SPECJALNE - Relacja

Relacja: OFF Festival 2018

12 sierpnia 2018

PIĄTEK

Pokusa
Główni pretendenci do przejęcia yassowej pałeczki. Czysta improwizacja, wzajemne zrozumienie. Muzycy grywają w różnych projektach, ale w tym składzie chyba im najlepiej.. –Adam Kiepuszewski

Meek Oh, Why?
Gdy parę miesięcy temu zapytano mnie, dlaczego nie przepadam za Mikołajem, miałem problem z odpowiedzią. Tym razem jednak język mnie nie zawiódł, ponieważ go sobie najzwyczajniej w świecie odgryzłem, próbując powstrzymać wulgaryzmy cisnące się na usta. Do rzeczy: ta muzyczna abominacja to najgorszy koszmar studenciarskiego rapu, w którym nawet czerpanie umiarkowanej przyjemności z podkładów jest niemożliwe, bo zmanierowany głos typa bezczelnie dokonuje przemocowego aktu kastracyjnego na słuchaczu. I pomijam już jakieś upośledzone pierdolenie o pierogach, bo są pewne granice. Ktoś powinien zapytać, czy jesteśmy cali, a wtedy nieugięty system metryczny wyznaczy dystans pomiędzy Meek, Oh Why?-em a słuchalnością. Cóż, jest w chuj spory. –Paweł Wycisło

Muchy
Trochę wiało, papierosy topniały w kieszeni chłopcom nocą, ale liczba ripitów Terroromansu i W Strefie Jarania jednak nie stępiła mojej wrażliwości. To był koncert widm przeszłości i miłych rozczarowań, gdy okazywało się, że wszystkie ładne słowa, które kiedyś powiedziałem, były jedynie cytatami z "Brudnego Śniegu", "21 Dni" czy "Zapachu Wrzątku" (ale nikt nie kazał mi przestać). Moja wypłowiała koszulka Much ("Ty u mnie, ja u ciebie") służy teraz przede wszystkim jako piżama ("I na zmianę"), niemniej czekam na jakieś cenne wrześniowe dni, na koncert w klubie, na kolejne nieporządki w spadaniu z dachu, w międzyczasie zaciskając w pięść brudne/zimne/dłonie, kocha-nie. Ma to do siebie ten stan, że brak umiarkowania w uczuciach trzymany jest na muszce, a każdy dwukropek i każda gwiazdka zawsze wysyłane są z perspektywy podłogi. I nie, nie, nie, nie, nie, nie przyzwyczajam się. –Paweł Wycisło

Shortparis
Wchodząc na teren festiwalu, być może ze trzy razy słyszałem kogoś wzdychającego nad brakiem Yellow Days w lineupie. Nawet szkoda tego młodego blondyna, nieźle szlochającego nad zreverbowaną gitarą, ale to co zamiast niego zaserwowała trupa z Sant Petersburga rozbiło bank, przeszło najśmielsze oczekiwania. Zespół stawia siebie w opozycji do obecnej sceny muzycznej, i nie bez powodu. Spastyczne, transowe bity i Curtisowanie wokalisty znakomicie uzupełniało się z ekstatycznym performancem. Takie Xiu Xiu, do którego nieco lepiej się tańczy. Coś trzeba rzucić uważniej okiem na tę rosyjską scenę alternatywną. –Adam Kiepuszewski

Housewives
Co roku na Offie jest zespół, po którego koncercie złamana zostaje dotychczasowa percepcja odbierania koncertów, czy muzyki w ogóle. W tym roku zaszczyt przypadł londyńczykom z Housewives. Tyle w temacie. Kto nie był, ten trąba. –Adam Kiepuszewski

Hańba
Uaa, they've done it again! Hańba ani trochę nie straciła na świeżości, uświadamiając przy okazji swoimi utworami, jak bardzo wydarzenia sprzed niemalże 90 lat idealnie oddają stan obecny. Dość przerażająca perspektywa, choć jak widzi się malutkie dzieciaki skaczące i tańczące do rewolucjonistycznych wypocin, to aż ciepło się robi na sercu. –Adam Kiepuszewski

Bishop Nehru
Na tyle żarło, że aż głupio było się położyć na kocyku, bo w namiocie czekał potrójny crowdsurfing. Swój materiał naprawdę zacny, hołd dla J Dilli też na propsie. –Adam Kiepuszewski

The Brian Jonestown Massacre
Jednym z większych rozczarowań soboty był dla mnie koncert The Brian Jonestown Massacre. Nie ukrywam, że po cichu liczyłem na stonowaną, hipnotyzująco-shoegazową psychodelię, ale jedyne co z tego koncertu zapamiętałem, to gościa, który przez ponad godzinę wybijał ten sam rytm na tamburynie (noo ok, parę razy przerzucił się na grzechotki). W dodatku, miałem wrażenie, że Newcombe w każdej chwili mógł zemdleć i osunąć się bezwładnie na ziemię. Na szczęście jego serce wytrzymało niespotykane tempo tego koncertu. Ja również jakoś przetrwałem i szybkim krokiem uciekłem na koncert Shimizu (co okazało się jeszcze większym rozczarowaniem, ale o tym kiedy indziej). –Jakub Bugdol

The Mystery Of The Bulgarian Voices
Dwie godziny wcześniej rozważałem sprawdzenie Kultu, ale jednak zdecydowałem się zostać w nieco dalszej odległości od sceny (choć gdy tylko "Arahja" wybrzmiała ze sceny głównej, połową ucha jakoś tam śledziłem koncert, choć bardziej zajmująca okazała się jednak rozmowa w około-porcysowym gronie). Co do EGZOTYCZNYCH gości w trójkowym namiecie: mi się podobało, bo nie tylko mam słabość do takich wokalnych zespołów (pomyślcie o Księżycu w znacznie bardziej rozszerzonym składzie i jeszcze bardziej skręcającym w rejony muzyki wokalnej), ale po prostu zaimponowała mi cała wykonawcza strona. No i szystkie te wartości dodane (ludowe stroje, fakt obcowania ze SZTUKĄ WYSOKĄ i po prostu widowisko) nie spowodowały, że potraktowałem ten koncert z początkowym handicapem. Mogę tylko napisać, że życzyłbym sobie więcej tego typu przedsięwzięć na OFFie – niech się publika edukuje, a co. –Tomasz Skowyra

Yasuaki Shimizu
Spodziewałem jakiegoś vaporwave'owego gigu, który pokazałby, jak to Japonia była i jest mocarna, a tymczasem pan Shimizu spokojnie i nieśpiesznie zapętlał sobie frazy na saksofonie, jakby właśnie stroił instrument (wyszło coś z pogranicza avant-jazzu i avant-ambientu). Kawa na ławę: wynudziłem się. Usprawiedliwienia szukam w tym, że była to muzyka dla koneserów, czerpiąca garściami z japońskiej tradycji, a my, Europejczycy, słabo kumamy, o co chodzi Azjatom. Ale z drugiej strony słyszałem też bardzo pozytywne opinie o koncercie, czyli jak zwykle PIĘKNIE SIĘ RÓŻNIMY. –Tomasz Skowyra

kp

M.I.A.
Podobno były problemy z nagłośnieniem i nie każdego przekonała sama M.I.A. (choćby dlatego, że ostentacyjnie, zgodnie z wcześniej zaplanowanym działaniem przerwała piosenkę, żeby powiedzieć, o tym, że nie przepada za Facebookiem i nawet będzie o tym film), ale ja się świetnie bawiłem. Obawiałem się, że to będzie jakiś show-manifest, a tymczasem wielka gwiazda (zresztą świadoma swojego popkulturowego statusu), jaką dziś jest Mathangi Arulpragasam, wraz z koleżankami momentami wykonywały the best of M.I.A. Poleciało "Boys", "Bad Girls", "Galang", "Pull Up The People", a nawet słyszałem gdzieś fragment "Sunshowers" (na koniec oczywiście "Paper Planes"). Okej, numer z samplem Suicide mnie nie powala, no i nie był to koncert z całym instrumentarium w pełni "live", ale z takim materiałem, który wręcz predystunuje do przedstawienia go w roli mixtape'owej zwyczajnie nie można było wybrać innej formy. No i na plus momenty, gdy woda wylała się na stoliku, a ochroniarz (czy ktoś z koncertowej obsługi, nie wiem) leciał NA ŁEB NA SZYJĘ, żeby uratować laptopa divy. Zapamiętam to. –Tomasz Skowyra

Fontaines D.C.
Rozczarowania: czysty trolling Franco Falsiniego. Zaskoczenia: 173 centymetry Charlotte Gainsbourg oraz koncert Fontaines D.C. Pierwsza z niespodzianek nie wymaga dodatkowego komentarza – ot zdziwienie takie, jak na kogoś patrzysz przez lwią część czasu w 2,39:1, a potem konfrontujesz wyobrażenie ze stanem faktycznym. Natomiast jeżeli chodzi o chłopaków z irlandzkiego Dublina, przydałoby się pokusić o kilka zdań komentarza. Po pierwsze, nie było łatwo – grali w trakcie głośnego przedstawienia Mayi, na swoim koncie mieli dotychczas policzalną liczbę singli, a pełnoprawnego LP próżno było szukać na jakichkolwiek platformach streamingowych. Do tego niezbyt ortodoksyjny wachlarz inspiracji: ołtarzyk z obrazkiem Shane'a MacGowana, dużo miłości do celtyckiego punku The Pogues, niezrozumiani w naszym kraju The Dubliners i promyk nadziei w morzu mocno lokalnych zajawek – sympatia względem ostatnich dokonań Girl Band. Brzmiało niebezpiecznie, jako że irlandzki mikroklimat kulturowy cechuje się sporą hermetycznością, którą ciężko skumać nawet innym wyspiarzom zjednoczonym przecież pod wspólną koroną. Mieliśmy więc do czynienia z klasycznym przypadkiem The Game'a i 50 Centa – hate it or love it. Pewnie nawet Paul z Oberhausen nie obstawiłby, że Fontaines D.C. kompletnie zjedzą dzień pierwszy. Było wszystko to, czego zabrakło innym, rokrocznie prezentowanym offowej publiczności, młodym i anglojęzycznym punkowym zespołom. Luźna, by nie powiedzieć slackerska anthemiczność, nieskomplikowane riffy, generyczna perka, Johnny Marr z second handu, rock and roll Lee Maversa oraz frontman, który nie stara się za wszelką cenę skraść całego show (kazus choćby IDLES), wychodząc przy tym – niestety – na ultra-buca (kazus choćby IDLES[2]). Kilka odjazdów w stronę "krautowego transu" w skórzanej kurtce, ale zawsze z melodią wypisaną na czole. Czyli, reasumując, i "mądrze", i "głupio". Dlatego szczerze wierzę, że to właśnie Fontaines D.C. w niedalekiej przyszłości przepołowią punkowego Uroborsa, który wiecznie konstruuje siebie z samego siebie sprzed dekad. A w oczekiwaniu na debiut rzucę swoim TOP3 ze sceny Trójki: rytmiczny monoideizm "Hurricane Laughter", sposób nawinięcia "Boys in the Better Land", uśmiechnięte "Liberty Belle" na pożegnanie. –Witold Tyczka

Jon Hopkins
O Hopkinsie jakoś wszyscy bardzo lubią marudzić, że to nudziarz; no i ok, w tramwaju na słuchawkach, na nowej i każdej płycie może i trochę nudziarz, ale w Katowicach – o godzinie, o której żyją w normalnym czasie/świecie (spoza Offa/z offu) już tylko raczej narkomani, maniacy cierpiący na chroniczną bezsenność albo ci mężczyźni kochający za bardzo – Jon Hopkins zagrał przyzwoitego, łamane przez "dla mnie bardzo fajnie", kosmologicznie house'owego seta, który być może sam z siebie nie wystrzelał nikogo poza atmosferę, ale jeżeli lubi się lekko transujące IDM, to powinno się zapomnieć na tę chwilę słowa na literę n. Kaptur na głowę, okulary przeciwsłoneczne (bo niebieski trochę razi) i tańcząc zapominasz, z jakiego powodu nie chce ci się tłumaczyć, dlaczego nie jesteś w tym momencie na Egyptian Lover, albo – dlaczego cię w ogóle nie ma. –Adela Kiszka

Egyptian Lover
Kuba porównywał Grega do gangstera z GTA i ja mogę tylko się zgodzić. Funkowy oldschool dosłownie LAŁ się strumieniami, a publiczność zgromadzona już o dość późnej porze świetnie to odebrała. Konferansjerka też na plus, więc złego słowa nie mogę powiedzieć (nawet jeśli czasem chwilę czekałem, aż akcja się rozkręci, ale to są błahostki). –Tomasz Skowyra


SOBOTA

Lonker See
Drugi, równie upalny dzień, rozpoczęliśmy zaskakująco dobrym koncertem Lonker See. Trójmiejski kwartet zaprezentował naprawdę niezłą mieszankę nieco (nomen omen) spalonego, acz bardziej – opiatowego stoner/post-rocka spod znaku The Moles i Spaceman 3 z free jazzowym saksofonem. Takie granie idealnie wpasowało się w bezlitosność przygrzewającego coraz niżej słońca – pogoda sprawiała, że całkiem przyjemnie było roztapiać się w psychodelizującej fatamorganie. Być może stąd mój podziw, ale i tak występ Lonker See, okazał się być – zwłaszcza wykonawczo – jednym z lepszych koncertów OFFa. –Jakub Bugdol

Sorja Morja
Trochę nieoczekiwanie znalazłem się najpierw na koncercie Min t, ale jak się okazało, nie straciłem czasu. Usłyszałem sprawny i bardzo do rzeczy synth-pop, sporo tanecznego popu i nawet jakieś brejki. A to wszystko przy ciężkim do zniesienia upale, na który nie pomogła buteleczka wody. Niemniej było bardzo miło, a po wyjeździe z Katowic obiecałem sobie powrót do Assemblage. Ale do sedna: kiedy przyszedłem do namiotu Trójki, Szymon jeszcze dogrywał wizualizacje i było pusto. Ale już za moment kwartet (bo do koncertowego tria dołączyła Magda Gajdzica z Enchanted Hunters, zespołu, który ukończył prace nad nowym albumem, o czym pod koniec setu poinformowała Ewa, czekamy!) zaatakował swoim regularnym setem. A więc poleciały chyba wszystkie numery z debiutu, które skład lekko zmieniał w stosunku do studyjnego oryginału (sporo syntezatorów od dziewczyn i flet). Zwłaszcza rozbudowana "Śmierć" pokazywała, co z formą podczas występów live potrafi robić Sorja. Hajlajtem był oczywiście cover "ChceUmrzećHipisem" Zdechłego Osy (fka Młody Osa) i nowy kawałek na cześć tchórzów z trochę dreamowym refrenem (tak przynajmniej go zapamiętałem). –Tomasz Skowyra

Legendarny Afrojax
Już samo intro z Afrojaxem przebranym w strój orangutana (dla mnie osobiście na luzie najśmieszniejszy moment OFFa) pokazało mi, dlaczego słuchałem Hańbę zdegustowany (bardzo nie jestem fanem tej podwórkowej kapelki). A potem już nastąpił właściwy set z hitami w rodzaju "Wojciech Modesta Amaro" czy "Dzieci Płakały". Wizualizacje nie odebrały mi smaku życia, Afro z zespołem bardzo w formie, a "Bóg Się Rodzi" na koniec okazał się znakomitą pointą. Czekam na relację tego wykonu na Fronda.pl. –Tomasz Skowyra

King Ayisoba
Jednym z powodów, dla którego OFF Festival zawsze będzie dla mnie wyjątkowy, jest pełne zrozumienie ze strony publiczności i empatia dla artysty. Muzyk zastępujący Ayisobę wchodząc na scenę, zdawał się być lekko zdezorientowany, nawet zniesmaczony. Po chwili okazało się, że żaden z członków zespołu nie dostał wizy, przez co artysta zmuszony został pojawić się na scenie samemu, ze swoją fascynującą DIY, dwustrunową gitarą. Zebrany na scenie eksperymentalnej tłum natychmiastowo zareagował, i ku próbie pokrzepienia artysty po każdym utworze zaczynała się taka wrzawa, że frontman nie mógł się pozbierać do zapowiedzenia następnego utworu. Dla tych, którzy nie mieli szansy ani okazji uczestniczyć w koncercie, mam dobrą wiadomość: King Ayisoba zagra we wrześniu w Warszawie w ramach festiwalu Skrzyżowania Kultur. –Adam Kiepuszewski

Rolling Blackouts Coastal Fever
Całkiem spoko, trochę hop do przodu, przyjemniackie indie-granie w pełnym słoneczku. Jednostajny rytm sprzyjał siorbaniu piwa i zagryzaniu gruzińskiego placka. –Adam Kiepuszewski

Moses Sumney
Do teraz zastanawiam się, na ile postać Mosesa to overhype w moim odczuciu, a na ile nieumiejętność docenienia go odpowiednio przez resztę porcyświata. Ten koncert to moment nieudawanie magiczny. Po półtoradniowym upale, który ludzi śpiących w namiotach niemal zabijał, a ludzi nieśpiących w namiotach niemal zabijał również – za dwadzieścia dwudziesta – deszcz, który lubię gdy pada, bo nie widać moich łez (wiecie jak jest), gdy stoję przy barierce, nurzając się w nienużącym soulu emocjonalnym w wykonaniu tego cudu. Rozbrajająca charyzma, ciepło dla wgapiającej się w niego publiczności, najlepszy wokalnie występ OFFa, wyjście do ludzi, trzymanie kogoś za łapkę, dźwiękowe piękno mojej top jeden płyty z dwa tysiące siedemnaście, jakaś taka nieudawana artystyczna skromność, cover Björk i wieńczące koncert "Plastic" zaśpiewane wraz z publicznością sprawiły, że będąc na koncercie płakałam jakby mi się cały świat zawalał. Niezły kicz, co nie? –Adela Kiszka

kp

…And You Will Know Us By The Trail Of Dead
I jak tu się sensownie obejść z żywą legendą. Przecież to już nie 2002 rok, hardkor się młodzieży kojarzy już z zupełnie czymś innym, a czasy bezbłędnych, epickich rockowych albumów dawno mineły. Czy w takim razie odegranie w całości Source Tags & Codes jest nostalgiczną próbą wrócenia do lat chwały? Czy też może typowym cash grabem, albo pretekstem do wyruszenia w trasę? Obawiam się, że to wszystko i tak nie miało znaczenia w obliczu możliwości wysłuchania na żywo takich utworów, jak "How Near, How Far" czy "Relative Ways". Nawet wszelkie falstarty, niedogrania i fałsze nie starły muzykom zacieszu z twarzy. Mi też nie. –Adam Kiepuszewski

Skalpel Big Band
Po kolejnej wzruszającej akcji na tym OFFie (najpierw były Muchy), czyli koncercie nie aż tak znakomicie dysponowanego bandu z Texasu (no byli trochę najebani, słyszałem od dwóch źródeł, że na wywiadach nieźle łoili czystą) bardzo okrężną drogą znalazłem się na koncercie Skalpela. Teraz trochę żałuję, że udało mi się zaledwie LIZNĄĆ ten show, ale z tego co jakoś tam wyłapałem jestem zadowolony. Skalpel rzeźbił w jazzie z nie do końca własnego materiału, ale tak właśnie miało być – profeska. No i warto odnotować hołdy dla Maanamu i Stańki. –Tomasz Skowyra

Suiyōbi No Campanera
Miał być kiczowaty j-pop, a tu bity à la Death Grips, rave'y, wybitne refreny i szał ludzkich ciał. [Kiedy aesthetic wchodzi za mocno.] –Adam Kiepuszewski

Ja widziałem ten koncert z nieco innej perspektywy: spodziewałem się eklektycznego dance'u naznaczonego j-popem, a całość rozpływała się w imprezowym (chwilami wręcz eterycznym) tropical-hałsie. KOM_I była wyraźnie onieśmielona przyjęciem publiki ("I love you all"), a w namiocie wyrabiała, co chciała: zmieniała scenę na "reżyserkę", wchodziła w jakieś napompowane, zniekształcone balony, tańczyła i odpływała myślami (taki sceniczny trick, c'nie) na oczach wszystkich. Parkiet dosłownie trząsł się pod nogami, a przecież nie usłyszeliśmy największych hitów Suiyōbi. Nie przeszkadzało nawet to, że był to raczej live act niż pełnoprawny koncert, ale i tak większego melanżu na OFFie nie uświadczyłem. –Tomasz Skowyra

Charlotte Gainsbourg
Chyba jedna z największych niespodzianek tegorocznego festynu, bo jakoś zupełnie nie liczyłem na ten koncert i plan był taki, że w jego połowie miałem przenieść się na show Paypala i Taye. Ale tak mi się spodobało, że zostałem do końca. Koncert Charlotte w małym deszczu był mega profesjonalnym performensem (duże brawa dla składu) z delikatnymi, kobiecymi piosenkami. Gdy pojawiał się śpiew po francusku, przed oczami (no, przed uszami) od razu stawała Jane Birkin, a gdy słyszeliśmy do tego melancholijny synth, wtedy myślami byłem przy Air. Ale działo się więcej: było post-disco, był electropop jak z płyt Goldfrapp, był balladowy cover Kanyego, wreszcie było sporo beatelsowskiego vibe'u (chociaży klawisze w "Heaven Can Wait", ale było tego więcej) i numery brzmiące "jak na płycie", w tym mój ulubiony "Sylvia Says". Więc tym razem muszę przyznać, że zgadzam się z Anną Gacek (o której zdążyłem już zapomnieć, ale od czego jest OFF Festival!), a jedyne czego żałuję, to fakt, że nie zobaczyłem równolegle odgrywanych footworków, bo słyszałem z dobrych źródeł, że panowie SROGO wymietli. –Tomasz Skowyra

DJ Paypal & Dj Taye
I Don't Give A Fuck ale o czym mówisz na głowę NEVER SKIP LEG DAY bijesz trzeźwy prawie trzeźwy everyday of my life 私は性交をしないtyp z twittera stał niedaleko i widział tego 18-latka który wyglądał na RING RING PUSSY spizganego a był żyjesz (?) po prostu DJ Rashad albo jak weszło I Don't Give A Fuck ale nie podbił pomoli spoczywaj w pokoju pod względem interpunkcji NEVER SKIP LEG DAY 私は性交をしない zmęczony to rytm prowadzi narrację niesamowite co footwork everyday of my life robi z ludźmi na żywo i need 2 stop drinking and tweeting (@DJPAYPAL) a trener Rocky'ego mówił że kobiety osłabiają nogi żyjesz (?) 私は性交をしないbijesz everyday of my life było doskonale ale o czym mówisz trzeźwy prawie –Paweł Wycisło

Khidja
Słuchałem przez moment Davida Augusta, ale szybko przeniosłem się do namiotu eksperymentalnego, gdzie jak dla mnie odbywał się właściwy after drugiego dnia OFFa. Prawilne techno zyskało aprobatę tłumu i moją, więc można było się ewakuować w spokoju. A w drodze powrotnej (była już 3 nad ranem) uciąłem sobie POGAWĘDKĘ z red. Wycisło o Lilys i Maxie Tundrze. –Tomasz Skowyra


NIEDZIELA

Sierść
Nierozważnie nazwany przez podopiecznych Artura Rojka black metalem (stosowniej byłoby zastosować etykietkę blackened noise rocka with heavy influences), warszawski projekt Sierść rozpoczął "z całej pety" i bez dwóch zdań "nie brał jeńców". Niech świadectwem tego będzie mój kolega, który zwyczajnie nie wytrzymał i opuścił namiot po pierwszych dwóch utworach. Mimo wszystko najdonośniejszym momentem występu stołecznego tria było niespodziewane wtargnięcie na scenę menadżera zespołu. Po szybkiej wymianie spojrzeń cała czwórka ku radości tłumu wykonała utwór "Die You Fuck" z repertuaru szwedzkiej grupy Brainbombs. Takie chwile się po prostu pamięta. –Antoni Barszczak

kp

Ariel Pink / Ariel Pink DJ Set
Niedziela wieczór i koncert Ariela "I'm in a bad mood" Pinka popsuty. Tak przynajmniej można wyczytać z wielu komentarzy krążących po sieci. Choć osobiste tragedie, które uderzyły w Rosenberga, z całą pewnością dało się odczuć poprzez aurę jaką wokół siebie roztaczał, to nie wydaje mi się, aby warstwa ściśle muzyczna mocno na tym ucierpiała. Szczególnie, że cały zespół (na czele z bękartem Alice'a Coppera w roli hypemana) miał się zdecydowanie lepiej. Nie można mieć też pretensji o to, że set opierał się na najnowszej płycie Ariela, a on sam nie wałkuje na okrągło swoich największych przebojów.

Inaczej ma się jednak sprawa z późniejszym setem w namiocie sceny eksperymentalnej. Na to chyba nikt nie był gotowy. Na moje oko po prostu pijany Pink rozpoczął od dziesięciu minut okrutnego, zacinającego się (trudno ocenić czy specjalnie) hałasu by niespodziewanie przejść do przystępniejszej części występu, w której nie do końca przytomny śpiewał swoje stare numery, jeszcze z epoki kasetowej, wśród których wybrzmiały, o ile mnie pamięć nie myli, między innymi "Crying". Urwany po nieco ponad 20 minutach sprawdzian wytrzymałości fanów pomimo niezadowolenia publiczności był wydarzeniem epokowym. –Antoni Barszczak

Big Freedia
Większej najby w tym roku OFF nie widział. –Adam Kiepuszewski

No fajnie, fajnie. Szkoda tylko, że Big Freedia była właściwie zbędna, skoro DJ puszczał sample i ogarniał całe show. Jasne, tancerze na scenie zrobili widowisko, Drake, Beyoncé, Jacko czy Whitney Houston chwycili, ale tak po 20 minutach straciłem zainteresowanie pociętymi wokalami. Ale mimo wszystko było fajne. –Tomasz Skowyra

Kapela Ze Wsi Warszawa
Prawdziwie psychodeliczny odjazd. Szkoda jedynie, że zespół nie przywiózł ze sobą rzekomych kurpiowskich grzybów. –Adam Kiepuszewski

Furia
Jeśli już o wykonaniach mowa, to pod tym względem Furia, na tle innych gitarowych zespołów, okazała się bezkonkurencyjna. Wspaniale nagłośniony, odpowiednio klarowny black metal, nie raz, nie dwa, zmierzający w stronę instrumentalnego dark ambientu wypełnił nagłe załamanie pogody. Growl Nihila był odpowiednio dawkowany i znalazł złoty (heh, czarny) środek w metalowym rzemiośle. –Jakub Bugdol

Harry Merry
Ten koncert uświadomił mi wiele prawd o życiu. Niezależnie od tego, co sobą reprezentujesz, jeśli naprawdę, naprawdę, naprawdę uwierzysz w to co robisz, jesteś w stanie sprzedać wszystko. Niby prosta konkluzja, ale z drugiej strony Harry Merry chyba niejednego wprawił w muzyczną konsternację. Nawet ciężko stwierdzić, czy to było Disaster Artist: wersja live czy jakiś przebłysk niezwykłego geniuszu. Co tam złamana granica dobrego smaku, nigdy jej tak naprawdę nie było. Ten koncert to był prawdziwy sprawdzian post-ironii. "Hej, myślisz że jesteś super rozeznany i otwarty na każdy gatunek muzyczny? Zaraz zobaczymy…". Touché, Mr Rojek. –Adam Kiepuszewski

kp

Grizzly Bear
Na pewno mieliście tak, że czekaliście na jakiś koncert na tyle długo, że w sumie to już Wam się odechciało na niego czekać, no bo co jeśli zawiodą? Albo co gorsza, będą grali tylko rzeczy z nowego albumu? Grizzly Bear od ładnych paru lat był właśnie dla mnie takim zespołem. Niesamowite więc, jak bardzo wszystkie obawy przedkoncertowe zostały natychmiastowo zażegnane. Pełen profesjonalizm, być może połączony z faktem, że to był dla niedźwiedzi pierwszy koncert w Polsce, przez co muzycy rzeczywiście zdawali się działać na pełnych obrotach. Nieźle dopasowana scenografia, wyraziste światła i kolory, wirtuozerskie intepretacje najbardziej znanych i tych mniej oczywistych utworów. Wszystko jak na pożądnego headlinera przystało. –Adam Kiepuszewski

To był mój trzeci koncert Rejdjohed i muszę przyznać, że jak dla mnie nie mieli konkurencji na całym OFFie. Gdybym uronił łezkę (było bilsko podczas "Foreground"), może nawet przyznałbym dziewiątkową notę. –Tomasz Skowyra

Jacques Greene
Highlithem było za to zwieńczenie OFF-a i radosna, house'owa impreza napędzana przez Jacquesa Greene'a. Dawno nie byłem na tak świetnym secie. Było tu wszystko, czego oczekuję od dobrego, parkietowego grania. Za podstawę robił deep house, kolorowany winylowymi soulowymi samplami; nie zabrakło też energetycznego uk garage'u i podkręcania tempa na modłę drum'n'bassu. Stopniowanie napięcia, rzucanie bitu w odpowiednim momencie – Greene wypełniał te zadania perfekcyjnie. –Jakub Bugdol

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
RobynHoney
Steve HauschildtDissolvi