proximy punktualnie o dziewiętnastej. Niestety, okazało się, że wpuszczają dopiero od wpół do, wbrew temu, co było na plakatach. Czekając na otwarcie przeźroczystych drzwi, mogliśmy się przez nie przyglądać próbie Kobiet. Serce mocniej nam zabiło, bo widzieliśmy zespół niejako od kuchni. A kiedy na zewnątrz wyjrzał na moment (by pogadać z jednym z organizatorów) Maciek Cieślak i stanął metr od nas, poczuliśmy powiew historii. W końcu wbiliśmy się do środka. Proxima odnowiona robi spore wrażenie, ale spotkało mnie nieprzyjemne odkrycie – teraz w tym klubie nie ma aparatu telefonicznego. No i jeszcze jedna rzecz: zaopatrzenie baru. Alkoholi pod dostatkiem, i to najróżniejszych. Ale żeby nie było zwykłej wody mineralnej? To już jest jakaś farsa. Jako, że ekipa Porcys.com chodzi na koncerty dla muzyki, a nie drinków, staraliśmy się wycyganić od barmana coś bez procentów. Zawiedzeni otrzymaliśmy jedynie po puszce Coca-Coli, i to ciepłej jak cholera. Skandal!

Kobiety wyszły ze dwadzieścia po ósmej. Zagrały kapitalny set, właściwie nie wykraczający, bez trzech chyba wyjątków, poza materiał ich znakomitego debiutu, który obok Sushi Nosowskiej był najważniejszym wydarzeniem polskiej alternatywy poprzedniego roku. Znanych z albumu Anię Lasocką i Grześka Nawrockiego wspomagali: na perkusji Krzysztof Topolski, a na gitarze i instrumentach klawiszowych Jacek Lachowicz, który na dobrą sprawę stał się już chyba pełnoprawnym członkiem zespołu. Był na początek ostry "Toshiro Pirania", był zmysłowy "Notre Lune", zamyślona "Czwarta Wiosna" i ekspresyjne "Ledwo Mówię". Dodatkową atrakcją było pęknięcie struny w gitarze Nawrockiego – nową zakładał ze trzy minuty. Był wreszcie oczekiwany medley: "Z Mieszkania Nade Mną", płynnie przechodzące w "Marcello". Na koniec zagrali rozimprowizowaną wersję "Słoni I Rumaków".

Obserwowałem reakcje publiczności – niestety, ta nie stanęła na wysokości zadania. Otóż, jeśli nie wiedzieliście, warszawska publiczność to najbardziej rozkapryszona, bezczelna i ignorancka hołota, jaką widział świat. I mówię to jako mieszkaniec tego wspaniałego miasta. Krótko mówiąc, ludzie przyszli sobie pogawędzić, pośmiać się i wychylić kilka lufek. Serwowane ze sceny dźwięki traktowali jak tapetę do własnych plotek. W efekcie, odbiór był prawie zerowy. Nasza trójka czuła się wyobcowana z reszty tłumu – jako jedni z niewielu uważnie śledziliśmy rozwój muzycznych wydarzeń. Sądziłem, że sytuacja zmieni się po wejściu Ścianki. Niestety, nadal było żałośnie. Chamstwo zwyciężyło (ilościowo) i nawet przy zwiewnej "The Iris Sleeps Under The Snow" staraniom muzyków towarzyszył gwar. Odniosłem wtedy wrażenie, że dziewięć na dziesięć osób przyszło tego wieczora do Proximy nie wiedząc nawet, na kogo idzie. Wstyd, wstyd i jeszcze raz wstyd.

Występ Ścianki był pewnego rodzaju zaskoczeniem. Grupa, która swym tegorocznym arcydziełem Dni Wiatru wzniosła się na poziom niedostępny dziś dla innych rodzimych wykonawców, udowodniła wszak swą wielkość. Ale z Dni Wiatru zagrali tylko wspomnianą "Iris", "Trzy Gwiazdki" i "Piotrka". W zamian dostaliśmy długie i transowe improwizacje na bazie utworów, które wypełnią, jak zapewnił Maciek ze sceny, nowe dzieło formacji. Jaka to muzyka? Trudna do opisania. Brzmieniowo na pewno nawiązująca do Statku Kosmicznego. Odbiegająca jednak od debiutu formalnie. A przede wszystkim wielowątkowa, niełatwa do pełnego ogarnięcia, ze względu na wielość motywów (czasem ciężko było stwierdzić, czy słyszymy temat planowy, czy improwizowany na bieżąco). Ale słuchało się tego wybornie. Lachowicz jak zwykle skakał za swoim klawiszowym zestawem, Cieślak jak zwykle dyrygował reżyserami dźwięku. Cóż, Ścianka jest wielka i już.

Gdy niemal o północy grali na bis "Sopot", zrobiło się trochę przygnębiająco. Cisza, mało ludzi. Także w ramach czarno-białych barw i zwolnionego tempa nie zapamiętamy raczej ekstatycznego aplauzu widzów. Na zawsze zapamiętamy natomiast przechadzającego się swobodnie po klubie Andrzeja Smolika. Oraz podrygującą w rytm ściankowych piosenek Anię Lasocką. Wiem, co mówię, bo Ania stała dwa metry przed ekipą Porcys.com. Ale koncert był, jako się rzekło, wyjątkowy. Zagrały przecież dwa największe zespoły w tym kraju.

–Borys Dejnarowicz, Listopad 2001

BIEŻĄCE
Vampire WeekendFather Of The Bride
Weyes BloodTitanic Rising