SPECJALNE - Relacja

Relacja: Unsound 2015: Surprise

23 października 2015

Tegoroczna edycja festiwalu Unsound to bodajże najbardziej wymagająca dla publiki odsłona w historii całego przedsięwzięcia. Po pierwsze, ze względu na kontrowersyjny motyw przewodni "Surprise", polegający na tym, iż tożsamość pewnej części muzyków (około 1/3 ogółu) nie została zdradzona słuchaczom przed występem, a dopiero w jego trakcie bądź też po zakończeniu koncertu. Zabieg ten umożliwił skupienie się na muzyce sensu stricto, bez wynikającego ze znajomości przeszłych dokonań artysty ciężaru, który niejednokrotnie uniemożliwia nam jawne krytykowanie pewnych poczynań, bo zwyczajnie nie wypada, bądź też w silny sposób wpływa na naszą percepcję, przez co rzeczy z pozoru przeciętne w magiczny sposób stają się dobrymi, a czasem nawet wielkimi (vide gig Autechre na 25-lecie Warp Records w ramach Sacrum Profanum 2014). Po drugie, z uwagi na aurę. Kto pamięta tak mroźny krakowski październik, który zaserwował przyjezdnym kilkucentymetrową warstwę śniegu? Wełniane skarpety, pełne obuwie i pozwalające opatulić się szczelnie szale stały się absolutnym must have tego sezonu. W takich warunkach przyszło nam przeżywać tę trzynastą z kolei odsłonę, która rozpoczęła się od kameralnego, skromnego przedsięwzięcia odbywającego się na deskach Nowohuckiego Centrum Kultury.

Podczas koncertu otwierającego Unsound mieliśmy okazję poznać bliżej postać pierwszego polskiego minimalisty, Tomasza Sikorskiego, który był jednym z dwóch, obok Juliusa Eastmana, bohaterów wydanego jesienią zeszłego roku w Bôłt Records tribute-albumu Unchained. Lutosławski Piano Duo (1/2 grupy Kwadrofonik) wraz z Joanną Dudą oraz Mischą Kozłowskim, prezentując po dwie kompozycje z repertuaru obu panów, przenieśli słuchaczy do krainy zapomnianego pianinowego minimalizmu, z której przede wszystkim zapamiętam nastrojową żonglerkę towarzyszącą wykonaniu marginalizowanego przez lata "Evil Nigger". Serwowana w NCK repetycja swoją kontynuację, w nieco uwspółcześnionym wydaniu, miała w dawnym budynku Polskich Kolei Państwowych na ulicy Kamiennej. Tutaj, zgodnie z zapowiedzią, dominować miały imprezowe rytmy. Tego wieczora spośród wszystkich artystów-niespodzianek (Borusiade z Cómeme, krakowscy klubowi rezydenci B.Baran i Chino, na stałe związana z Unsound Olivia oraz Rabih Beaini) najlepiej zaprezentowała się grająca jako przedostatnia Paula Temple. Brytyjka swoim brutalnym, industrialnym setem, w którym odnaleźć można było ślady między innymi Mondkopfa z Hadès, zmusiła wszystkich obecnych w przybytku do nieco bardziej wzmożonego wysiłku intelektualno-motorycznego. Aż dziw bierze, że nie był to zestaw dźwięków zamykający darmowe opening party, a po reprezentantce R&S Records na scenę dumnie wkroczył założyciel Morphine.

Druga (oficjalnie, bo pamiętać należy również o sobotnim falstarcie – występie Maxa Loderbauera & Jacka Sienkiewicza w Zakładach Uzdatniania Wody Bielany) festiwalowa doba przyniosła ze sobą największą niespodziankę tegorocznego Unsoundu. Surprise w postaci piętnastominutowego występu Lucasa Abeli grającego na niegeometrycznym, przypominającym żeglarski fok, wycinku szklanej tafli był dokładnie tym, czego oczekuje się od corocznego krakowskiego przeglądu muzyki eksperymentalnej. Intensywny (momentami power) noise osiągany dzięki pracy ust (i niejednokrotnie śliny) na wspomnianym, podłączonym do wzmacniacza kawałku szkła był doznaniem na tyle egzotycznym i niekonwencjonalnym, że spośród wszystkich koncertów odbytych podczas tych siedmiu dni, był on najszerzej komentowany i nie sposób było przejść obok niego obojętnie. Właśnie za tego typu odważne bookingi kocha się Unsound, bo gdzie indziej słuchacz byłby w stanie stanąć twarzą w twarz z tak prowokującym performensem? Maksimum treści. Krótko przed show Australijczyka w Mandze zagościł powiew mistycyzmu. Wszystko za sprawą pieśni Tazartèsa, które wybrzmiały w akompaniamencie Pawła Romańczuka oraz Andrzeja Załęskiego. Ponoć zarzucić można, że to powtórka z rozrywki – konkretniej z grudnia zeszłego roku – ale przecież nie każdemu dane było zrywać się wtedy do Warszawy. Kwadrans po dwudziestej pierwszej na scenie pojawiło się kolejne duże nazwisko. Lawrence English zaprosił publikę do wspólnego kontemplowania jego drone’ów w pozycji horyzontalnej. I wszystko wydawało się piękne, nawet kolumny miarowo drgały ku uciesze pewnej części zgromadzonej w budynku publiczności, ale wyraźnie zabrakło ikry. Przez cały koncert nie opuszczało mnie wrażenie, że chwilę po jego zakończeniu, z racji wtórności dźwiękowych pasaży, zapomnę o jego istnieniu. Przyjemnie spędzona godzina z życia, ale gig absolutnie bez historii. Pierwszy wieczór w Mandze starał się uratować obecny i podczas imprezy otwarcia, i podczas porannego panelu dyskusyjnego Rabih Beaini, który na spółkę z Wacławem Zimpelem chciał wywindować elektronikę do sfery sacrum. Chyba za bardzo nakręciłem się na obecność mistrza improwizacji na analogowym syntezatorze Buchla, Charlesa Cohena, bym tamtej nocy mógł zainteresować się inną konfiguracją.

Najciekawszy pod względem doboru artystów okazał się Signal – wtorek w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha. Zbyt wyszukana, sprawiająca wrażenie nieprzygotowanej oraz siedzącej na stołku na scenie jakby za karę Elysia Crampton nie porwała. Być może nie dorosłem do idei transgenderyzmu, a nachalność i ogrom proponowanych przez nią postulatów mnie przerosły. Oblepiony współcześnie modnymi lewicowymi hasłami płynnie przeszedłem w "zeuropeizowany" awangardowy jazz Ruins. Sax Ruins – inicjatywa Tatsuya Yoshidy mająca tchnąć nowego ducha w ikoniczny japoński zespół lat dziewięćdziesiątych ze względu na brak linii basu utraciła swoją progowość, ale za to przekształciła się w całkiem znośny, nieskory do szaleństw byt. Spokojnie jakiś Nowy Wiek Awangardy, czy Krakowska Jesień Jazzowa. Pierwsza niespodzianka tego wieczoru – Damien Dubrovnik z Posh Isolation. Chłopcy, bo to chyba najtrafniejsze określenie mimo liczby figurującej w metryce, zaproponowali niezły, harmonijny noise kompatybilny z hałasem death industrial. Loke Rahbek trochę pokrzyczał, nie zabrakło teatralnej ekspresji (w końcu miasto Kantora, co nie?), a Christian Staadsgaard podał na tacy kilka rozświetlonych białym blaskiem kulminacyjnych ścian jazgotu, przy których pierwsze rzędy pod sceną odchodziły od zmysłów. Porównując z występem następnego dnia w tym samym miejscu innego głośnego około-industrialnego nazwiska, Dominicka Fernowa, trzeba orzec, że duński performance był koncertem obiektywnie dobrym. A dlaczego oceniam przez pryzmat innego artysty? Bo odnoszę wrażenie, że taplający się w bliźniaczej stylistyce Prurient po prostu zbyt wiele chciał. Na płycie, z racji odmiennej od live actu formy, udało mu się upchnąć niemal wszystkie podległe pod industrial księstwa, ale występ na żywo pozostawiał wiele do życzenia. Nie wiem, czy Fernow świadomie, czy nieświadomie starał się ukazać nam coś na kształt bubblegum-industrialu, który perfekcyjnie trafia w gusta osób chcących chełpić się hałasem i zdecydowanych przekraczać granice, ale wciąż wewnętrznie (i zewnętrznie) zbyt pięknych na butność Masonny. Ta wizja noise’u powinna wyzbyć się swoich "narcystycznych" naleciałości i skupić na kwestiach elementarnych, a nie bazować na nienaturalnie połączonych tropach. Przy ścianie harshu, która w niezgrabny sposób zmieniła się (na dosłownie dwie minuty) w acid techno, by potem raz jeszcze niezbyt płynnie przejść do okraszonego satyryczną gestykulacją death industrialu/power electronics, najzwyczajniej w świecie odpadłem. I to właśnie dlatego w tej konwencji lepiej sprawdzili się reprezentanci Posh Isolation, którzy próbowali wprowadzić element nastrojowości i niejednokrotnie uzyskać tak pożądany efekt legato. Przy okazji: obserwując entuzjastycznie reagującą publikę, nie mogę uwolnić się od wrażenia, że modę na techno powoli wypiera tendencja do zanurzania się w dźwiękach uładzonej, nowej fali industrialu spod znaku właśnie Fernowa, Puce Mary i Rahbeka. Wróćmy jednak do Mangghi, w której dzień zamknął niespodziewany występ Synów. Piernikowski wraz ze swoim wu-tangowym ołtarzykiem przemycał klimat pierwszej Molesty i legendarnego koncertu w Remoncie. Brakowało tylko skandowania kibicowskich haseł i rzucającego się w publikę Wojtka Sokoła. Prezentująca się tego wieczora na deskach muzeum mieszanka artystyczna była najodważniejszym zabiegiem zastosowanym przez Unsound w trakcie procesu dobierania gości. Propozycje z zupełnie innych bajek swoją niespójnością mogły zmęczyć, znudzić, odpychać, co dało się zaobserwować właśnie na Synach, kiedy z po brzegi wypełnionej sali w oka mgnieniu przenieśliśmy się na standardowy hip-hopowy koncert, na którym frekwencja jak zwykle nie dopisała. Wydaje się, że zagraniczni goście nie zrozumieli i nie poczuli (dlaczego mieliby?) tego silnie lokalnego wydźwięku autorów Orientu i stąd ta kapitulacja. Chapeau bas, Unsound, chapeau bas – tak eklektyczne niespodzianki lubimy.

Pozostając jeszcze w temacie wtorkowych niespodzianek, nie sposób nie wspomnieć o zapowiedzianej między wierszami podczas otwarcia wystawy prac Piotra Jakubowicza (wieloletni współpracownik festiwalu) w galerii Stradomia i imprezie karaoke w Klubie Alchemia. W iście cohenowskiej scenerii z pierwszych scen ostatniego kasowego hitu Co jest grane, Davis? odbył się event z gatunku tych uroczych, podczas trwania których uśmiech nie schodzi z twarzy. Cudownie było widzieć doskonale bawiących się włodarzy Unsoundu. Wydarzenie od przyjaciół dla przyjaciół, a zaśpiewana przez Leylanda Kirby’ego piosenka "We are the World" supreprojektu USA for Africa spokojnie pretendować może do miana najlepszego występu tegorocznej edycji. Wzorowa barowa atmosfera.

Czwarty dzień festiwalu przywitał drugim z kolei spotkaniem w ramach cyklu Morning Glory. Wszystkie ranne ptaszki spotkały się w ICE Kraków, by raz jeszcze pochylić się nad twórczością nieco zapomnianego, a wskrzeszanego już dzięki inicjatywie Unchained, Tomasza Sikorskiego. Ważny przedstawiciel współczesnej awangardy, John Tilbury, połączył siły z najzdolniejszym polskim muzykiem elektroakustycznym (odpowiedzialnym choćby za jedną z najlepszych płyt tego roku – Samoobronę), Robertem Piotrowiczem. Ich występ, obfitujący w wykorzystanie przez Tilbury’ego licznych technik gry na instrumencie, na pewno stracił na jakości ze względu na drobną roszadę wynikającą z absurdalnych zarzutów postawionych Unsoundowi, wedle których (za pośrednictwem jednego z jaśniejszych punktów line-upu – koncertu projektu Current 93) festiwal miał promować satanizm. I choć kwestia mocno okultystycznej, związanej z postacią Aleistera Crowleya i Thelemą, przeszłości frontmana i jedynego stałego członka Current 93, Davida Tibeta, jest dyskusyjna, o tyle nie rozumiem zupełnie, dlaczego rykoszetem po łapach trafiło się również polsko-brytyjskiemu duetowi, potężnemu gongowi stojącemu przed Rrose oraz Raphaelowi Rogińskiemu. Cieszmy się, że z czarujących miejscówek ostała się Synagoga Temple, w której późnym popołudniem zaprezentował się wraz ze swoim nowym materiałem – krążkiem Istina – warszawski trębacz Kamil Szuszkiewicz. Na bębnach i metalofonach towarzyszył mu nie kto inny, jak sam Hubert Zemler odpowiedzialny za Gostak & Doshes. Rodzimy duet, balansujący między silną repetycją a przeszywającymi ambientowe partie na wzór najlepszych z Rune Grammofon dęciakiami, doskonale zbudował klimat przed hipnotycznym, zaangażowanym i wciągającym występem Matany Roberts. Wyposażona w kojarzone z płytowych bookletów wizualizacje, saksofon, zloopowany zestaw dźwięków oraz mikrofon z nałożonym efektem przestrzennego reverbu przedstawiła swój najnowszy, trzeci z dwunastu zapowiedzianych, retrospektywny afro-centryczny manifest. Prawdę mówiąc, tylko River Run Thee miało szansę zagościć na Unsoundzie, bo nie wyobrażam sobie tam bardziej żwawych, nie tak minimalistycznych dźwięków, które Roberts dostarczała ze swoim wieloosobowym ansamblem na Gens de couleur libres lub Mississippi Moonchile. Stąd radość, że krakowski festiwal taką sposobność wykorzystał i ściągnął Amerykankę do Polski przy pierwszej nadarzającej się okazji.

Zanim na dobre rozpoczęła się imprezowa wrzawa w Hotelu Forum, miejsce miało jedno z kluczowych wydarzeń Unsound Festivalu 2015. Kameralny koncert w kopalni soli w Wieliczce miał być totalnym gamechangerem. I to nie tylko ze względu na doskonałą lokalizację – prawdopodobniej najcudowniejsze miejsce, jakie widziała na własne oczy muzyka elektroniczna – ale i na skutek odważnej prowokacji, sugerującej, jakoby swój półgodzinny, pierwszy w historii live act zaprezentować miała największa niewiadoma współczesnej sceny klubowej – Burial. Wiszące nad publiką widmo Williama Bevana można było wyczuć już po drone'owym interludium obfitującym w liczne deklamowane frazy nieodłącznie kojarzone z fragmentami EP-ek Truant oraz Rival Dealer, a dwa flagowe kawałki garażowego artysty spowodowały tylko, że początkowe niedowierzanie przerodziło się w lawinę pozostawionych bez odpowiedzi pytań. Czy Burial faktycznie zagrał na Unsoundzie? Jeżeli tak, to czy grał przed nami, czy na dachu restauracji przylepionej do przeciwległej ściany prostokątnej sali? A może ten bujający głową w rytm muzyki jegomość był tylko operatorem i zajmował się oświetleniem występów? Braliśmy udział w wydarzeniu historycznym? Na nasze szczęście organizatorzy nie uchylili rąbka tajemnicy i raz jedyny odstąpili od formuły zdradzania tożsamości artystów w facebookowych postach, co zaowocowało jeszcze większym podnieceniem i żyjąca własnym życiem plotka elektryzuje do teraz, już kilka dni po zakończeniu "Surprise". Dodam tylko, że w swojej krasie set był dość chałupniczy i chwilami czuć było pewną dozę amatorszczyzny. A to z kolei dalej implikować może, że nieobyty z tą formą ekspresji Burial faktycznie zaszczycił nas swoją obecnością… Dobra, dywagacje na bok. Drugim projektem, który zaprezentował się na "wysokości" 135 metrów pod poziomem morza, był mój typ z pre-Unsoundowej zapowiedzi-zgadywanki, czyli kolaboracja Fennesza z reprezentantami Hyperdub (o, kolejny trop mogący sugerować na zasadzie wolnych skojarzeń, że coś z tym Burialem jest na rzeczy), King Midas Sound. Grany przez nich ambient dub znakomicie komponował się z warmdronem austriackiej legendy, a wokalne wstawki uderzające w podniosłe tony i znikające ze sceny postaci potęgowały tylko wrażenie, że mamy do czynienia z występem namaszczonym. Trzykrotne nowelowe kulminacje składające się z generowanego gitarowo drone noise’u, po których następowało płynne rozładowanie skumulowanego napięcia, spokojnie wpisuję w kajet jako jeden z najprzyjemniejszych dźwiękowo momentów tegorocznej edycji. Dziwią pojawiające się z różnych stron głosy krytyki, bo KMS z Christianem wydobyli z Edition 1 naprawdę dużo więcej, niż początkowo mogliśmy się spodziewać. Uwierzcie na słowo.

Na osobny akapit zasługuje podsumowanie formowych nocy, które po raz kolejny zgromadziły rzeszę nieprzystających do festiwalu osób generujących tłok, ścisk i ogólne poczucie dyskomfortu w odbieraniu słuchowych bodźców. Dobrze zaprezentowali się Hot Shotz, czyli mistrz pointylistycznego trance Lorenzo Senni wraz z drugim czołowym producentem dzisiejszych czasów – Oscarem Powellem. Obu panom przyszło już współpracować w grudniu 2014 przy okazji radiowego show tego drugiego, Melon Magic w NTS Radio, ale to właśnie na Unsoundzie, na specjalne zamówienie, odegrali premierowo swój autorski materiał. Niesłychanie atrakcyjnie wypadały również odbiegające od konwencji klasycznego, serwowanego w Forum na potęgę, techno sety obecnego dwa lata temu w Krakowie Galchera Lustwerka oraz założyciela oficyny Hyperdrub – Kode9. Starszy z dwójki panów zaproponował nam fenomenalny, taneczny zlepek booty house’u i rashadowego footworku. Nie do końca rozumiem hype na Visionista, który przyjechał z dwoma dodatkowymi oświetleniowcami, a jego wizualizacje niczym nie odbiegały od tych najbardziej standardowych. Inaczej sprawa ma się z największą niespodzianką hotelowych ścian – Marcusem Schmicklerem, który wielu przypadkowym przechodniom skutecznie obrzydził dalszą chęć przebywania w pierwszej z sal. Zupełnie nieznany mi dotychczas Niemiec podjął się abstrakcyjnego zadania dekonstrukcji i zredefiniowania muzyki klubowej, używając wszelkiej maści eksperymentalnych środków. Towarzyszył mu Carsten Goertz i jego zapierające dech w piersiach światła. To nie była muzyka do pląsów, stąd głośne jęki zawodu i migracja w stronę egzotycznych dźwięków techno i house’u Nidii Minaj, której wyraźnie słyszalne iberyjskie korzenie nęcą i kuszą, stanowiąc jej znak rozpoznawczy. Shackleton znalazł nić porozumienia i wspólny mianownik z łupiącą czwórki japońską werwą Nisennenmondai, podczas gdy Rabit z Kuedo sprawiali wrażenie, jakby grali zupełnie niezależnie od siebie, walcząc o bezwzględną dominację. Ci, którzy spodziewali się wcielenia Untolda z czasów Black Light Spiral, musieli obejść się smakiem, bowiem londyńczyk całkowicie odbił od estetyki, z którą kojarzony był jeszcze rok temu. Podobnie sprawa ma się z Andym Stottem. Tego, co zaprezentował w Forum, nie znajdziecie ani na klaustrofobicznym Luxury Problems, ani w ramach ciężkiego Passed Me By / We Stay Together, ani nawet w bezkresie Faith in Strangers. Ciekawą niespodzianką była obecność buńczucznej ibizowej gwiazdy – Richiego Hawtina, który, pozostając w swoim mocno imprezowym tech house’owym klimacie, nic innowacyjnego nie zaproponował, ale konia z rzędem temu, kto spodziewałby się takiego nazwiska ulokowanego w mniejszej z sal pomiędzy acidowym mistrzem Rolanda TB-303 Tin Manem występującym z Gunnarem Haslamem jako Romans, a okupującym tegoroczne festiwale krajanem – Sienkiewiczem. Nie zapomnijmy również o pozwalającym się przenieść w wixapolowe klimaty gabberowym wcieleniu Lutto Lento – DJ-u Tigerze.

Zmierzając już powoli ku końcowi, pragnę przypomnieć o trzech ważnych wydarzeniach towarzyszących regularnym koncertowym zmaganiom – porywającej sesji improwizowanej Gregidency, której gospodarzem był perkusista Liturgy (o których w następnym akapicie) Greg Fox. Amerykanin podjął się trudnego zadania poprowadzenia wspólnego jam session kolejno z Jerzym Mazzollem obsługującym klarnet basowy, szarpiącym podłączone do wzmacniacza struny Piotrem Zabrodzkim oraz żyjącą legendą sceny eksperymentalnej Orenem Ambarchim. Zadanie miał utrudnione, bowiem nie znał tożsamości towarzyszących mu artystów aż do momentu ich wtargnięcia na scenę. Efekt końcowy był nadzwyczaj zadowalający, co odbicie znalazło w gromkich brawach licznie zgromadzonej w gmachu Starej Fabryki Tytoniu publiki. Kolejny ulokowany w tej samej lokalizacji event to słynna Ephemera Live Session prosto z Toronto. Czterdziestominutowy olfaktoryczno-dźwiękowo-wizualny spektakl odbył się w pozwalających widzieć na góra metr przed sobą oparach mieszaniny wody i gliceryny. Przykryty kurtyną anonimowości Tim Hecker przedstawił mądrą stronę ambient-drone'u, która bazowała na emocjonalnym balansie – wiedział, kiedy podczas tak krótkiej sesji odprężyć, a kiedy zadać cios i wywołać napięcie. A szukanie po omacku wyjścia z pomieszczenia i tulenie się do śnieżnobiałych ścian sprawiało wiele, naprawdę wiele radości. Z kolei akademickie centrum kultury Rotunda zaskoczyło obecnością Fisa – nowozelandzkiej odpowiedzi na powykręcany dark ambient Haxana Cloaka oraz występem Helma zrealizowanym we współpracy z artystą performatywnym wykonującym nieoczywisty taniec współczesny w rytm drone’owych pasaży i repetytywnych pętli.

Festiwal zamknął drugi z moich czterech typów – dubowy król Pole. Niemiec zaserwował swoje najbardziej generyczne brzmienie. Eksplorował dub w ujęciu techno oraz ambient, a prezentowane przez towarzyszącego mu na scenie MFO wizualizacje trwale i konsekwentnie związane były z okładką tegorocznego Wald. Esencjonalna dla Pole paleta dźwięków oraz migające za artystami jesienne obrazki zbudowały coś na kształt seansu spirytystycznego, w którym wszyscy jego uczestniczy bezwładnie bujali się w rytm kolejnych głębszych sekwencji. Spośród wszystkich występujących w Muzeum Inżynierii Miejskiej artystów na szczególne wyróżnienie zasługuje Alessandro Cortini i jego doskonale poprowadzona progresywna elektronika, wisząca gdzieś pomiędzy krautowością syntezatorowych Tangerine Dream a ambientowymi momentami Popol Vuh z okolic "Kha-White Structures". Koncert kompletny, chciałby się rzec. Zupełnie inne wrażenie pozostawił po sobie ekscentryczny Hunter Hunt-Hendrix wraz ze swoją świtą. Realizator Liturgy kompletnie nie radził sobie z kontrolą natężenia dźwięku. Dawno nie słyszałem tak fatalnie nagłośnionego koncertu, który swoje jaśniejsze momenty zanotował dopiero w drugiej części, kiedy muzycy postanowili sięgnąć po nieco bardziej black metalowy repertuar z albumu Aesthethica. Ten gig potwierdził tylko, że granie The Ark Work bez glitchu jest bezcelowe. Wielka szkoda. Warto jeszcze wspomnieć o piosenkowym występie HEALTH. Przestrojony z syntezatorów na noiserockowe gitary kwartet bazował na nieco inaczej zaaranżowanych synth-punkowych utworach z najnowszej płyty Death Magic, w których pierwsze skrzypce grała sekcja rytmiczna. Wszystko suplementowane delikatnym wokalem à la Brian Molko z Placebo. Propozycja w sam raz dla romantycznych melomanów sprowokowała zgromadzonych tuż pod sceną fanów do miarowych skoków i ekspresyjnych gestykulacji.

Witold Tyczka    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie