SPECJALNE - Relacja

Relacja: Tauron Nowa Muzyka 2018

6 lipca 2018

Szybki, telegraficzno-subiektywny skrót dla tych, którym się nie chce czytać całości:

NAJLEPSZY KONCERT, NA JAKIM BYŁAM: Gas / Jlin / Holden & The Animal Spirits
NAJGORSZY KONCERT, NA JAKIM BYŁAM: Señor Coconut
NAJLEPSZY KONCERT, NA JAKIM MNIE NIE BYŁO: Ben Frost & MFO
NAJGORSZY KONCERT, NA JAKIM MNIE NIE BYŁO: Rasmentalism
NAJWIĘKSZE POZYTYWNE ZASKOCZENIE FESTIWALU: Essaie Pas / Jordan Rakei
MAŁE FESTIWALOWE ROZCZAROWANIE: Nightmares On Wax
LICZBA KROKÓW Z DWÓCH KONCERTOWYCH DNI: 17 940 + 22 831
NAMACALNE PLUSY POSIADANIA AKREDYTACJI: wejście na festiwal poza kolejką (ale nie było kolejki)
NAJLEPSZE PIWO NA FESTIWALU: Perła z sokiem
NAJGORSZE PIWO NA FESTIWALU: Perła bez soku
ŚREDNI CZAS STANIA W KOLEJCE PO PIWO: 1,5 min
ŚREDNI CZAS STANIA W KOLEJCE DO ŁAZIENKI: 0,5 min


Katowice są ładne. Był to mój pierwszy tauronowy festiwal - szczerze mówiąc, nie mam pojęcia co robiłam wcześniej w życiu. Moja pierwsza, ogólnie trzynasta Nowa Muzyka; byłam tym tak podekscytowana, że aż zapomniałam na bieżąco pisać pamiętnika. Ale myślę sobie tak po czasie, że to dobrze - ze względu na moje naturalne skłonności to nadmiernej egzaltacji w opowiadaniu rzeczy; a tu już mogę tak z dystansem, z trzeźwym spojrzeniem, wiecie jak jest.

Katowice są piękne. Stałam na dworcu minut zaledwie jedenaście, zostałam poproszona o papierosa trzy razy. Dwa razy dałam, bo jestem raczej słaba i przeważnie nieśmieszna, z żadnych innych przyczyn tego nie zrobiłam, musicie mi wierzyć. Przyjechałam trochę wcześniej, żeby wypić absurdalnie kwaśne piwo w katowickiej Absurdalnej ze śląską reprezentacją Porcys tj. z red. Wycisło i red. Bugdolem, porozmawiać chwilę o oddychaniu przeponą, wystawić ocenę życiu korzystając ze skali Porcys oraz pobawić się chwilę we wzajemne adoracje swoich tekstów – dokładnie tak jak sobie nas wyobrażacie. Napisy na murach pt. "ZJEDZ MUCHOMORA", reklama biura tłumaczeń (życia) - wszystkie języki, tel. 509 021 081 – i na chodniku ozdobna gra w klasy nie Cortázara, a mieszkańców Katowic – o zasadach do skoków jasnych – 1920 / R / HW(złamane serce)DP / JP / 100% piękny uśmiech – potwierdzają moją śmiałą tezę drugoakapitową – Katowice są piękne.

Zanim zacznę pisać o tym, o czym w domyśle pisać powinnam, kilka prozaicznych zachwytów nad organizacją festiwalu (skończę szybko bądź za późno, nie odchodźcie). Nie mam pojęcia, ile przewinęło się ludzi przez Strefę Kultury, na oko też wam nie powiem, bo choć oczy mam duże, to nie widzę zbyt wiele. Ludzi przewinęło się w sumie chmary chmur – nie wataha i nie horda, no ale całe wielkie mnóstwo. A klimat przy ogromie frekwencyjnym i rozległości powierzchniowej był zaskakująco kameralny. Wszyscy śliczni, ślicznie uśmiechnięci albo tacy schowani za ciemnymi okularami, to wtedy nie wiem czy śliczni, ale podejrzewam, że też nie najgorzej się bawiący. Jedną tylko dziewczynkę z obsługi zapytałam przed pierwszym koncertem, przed Jordanem Rakei: (ja) "cześć, czy mogę sobie wejść tam z piwem?", (ona) "cześć, w sumie to nie wiem", (ja) "aha, no to dzięki", no ale nie mogłam. Poza tym wszystko czyste, pełne mydła toitoie i łazienki, ideologiczne zwycięstwo w postaci braku jednorazowych plastików, wieszaki, leżaki, leżaczki, piwo poza salami koncertowymi mające 5,5%, w środku 3,5%, sok do piwa dla mięczaków za darmo, jedzenie nie za darmo, ale satysfakcjonujące nawet największych gastronomicznych świrów, tj. satysfakcjonujące m.in. mnie. No i apka dla nieszczęśliwych posiadaczy smartfonów wszelakich, ze zgrabnie rozrysowanym line-upem, z przypomnieniami dla zapominających i z informacjami dotyczącymi scen dla gubiących się w życiu. Line-up ułożony bardzo zgrabnie, nie miałam rozdarć serca właściwie żadnych, oprócz jednego, prawie nieironicznego, o 0:00 w sobotę (niedzielę), ale ostatecznie wybrałam serce, duszę, rozum – jak przykazał red. Wycisło.

Gratuluję wytrwałości w lekturze, zapraszam do mojej głowy na koncerty i na trzy gościnne występy:

Jordan Rakei:
Nieelektroniczny opener na Tauronie, pojawiłam się tam bardziej z ciekawości niż z miłości, bardziej dla rozruchu, ale nie chodziło o na scenie muzyczny seks, to zupełnie nie ten case. Koncert na największej scenie, ludzi skromnie, lecz przyzwoicie, a sam koncert zasłużył na to, by się znaleźć w jednej drugiej moich największych, miłych zaskoczeń. Wokalnie najlepszy występ festiwalu, może trochę przeginam, ale raczej nie. Nie zdążyłam przed tym koncertem wypić nawet łyka alkoholowego, a w powietrzu rozlewało się jeszcze ciepło dziewiętnastej południowo-wieczornej godziny, a ja wyspana, jeszcze zupełnie nieśpiąca. Udzielający się niesamowicie pluszowy feeling Jordana, jego akustyczna gitara, czystość głosu i dośpiewy basisty poskładały naprawdę warte postania sześćdziesiąt minut, a żeby znaleźć "Nerve" i "Talk To Me" przesłuchałam na drugi dzień rano do kawy śniadaniowej całą dyskografię. Pierwszą za "How can I find a reason to love you, when I don't love myself" włożone prosto w serce – zawsze mnie jakoś przemocowo traktują takie wersy, drugą za najprostszy chwyt koncertowy świata, za zaśpiewanie acapella ostatnich, powtarzanych wcześniej linijek, wiecie, o czym mówię. Powiedziałam człowiekowi znającemu się na muzyce lepiej ode mnie o swoim skojarzeniu z Frankiem Oceanem, zostałam lekko obśmiana, a potem lekko za to przeproszona ("Lost"!!!), piękny koncert. (7.0)

Bitamina:
Fajny koncert, sympatyczny, bystry. Idealna okazja, by przypomnieć sobie docenianą w niektórych miejscach (na szczęście nie na Porcys) płytkę. I owszem, były kuszące ruchy bioder, były wersy pokroju "Ja nie jestem mądry, ale swoje wiem / Że dziesięć to ten i że tlen jest istotnym wynalazkiem", był dobry kontakt z publiką, do sprawności muzyków też nie mogę się przyczepić. Niestety była też przaśność, było jakieś okropne reggae, był jakiś nieśmieszny stand-up, który udowadniał, że może być gorzej, że dotychczas wcale nie było tak źle. W najlepszych momentach tego występu nie musiałem kręcić głową z niedowierzania; w trakcie tych gorszych, a tych było zdecydowanie więcej, cóż, pytałem red. Kiszkę, czy się nie przesłyszałem. W gruncie rzeczy to ciekawe doświadczenie: konfrontacja na żywo z płytą, o której ma się raczej bardzo niepochlebne zdanie. Ale hej, zrobiłem to dla Was, już nie musicie zamęczać się koncertami Bitaminy, drodzy czytelnicy. Doceńcie poświęcenie. (2.3) – Paweł Wycisło

kp

Fever Ray:
Postawiłam po tym koncercie bardzo odważną tezę dotyczącą mojego życia. Czasem pytam moich znajomych np. jaka jest według nich najlepsza płyta do jedzenia jajka na miękko albo czy znają jakieś piosenki, w których ktoś mruczy; czy jest lepszy sposób na poznawanie swoich bliskich ludzi? No na pewno jest, ale ja w sumie całkiem lubię ten. Po koncercie Fever Ray odpowiedziałam sama sobie na pytanie, które brzmiało: "jakbyś musiała wybrać jeden gatunek muzyczny i słuchać tylko jego i żadnego innego do końca życia, to co by to było?". Pomyślałam sobie, że nie byłoby to nic innego, jak właśnie synthpop, dokładnie taki, jakim zostałam chwilę temu przez Karin poczęstowana. Już mi przeszło, teraz z powrotem znowu nie wiem, ale to widowisko zrobiło ze mną prawie wszystko – do nowej płyty potańczyłam, posnułam się sennie na "Keep The Streets Empty For Me", pozachwycałam się majtami całymi z cekinów, nadmuchanym, muskularnym strojem z przerośniętymi udami, przerysowaną mimiką Karin ubraną w koszulkę "swedish girls", feministyczną zadziornością wszystkich kobiet z zespołu, a w szczególności Divy Cruz – energetyczną, egzotyczną i wspaniałą perkusistką, od której nie mogłam oderwać oka i ucha. Zeszłoroczne LP brzmi o niebo lepiej na żywo, jak na własne oczy widzisz ten femistyczno-queerowy manifest, stoisz i patrzysz – rusza cię mocno albo nie rusza wcale. Mnie ruszyło. (8.1)

Errorsmith:
Red. Skowyra nie pomylił się ani odrobinę w swoich guide'owych podejrzeniach, bo Erik Wiegand owszem, zrobił bardzo ładny rozpierdol. Od nudnawej zeszłorocznej płyty do palącego się parkietu przy redbullowej scenie – jak widać, dróżka nie jest zupełnie niemożliwa – i nie trzeba się na niczym zupełnie znać, niekoniecznie nawet trzeba coś brać, żeby się tam znaleźć i z przyjemnością trudną do opisania tupać do agresywnego, dekonstrukcyjnego techno, i ledwo zdawać sobie sprawę z własnego istnienia przez około godzinę. Ciężka, przytłaczająca, niepozwalająca nikomu wystygnąć, święcąca na czerwono i otagowana jako "bleep techno" zabawa, po której przypominasz sobie ile mięśni znajduje się w twoim udzie i zrobisz z siebie ofiarę, w ofierze składając swoje stopy i łydki Erikowi. (7.3)

Mura Masa:
Dzięki Alexowi Crossanowi mam najszczęśliwsze zdjęcie na świecie, dzięki występującej z nim Fliss mam motoryczne kompleksy. Czarnoskóra piękność ukradła, jak dla mnie, młodemu producentowi całe show; "jak na nią patrzę, to nasze wygibasy przestają mieć jakikolwiek sens" – zostało mi powiedziane do ucha gdzieś na wysokości drugiej piosenki i to nie była nieprawda, tylko półprawda, bo przy niej każdy najzwyczajniej na świecie bladł, ale niemożliwym było ustanie w miejscu na tym koncercie, tańczyłam w sumie najwięcej i najradośniej. Czysty, taneczny, wakacyjny vibe, niekończące się słońce w głowie, obserwowanie jak Fliss się na scenie dwoi i troi, no i tegoroczne "Move Me" targnęło mną tak intensywnie, że przez chwilę pomyślałam, że to będzie mój ulubiony koncert wieczoru. (7.5)

Otsochodzi (jednym uchem, z daleka):
XD

Nosowska:
Bywam niefajnym festiwalowym towarzyszem, bo zdarza się, że ciągnę moich ludzi w miejsca, w których nie bardzo mają ochotę być. Być może, ale chciałam zobaczyć Kasię znowu na żywo, bo była kiedyś dla mnie całkiem ważna. Z burzą sztucznych loków, słodka jak zawsze, mówi, że sorry za słabą konferansjerkę, że nie jest przyzwyczajona do tak ambitnej publiczności (xd!) jaka jest tu, na Nowej Muzyce, ale dzięki, że jesteście, zrobię co w mojej mocy, if you know, you know. Wyszłam po dwóch pierwszych piosenkach, ale nie dlatego, że była tragedia i nie dlatego, że powinnam bojkotować Nosowską za to, że shaminguje ludzi po operacjach plastycznych, ale po prostu wolę ją jakoś analogowo albo już jakoś w ogóle, ale raczej na pewno nieelektronicznie (nie chcę być niesprawiedliwa, więc bez).

Varg:

kp

ehhhhh, a chciałam.

James Holden & The Animal Spirits:
Lubię ostatni album Holdena Animal Spirits, ale chyba nie byłem przygotowany na ten ekstatyczny zjazd. Gdy na albumie James niekiedy zapędzał się w niezbyt przekonujące rejony, gubiąc przy tym uwagę słuchacza, na żywo wszystko nabrało charakteru, transowe dźwięki wprowadzały w rozkoszną hipnozę. Stylowe progressive electronic z żywą perkusją i dęciakami, a wszystko uzupełniała tancerka o aparycji Tildy Swinton, której pląsanie na scenie przeradzało się w krwawe plamy Rorschacha na ekranie. Nie mogłem oderwać oczu, nie potrafiłem oderwać uszu. Katowice w ciągu tej godziny z hakiem stały się może nie piękniejsze, ale na pewno ciekawsze, intrygująco nieziemskie dzięki tej niemal mistycznej dźwiękowej peregrynacji (7.9) –Paweł Wycisło

Señor Coconut:
Pierwszy koncert drugiego dnia, zupełnie z przypadku, weszłam, nie wiedząc na co, ale przed wejściem na salę usłyszałam zdanie: "jest już dwudziesta pierwsza, czy wam się kurwa przypadkiem może nie spieszy?", to sobie pomyślałam "wow, dobra to idę" i do teraz w sumie nie za bardzo wiem, czym był ten koncert. Weselno-wodzirejska zbieraninka coverów wykonana przez grupkę starszych panów w garniturach, taki trochę szwindel albo jakieś ironicznie przemyślane przedsięwzięcie pod dyktandem przewodnika całego zamieszania (Uwe Schmidta), który stał za laptopem i… no po prostu stał i coś tam klikał z miną sugerującą tłumienie rozbawienia na czyimś pogrzebie. Groteskowe przedstawienie, choć przez chwilę nawet pomyślałam, że chciałabym taki zespół na weselu, ale potem już nie chciałam. Siedmiominutowa wersja "Sweet Dreams", wiecie, żeby rozruszać hehe publiczność, później cover "Around The World" Daft Punk, cover Kraftwerk "We Are The Robots", cover "Kiss" Prince’a i ja to wszystko naprawdę heroicznie znosiłam, ale jak zaczęli krzywdzić Sade, to już nie dałam rady… (4.1)

Bokka:
Zahaczyłam o trzy ostatnie piosenki uciekając z Señor Coconut i podałam razem z moimi ludźmi w wątpliwość nasz muzyczny snobizm, przebijając się przez wyścig oklasków i superlatyw na zakończenie koncertu Bokki, mówiąc: "no takie w porządku", a później powiedziałam coś o polskim patriotyzmie, ale już nie pamiętam. (6.2)

Essaie Pas:
Ok, o Essaie Pas nie miałam pojęcia, że istnieją, dopóki nie znalazłam się pod sceną, a był to jeden z sympatyczniejszych, minimalnie-tanecznych techno setów, na jakich miałam przyjemność być przez ostatni chyba rok. Ślicznym francuskim, śliczna dziewczyna i śliczny chłopak wprowadzali tańczących w trans, a ludzie wokół mnie mrugali, jakby odbywały się w nich wysokonapięciowe awarie prądu. Może w tramwaju ich sobie nie włączę, ale na żywo ogień, jakby pojawili się jeszcze kiedyś gdzieś niedaleko mnie, najlepiej w jakimś ciasnym klubie – to pobiegnę i nawet bezboleśnie wydam na nich jakieś fajne pieniądze. (7.8)

Nightmares On Wax:
Nudnawe smuty i smęty rozsadzone na kolorowych fotelach. I żeby nie było, ja rozumiem, że to downtempo i ogólnie chillowa sprawa, ja rozumiem wiele rzeczy, ale tego akurat nie. No, jak dla mnie, koncertowo – raczej nie. (5.3)

kp

Wolfgang Voigt pres. GAS:
Zatrzymajmy się tu na chwilę. Był to koncert najbardziej wart każdej jego minuty, najbardziej wart zatrzymania siebie/czasu/gwiazd/wszystkiego, a nawet wart jakiegoś jeszcze post-zatrzymania nad nim, teraz, tu, w tym tekście, to moje osobiste top 1, muszę aż sobie odetchnąć. Jak jakaś wariatka stałam sobie zastygnięta przy barierce, gdy osiemdziesiąt procent sali już leżało na ziemi, jak to zwykle bywa na setach ambientowych. Wolfgang chyba jako jedyny artysta na festiwalu się spóźnił, ale jemu wolno. Wolno rozlewał swój set w mojej głowie, w prawie pełnej ciemności, a ja czułam spadanie w przepaść. Poza czasem. Żałosnym jest to, w jaki sposób będę starała się wam te uczucia przybliżyć, będzie to brzmieć wszystko w opór patetycznie, ale o Gasie ja umiem tylko słowami wielkimi. Gdy już wszedł, cały na czarno, myślę sobie "nareszcie chrystepanie", ale chwilę później jedyne co miałam przez kolejną (krótką) chwilę w głowie to "weź się kurwa przymknij na jedną sekundę dobra", bo niektórzy ludzie najwyraźniej nie za bardzo są w stanie pojąć idei albo – mniej górnolotnie – po prostu stylistyki setów ambientowych. I smarka ci jakiś kretyn nad uchem, i świeci ci ktoś latarką w telefonie dokładnie w momencie, w którym ty już prawie rozumiesz, co właściwie robisz na tym świecie. Godzinny trans, bez przerwy na oddech, oklaski czy oprzytomnienie – ja w sumie nie do końca wiem co się działo, trochę mnie ten ogrom przygniótł. Wiem tylko, że jak usłyszałam "Narkopop 10" to poczułam się bezużyteczna w perspektywie fundamentalnej zasady dawania i brania, która jest utożsamiana z życiem, bo oto dostałam jeden z piękniejszych prezentów w życiu, a nie mogłam się nawet ruszyć z miejsca. (9.5)

Syny:
Nie byłem. Był dym. –Paweł Wycisło

Jlin:
Wzbogacającym i naprawdę pięknym doświadczeniem było oglądanie tańczących ludzi wokół siebie pod dyktando Jlin. Każdy inaczej, każdy do innego rytmu, jeszcze gorzej niż na jakimś śmiesznym silent disco. Żułam orbitę, patrzyłam spokojnie, a różowe gumowe balony pękały pod wpływem dzikich wibracji. Przed tym koncertem nie uświadamiałam sobie, jak wiele chciałabym oddać za usłyszenie wwiercającego się w mózg "Black Origami", ale teraz już wiem. I wbiegłam spóźniona, przez spóźnienie Gasa, ale początek nie był mi potrzebny do tego, żeby na koniec stwierdzić, że to drugi najlepszy koncert tego wyjazdu. Ciężkie i zaburzające naturalną fizjologię i higieniczny stan umysłu, czyste szaleństwo. (8.5)

kp

Arca:
Po dziesięciu minutach koncertu Alejandro pomyślałam sobie, że jeżeli ktokolwiek przeczytał mój blurb w tauronowym guide na temat oczekiwań koncertowych – coś o byciu nadwrażliwcem i ronieniu łezki – a teraz ten ktoś stoi gdzieś pod tą samą sceną, co ja, to ma pewnie ze mnie niezłą bekę, a ja zrobiłam z siebie idiotkę. Po piętnastu minutach dostałam smsa od mojego wspaniałego festiwalowego człowieka o treści "ożkurwa", a po siedemnastu: "jednak nie spodziewałem się ze będzie aż tyle kobiety i aż tyle wixapolu". Zero wzruszeń, milion ciarek, morze kiczu, rozlewająca się pewność siebie Alejandro, jego umięśnione pośladki i nogi na nieludzko, jak dla mnie, wysokich szpilkach. Kilka snapów ode mnie: Alejandro przestaje śpiewać rozdzierająco coś do matki czy też Maryi, macha łapką i mówi do dźwiękowca, że less effect, później do oświetleniowca, żeby się trochę pobawił, pół-erotyczny taniec na stole, dostałam szampanem po twarzy, nie złapałam róży, było cudownie, sama wysłałam jednego smsa "ale mam ciarki lol", bo naprawdę miałam, nie zmyślam. I z jednej strony było mi nawet lekko smutno, bo kocham bardzo emocjonalną Arcę, a w zamian dostałam zsamplowane bengery Lany del Ray, Rihanny, Fatboy Slima i wielu innych, ale z drugiej strony nie umiem sobie wyobrazić lepszej imprezy w wykonaniu tak emocjonalnego człowieka jak on. (8.3)


Katowice są przepiękne. Do zobaczenia niebawem.

Adela Kiszka    
BIEŻĄCE
RobynHoney
Steve HauschildtDissolvi