SPECJALNE - Relacja

Relacja: Off Festival 2012

3 listopada 2012



Relacja z Off Festivalu 2012
Autorzy: Wawrzyn Kowalski i Andrzej Ratajczak

Zawsze z ręką na pulsie. Cały czas i całe życie. Przeżyjmy więc naszą ulubioną krajową imprezę muzyczną, jakby to było wczoraj. A, jako że, niczym u radcy Węgrowicza, czas festiwalowy to pojęcie płynne, może ta luźna relacja to właśnie przemyślenia świeżo po zamknięciu festiwalowych bram i ostygnięciu jupiterów. Z eponimicznym wobec ostatnich rzymskim bóstwem łączono gwiezdny Sagittarius, pozostający w relacji także z: łukiem, młotem, Thorem i rogatym gościem z kopytami kozła, a więc, na miejscu pierwszym, z Thorem Harrisem, który w Swans odpowiada za piszczały, bębny, cymbały oraz inne glockenspiel. Od razu widać, że imię dostał po ojcu. Gość hipnotyzował i bił w gong, a choć niektórzy wydawali się spać spokojnie jak w fotelu u pana Tumnusa, innych zdjął paniczny strach o stan własnych bębenków. Przy braku woskowych zatyczek, postawiony przed wyborem łabędzie vs. głuszec, na wszelki wypadek pozostałem w przepisowej odległości od sceny, bo przecież rozgrywały się tam sceny dantejskie, a w finale nawet ściśle satyryczne, gdy zniecierpliwiona hałasem straż estrady leśnej, niczym kiedyś autor Eneidy, zgotowała Michealowi Gira piekło na ziemi. Nie przeszkodziło to tłumnej gromadzie przyznać mu aplauzem niemal półboskiej palmy, lecz skutecznie, jak mniemam i ubolewam, utrudniło wcześniej występ kapeli Iceage. Krótko mówiąc, jeśli ktoś miał jakieś wątpliwości, czy Swans udźwigną rolę headlinera festiwalu, to sam musiał później przyklęknąć pod ciężarem ich koncertu. Przy brzasku i przy końcu czasu, w namiocie, pośród ciemnego lasu mamił jeszcze Forest Swords. A ci, którzy po koncercie Swans zbudzili się z lękiem wśród nocnej ciszy, mogli spokojnie z powrotem zapaść w bukoliczną śpiączkę i, podobni skautom z kniei, za pozwem nestora puszczaństwa Tadeusza Wyrwalskiego o leśnym mianie: "Wilk Tropiciel Pawian", obrać ścieżkę sztyletu w poszukiwaniu totemu oraz myśli. I do domu. Ale wszystko á rebours, a można przecież prościej i od początku; to the point:


Autor: Nick Helderman




I ja także się uśmiecham, oddając głos do festiwalowego studia Porcys. –Wawrzyn Kowalski


Autor: Nick Helderman

Sporo Offa przesłaniało-zagłuszało nagłośnienie, które okazało się najbardziej off ze wszystkiego, bijąc na głowę różne spożywcze restrykcje i inne wytyczne. Stąd o wiele wyraziściej niż Offowy soundtrack skręcił mi się wizual, klip niemy czasem z potrzeby zachowania zdrowego dystansu, czasem z uprzejmości, która od teraz będzie tu sobie chodzić, wprawdzie na dosyć jałowym biegu, ale zawsze to trochę mniej minusowych punktów do kolejnej akredytki. Z wizualnego peletonu najbardziej wysunął się wymierzony w Łonę czarny parasol w dłoni Afro, kręcącego też głową pana ochro (co przeklinasz, synek?). Racja, dziwaczny timeline. Dla amatorów gatunkowości na przykład. Albo dla hejtujących kłopoty bogactwa. Nawiasem, wszyscy Polacy na scenach byli jedną rodziną, każdego dnia umilającą mieszczanom namiotowym przechodzenie z głębszej do płytszej fazy snu.

A to już o tym, co słyszałem, fakt. No bo jednak coś tam chciałem czasami usłyszeć. Weźmy Kobiety. Lecieli jak z radia, gładko, profesjonalnie, bez zarzutu, pop. Kurta Vile weźmy. Naprawdę fajne bębny na próbie przed występem były. Potem nie działo się źle, jeśli nie oczekiwało się seansu z brzmieniami ze Smoke Ring. Jednak zrozumiałe, że późnopopołudniowość mogła nie sprzyjać wyzbywaniu się nastawienia radiosłuchacza. Zresztą nawet przy piosenkach z rzeczonego albumu trudno było oczekiwać polerki przy takim nagłośnieniu. Za to dla amatorów Childish Prodigy czy Constant Hitmaker Vile krzesał momenty, a nawet udało się wydolnie pociągnąć jedną całość: "Freak Train". Wystarczyło kanoniczne odtworzenie, żeby odpalić petardę występu. Ogólnie, przy całym ewidentnym znużeniu typa, pomimo trafienia-zatopienia wizerunku dziwaka (że niby classic-rockowy Ariel Pink), zerowym stopniem ekstrawagancji, nie wspominając już o tym, że stałem tak blisko, a Kurt nie chciał wyjąć z mojej głowy aranżacji jazz-rockowych i innych takich ("Szugazaen? A komu to potrzebne?"), to Filadelfijczyk nie osunął się w manierę i epigoństwo, co mógłby sugerować lekceważący namechecking z niektórych relacji. Wyobrażam sobie, że nawet jeśli ktoś nie znał go wcześniej, to i tak miał sporą szansę zauważyć jego osobność, jeśli nie osobowość (musiała przewracać się w czymś, w czymkolwiek wtedy przebywała, jeśli docierały do niej zagajenia właściciela do publiczności. Moje ulubione: "Do you like psychedelic music?" W odpowiedzi Stalinogród nieśmiało zafalował).


Autor: Nick Helderman


Natomiast teoretyczna osobność "metalowców" z Baroness była dla odmiany mocno zatarta. Entertainment Baizley'a i kolegów może i nie był najnormalniejszy w świecie, ale o wykolejeniu nie może być mowy. Czekanie na "Isak", który miał być i był tym, czym okazał się "Freak Train" na koncercie Vile'a, było urozmaicane jak trzeba w sytuacji zespołu o repertuarze już dosyć zróżnicowanym stylistycznie, głównie dzięki ostatniemu wydawnictwu. Szukającym nieprzystępności pozostało trzymać się lewego skrzydła festu. Tam nieoczekiwanie koronkowe strzępki Jacaszka okazały się dość precyzyjnie słyszalne, nawet jeśli przebywało się poza namiotem, tuż obok w eksperymentalnym, na własną rękę zaimprowizowanym szałasie przeciwsłonecznym. "Awangarda", przydarzająca się w pełnym świetle dnia, mieści się w gatunku sytuacji, które zmuszają mnie do zainfekowania mojego kronikarstwa merytorycznym bisem. A że Battles niestety dali, czego się spodziewałem, a katharsis nie udało mi się przeżyć, chociaż było blisko na świetnym Dam-Funku i pod pieczą Andy'ego Stotta – nie mówiąc, że ominąłem tyle spraw, że aż wstyd – to udam, że powtórzenie miało być klamrą i to by było na tyle. –Andrzej Ratajczak

BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019