SPECJALNE - Relacja

Relacja: POP Montréal

8 października 2012



POP Montréal
19-23 września, 2012, Montréal


19-23 września, schyłkowe lato na półkuli północnej, nasz wysłannik leci za ocean, aby zobaczyć , co jest grane podczas tegorocznego POP Montréal. Organizatorzy przyjmują go z otwartymi ramionami, bo nie jest to bynajmniej pierwszy raz, kiedy Polska obija się im o uszy. Okazuje się, że POP Montréal współpracuje z krakowskim Green ZOO festival! Oferta ichniego festiwalu prezentuje się cokolwiek imponująco. Zasięg oddziaływania obejmuje nie tylko muzykę, lecz także sztukę wizualną, film, sympozja i kącik dla dzieci.

19.09.2012 - Gang Gang Dance + Title TK + Technical Kidman + Maxime Robin @ Salle Little Burgundy

Autor: Richmond Lam

Równie ważna, jak sam koncert, jest tutaj chyba cała otoczka miejsc, wydarzeń i postaci. Wedle znalezionej przeze mnie informacji granie ma się rozpocząć o 11:30 (tak, trochę zajmuje mi przeanalizowanie, które to było p.m., a które a.m.). Przychodzę na lekkim nerwie o 00:10, bo przecież musiałam pomylić strony świata i iść w kierunku dokładnie przeciwnym, niż powinnam. Okazuje się, że koncert odbywa się w podziemiach kościoła – pierwszy symptom absurdu jest tylko zapowiedzią kolejnych. W samym sercu podejrzanej, wielkiej przestrzeni znajduje się drewniany domek z zamkniętymi okienkami i napisem "konfesjonał", do którego co rusz wchodzą pojedyncze osoby i znikają (postanawiam nie wnikać). Dość niepokojąca jest też ogólna pustka, a nawet kilkudziesięcioosobowa publika wcale nie wygląda, jakby koncert zaraz miał się zacząć albo właśnie się skończył. Prawda jest przygniatająca – Gang Gang Dance zacznie grać o 2:00. Oczywiście zespoły poprzedzające dopełniają iście kafkowskiej atmosfery, choćby wychodząc na scenę z gitarami i przez pół godziny opowiadając jakieś farmazony, nie zagrawszy ani jednego dźwięku.

Wreszcie wychodzi Gang Gang Dance. Do tego czasu zbiera się całkiem przyzwoity tłum ludzi mądrzejszych ode mnie, którzy w międzyczasie smacznie sobie pospali. Wrażenie robi sama prezencja zespołu: kolesie są charyzmatycznie kamienni, z wielkimi brodziskami są jak starogreccy bogowie swoich instrumentów. Cudownym dopełnieniem jest ona – Lizzi Bougatsos, uosobienie dzikiej kobiecości i jeden z najbardziej charakterystycznych wokali świata.

Prawdziwym bohaterem drugiego planu jest jednak kto inny. Razem z Lizzi na scenę wchodzi ktoś chowający się za bukietem polnych kwiatów. Co chwila delikatnie rozsuwa roślinki, pokazując skrawek swojego oblicza, aby za sekundę schować się z powrotem. Po kilku piosenkach odsłania swoje egzotyczne oblicze z jakimś ciuchem przywiązanym do zmierzwionych włosów na czubku głowy. Koleś co chwila pojawia się i znika, kreując poczucie, że nie wiadomo, o co chodzi. Sporo czasu zajęło mi dowiedzenie się, że to Taka Imamura, który głównie czołga się za zespołem, wymachując flagą zrobioną z kija od miotły i siatki na zakupy, i łamanym angielskim określa siebie jako duchowego przewodnika Gang Gang Dance.

Koncert tak spójny jak Eye Contact, brzmienie równie wyśmienite. Najbardziej w pamięć zapada rytmiczna siła bębnów i jakaś plemienność, obrzędowość, powrót do korzeni. Mam wrażenie, że ich muzyka uruchamia najbardziej prymitywne instynkty, wprowadzając w dziki, nocny szał. Jest taki moment, końcówka wolno nawarstwiającego się "Glass Jar", kiedy puszczają wszelkie hamulce. To aż niepokojące, pora kłaść się spać.

23.09.2012 – Grizzly Bear + Unknown Mortal Orchestra @ l'Olympia

Autor: LP Maurice

Weekend pełen wrażeń, ból głowy od nadmiaru myśli i ból szyi od nadmiaru ruchu. Do tego ziemia kręci się wokół słońca, jest równonoc, idzie jesień. Jak to wszystko ogarnąć? Jak zafundować sobie płynne przejście z niedzieli na poniedziałek? Znając już na wylot kojące właściwości dźwięków Grizzly Bear, wybieram się na koncert do teatru L'Olympia. Granicznym poziomem upchnięcia ludzi jest około 2,5 tysiąca, a zatem wnętrze już imponujące, ale jeszcze nie przytłaczające. Harmonia przestrzeni idealnie spójna z harmonią spodziewanych dźwięków.

Wyczekiwanego wyciszenia początkowo brak. Unknown Mortal Orchestra jest kompletnym zaprzeczeniem zastoju i bezwietrznej pogody. Garażowe, chropowate brzmienie drażni i absorbuje, a natężenie basu odbiera charakter numerom tak chwytliwym jak "Ffuny Ffrends" czy "How Can You Love Me". Nie rozczarowuje jednak najmocniejszy zawodnik - "Jello And Juggernauts", funk i psychodelia pełną parą. Nowe nagrania jakoś nie skłaniają do dokonania zakupu, nawet po koncertowej akcji promującej.

Dzieła Grizzly Bear nie sposób opisać na jednej płaszczyźnie. To, co się tam wydarzyło, wymyka się chronologii i kategoryzacji. Czułabym się nawet niesprawiedliwie, mówiąc o koncercie, to forma niewystarczająco pojemna. Nie sposób w niej pomieścić całości tego doświadczenia, zjawiska, spektaklu i spotkania.

Grupa zaczyna od wysokich obrotów i otwierają swoje dzieło niepokojąco stoickim "Speak In Rounds". Zaraz potem, we mgle pozaziemskiego "Adelma", tworzą coś onieśmielającego. Tuż za ich plecami rozgrywa się efemeryczny spektakl świateł. Migocące latarnie – meduzy wnoszą się ponad powierzchnię ziemi, zastygają w przestrzeni. Są tak subtelne, plastyczne i zaskakujące, że przestaję przejmować się swoją otwartą z zachwytu buzią. Pora na kolejne przebudzenie publiczności – "Sleepeing Ute", nigdy nie było tak przejmujące jak wśród dźwiękowych grzmotów i świetlnych błyskawic.

Bogactwo doznań zmysłowych obejmuje oczywiście także dźwięki. Urzeka wielość i różnorodność instrumentów. Najbardziej imponuje tutaj Chris Taylor, wyciągający zza pazuchy a to gitarę, a to klarnet, a to saksofon. Wrażenie przestrzenności kreowane przez jak zwykle krystalicznie czyste chórki przyprawia o dreszcze. Swoja drogą, Grizzly Bear to chyba niesamowite porozumienie indywidualności. Wszystko ogarnia Ed Droste, ale przecież nic nie zastąpi ładunku emocjonalnego głosu Daniela Rossena, a co dopiero równiutkiej perkusji Christophera Beara.

Wzajemnie przepadanie za sobą widoczne jest także na linii grupa-publiczność. "Two Weeks", "Ready, Able" i "While You Wait For The Others" uświadamiają siłę rażenia materiału z Veckatimest . Nawet jeśli Shields byłoby wystarczające, żeby zachwycić, to wcześniejszy materiał znany jest na pamięć. Nowe kawałki, jak "Sun In Your Eyes", traktuję jako obietnicę, ze Grizzly Bear nie spuści z tonu.

Do momentów wiekopomnych zaliczam przede wszystkim powrót do "Lullaby", słodkiej kołysanki, która niespodziewanie załamuje i stopniowo dochodzi do apogeum dramatyzmu, za który chyba najbardziej podziwiam Grizzly Bear. Płynące "My Love's Another Kind" wzrusza i przeraża jednocześnie, piękno, które rozrywa na kawałki.

Mogłabym tam zostać na zawsze, rozpływając się w tej estetycznej przyjemności słuchania i patrzenia. Każdy detal perfekcyjnie dopracowany, harmonia wyciśnięta z melodii do granic możliwości, dzieło zamknięte i spełnione.

–Monika Riegel, Październik 2012

BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019