SPECJALNE - Relacja

Relacja: OFF Festival 2017

19 sierpnia 2017

Tym, co mnie najbardziej zaskoczyło, gdy po dwóch latach przerwy wróciłem na OFFa, była pewna dyskretna zmiana związana z samymi uczestnikami festiwalu. Oni dojrzewają wraz z nim – stali bywalcy nadal stanowią najważniejszą część publiki, zaś Dolina Trzech Stawów, która zawsze roztaczała urok MOSiRowego odprężenia, wzbogaciła się teraz o wyraźne familijne akcenty. Dziatwa biegała i dokazywała, ogień w grillach pełgał wesoło, pan Walenty Kania oferował porządną dziczyznę z rusztu i królicze nerki w rozsądnej cenie. Przyjemny, dożynkowy klimat utrzymywał się w najlepsze, pogoda sekundowała, a dzięki kaucji na kubki i kilku zakazom pole festiwalu był zadziwiająco czyste. Z plastikowymi kufelkami przytroczonymi do pasków, nerek i plecaków przechadzaliśmy się między scenami jak jacyś hobbici ukryci w dolince przed przewalającą się wokół zawieruchą. "Nie musicie się czuć niezręcznie, widziałam wielu ludzi w waszym wieku" – powiedziała mi i koleżance nasza 9 lat młodsza znajoma. I rzeczywiście, żadnych niezręczności nie było.

Choć jednak nie całkiem... Grandą zakończył się przecież występ Siksy. I żałuję, że go przegapiłem, bo rzecz była ponoć z gatunku tych anegdotycznych: obrażano kombatantów spod Monte Cassino, a politycznie ukierunkowanym wulgaryzmom i innym uciechom nie było końca. "Jakby naćpała się Marii Peszek" – powiedział ktoś do kogoś, choć może się przesłyszałem i naprawdę padło słowo: "nasłuchała". Na jedno wychodzi. Symptomatyczna była jednak afera, jaką ten występ wywołał. Bo na festiwalu są dzieci, a tu takie świństwa w świetle dnia (grubo przed 22). Zostawiam was z pytaniem: czy tak się w ogóle godzi? Na szczęście Pro8l3m wystąpił już po dobranocce, bo goście ewidentnie "przeklinają w piosenkach". Podwójny fart, że był to jeden z najlepszych koncertów imprezy, choć klimatem zupełnie odbiegał od raczej melanżowych zadym Oskara i Steeza, które zdarzyło mi się wcześniej oglądać. Dla koneserów teatru rozsypano nawet urywki prostodusznego sztuczydła. Draki jednak całkowicie zamaskować się nie udało, a "zgolone cipki" chodziły później po głowach nawet osobom na co dzień nie słynącym z wielkiej pruderyjności. Największą sensacją zapachniało jednak koło dworca w Sosnowcu: "Skandal. Podwójny hot-dog z grilla za 2.99", głosiła wywieszona płachta. Aż bałem się spróbować, ale za takie hece nieuzasadniona niechęć Śląska do Sosnowca pewnie przeniosłaby się migiem na całą strefę gastro.

Problem
PRO8L3M, fot. Osiemdziewięć.


Być może właśnie dobremu rozpoznaniu danych demograficznych należy przypisać tegoroczny zwrot festiwalu w kierunku gitarowego grania. Dla kogoś, kto (tak jak ja) wychował się na Trójce, gwiazdy w rodzaju Feist i PJ Harvey to więcej niż pewne punkty programu, to gwarancja profesjonalnego występu na żywo. Ale grafik był napięty. W czasie jednego ze wspomnianych koncertów można było zobaczyć np. Batushkę, której koszulki z nadrukiem SCS robiły później furorę w terenie. Show, jaki kreują ci tajemniczy metalowcy, z cerkiewnym chórem, kadzidłem, ornatami i złotem przewyższa nawet nieco samą muzyczną zawartość, lecz splamienie imprezy szczyptą symfonicznego black metalu zawsze wydaje się być niezłym pomysłem. Poświęcenie odrobiny PJ Harvey, by podejrzeć Silver Apples, okazało się już trochę gorszym. Z koncertu Simeona Coxe'a zapamiętałem głównie teksański kapelusz oraz lekkie ciarki monotonii. Z trudnych wyborów: według wielu Jessy Lanza zagrała porywająco, a jej muzyka świetnie wkomponowała się w aurę leśnej sceny, ja utknąłem jednak w namiocie z Janka Nabayem i jego Gangiem. Nabay, "undisputed king of bubu music", to gość o dużej charyzmie, a jego występ był jedną z bardziej optymistycznych chwil wieczoru, nawet jeśli źródłowa naiwność została tutaj pieczołowicie za(kon)serwowana i w perspektywie (zamierzeniach?) Janka niebezpiecznie zmierza w kierunku dancehallu, to mnie to na razie przekonało, trochę bardziej niż egipski pszent na głowie Idrisa Ackamoora dzień później.

Spośród charakterystycznych obrazków zapamiętam z tegorocznej edycji OFFa: Podróż Joe Talbota z Idles niesionego na rękach fanów aż do przedsionku namiotu, zakończoną aktem międzypokoleniowej załoganckiej braterki. Beztroską atmosferę koncertu Ryleya Walkera, gdy słońce na chwilę przestało przypiekać. Życzliwe złośliwostki w kierunku Spoiwa, którzy podobno namawiali, aby "rozpierdolić ten namiot" ciosem zabytkowego post-rocka. Omamy przy szamanach z Phurpy, późną nocą, gdy zdezorientowana publiczność długo rozważała, czy koncert się skończył, czy zbieranie ekwipunku to jeszcze cześć dziwnego rytuału, od którego wcześniej dosłownie drgały deski widowni. Przede wszystkim zaś fragment występu i popis konferansjerki dziewczyn z Lor – zwłaszcza krótkie przemówienie łapało za serce i chyba wszystkim udzieliła się lekka trema oraz uczucie uczestnictwa w czymś niezwykłym i osobistym. Zdjęcie naszego redakcyjnego kolegi już zdobi estradowy anturaż grupy, a sądząc po tym, co usłyszałem, do naszej drużyny też wcale nie jest daleko.

Lor
Lor, fot. Nadmierny Smutek


Z rzeczy pozostawiających niedosyt: "ostatni" koncert Swans nie był ani tak długi, ani głośny jak to zapamiętałem sprzed pięciu laty, a w przypadku tego zespołu obie kategorie mają znaczenie. Występ nie obfitował też w równie dramatyczne wydarzenia (z odłączaniem kabla przez ochronę włącznie). W tym sensie "łabędzi śpiew Łabędzi", jak to gdzieś określono, nie będzie tym, który najlepiej utkwi mi w pamięci. Nie do końca też rozumiem, czemu Talib Kweli uparł się, by grać głównie fragmenty cudzych utworów. W tym mikstejpie było wszystko, znalazło się miejsce nawet dla "Eleanor Rigby", a i tak najlepiej chwycił "Get By". Bigger is better vs. Quality. Wplatając element gonzo, takie tam krążące po mieście kuriozalne dementi Isisa Różańskiego:

Pogrzeb
fot. Filip Kekusz


Na koniec parę koncertów, które – oprócz wymienionych i uwzględniając skrzywienie stylistyczne – podobały mi się szczególnie. Byłoby wśród nich miejsce dla Kikagaku Moyo, choć "karmazynowa" kurtyna MiniMaxa i przejawy oczywistości do końca opierały się tego popołudnia duchom Ghost, Graffiti i psychodelicznym kalejdoskopom Tame Impala. Na miarę naszych czasów pocelebrowali też Wolves In The Throne Room. Materiał Wilków był nieźle dobrany, brzmienie może aż nazbyt sterylne, lecz porywające transowe eksplozje poprzedzone ceremonialnym okadzaniem, a także mój ulubiony "Prayer Of Transformation" jako oś obrzędu, wypadły nadzwyczaj gęsto i pierwotnie. Kornél Kovács to nie do końca moja bajka ("nie mnie to oceniać"), ale to właśnie Szwed zaproponował receptę na nieprzespane noce, dając najfajniejszy, całkiem nostalgiczny ("Born Slippy") set na festiwalu (nie licząc tych koło plaży przy food truckach). Profesorsko wypadł Shellac z frapującą pogadanką o cywilizacyjnych błędach lotnictwa, wykrzykiwanym przez wszystkich "Prayer To God" i wyłaniającym się powoli "The End Of Radio", w którym początkowo pytanie Albiniego: "Can you hear me now?" zabrzmiało tym razem trochę jak: "coś się, coś się popsuło...", w konsekwencji rozwijając się w wersję live porównywalnej wagi. Perfekcyjny pod względem wykonania i dramaturgii był występ Boris. Pink nie jest moją ulubioną płytą Japończyków, ale koncert w Katowicach pokazał, dlaczego jest ich najsłynniejszą, udanie łączącą proto-metalowy konserwatyzm, noise'ową dzikość, dające więcej oddechu przestrzenne fragmenty i luz wielotysięcznych aren ("stadiony świata"). Wreszcie: Richard Dawson. Sowizdrzalska wersja Davida Tibeta, bohater monodramu "pieśń kozła", trochę grajek spod przejścia, trochę średniowieczny minstrel, wujek w średnim wieku, który właśnie cudem uniknął zapaści, celtycki bard, prowincjonalny birdwatcher, który spotkał UFO w czasie "tysięcy przechadzek po północnej Anglii", krnąbrny siostrzeniec Ewana MacColla, błazen, "uliczny druid". Król. I to na tyle.

Richard
Richard Dawson, fot. Dariusz Ptaszyński

Wawrzyn Kowalski    
BIEŻĄCE
Gang Śródmieście"Discopolka"
KortezMój Dom