SPECJALNE - Relacja

Relacja: Off Festival 2009

6 października 2009



"ALE WAS W CHUJ"

Szał i spęd ludzkimi organami. Naturalnie Słupną i w tym roku wypełniono postaciami, które w idealnym świecie i latach 60. oznaczeni zostaliby przylepką "pseudo-culturati" i zamknięci w namiocie z Kulką Omik. Zmianą społeczną w tym miejscu jest jednak, że mało kto nie znał Yo La Tengo, nie kupował składanek Pavement, czy nie rozmawiał o wspomnieniach z debiutu Miłości (która w okrojonym składzie trochę wymiotła paliczkami Możdżera i anty-absolutnym smaganiem Tymańskiego, temu drugiemu przy okazji dostarczając wielu okazji do popisów na antenie Trójki, całkiem odświeżających zresztą w zestawieniu z dorocznymi: Stelmachem Piotrem [szacunek za entuzjazm] i Gacek Anną [szacunek za trzymanie się kręgosłupa identyfikacyjnego oraz bieganie]). Mieszano się niezręcznie z owocami najnowszych zdobyczy polityki stosowanej: koszulkami Alice In Chains (pluralizm), glanami (powszechny dostęp do dóbr edukacyjnych) czy wielodzietnymi rodzinami odzianymi w memorabilia Dżemu (wolna miłość), koniec końców reprezentacjami mniejszości. Poza nimi publiczność takiego na przykład – przyciągającego także skład Pains, z których polowa wyglądała na Jasona Biggsa, tylko bardziej emo – Karla Blau potrafiła przyklasnąć do co bardziej czarownych momentów występu – przeskakiwania od skali do skali, beatboxu osadzonego, jak całość, w etosie generycznego lo-fi czy elverumowskiego robienia rzeczy ze strunami (tu: przesuwania mikrofonem po tychże). Który, zauważmy, nie był mimo wszystko aż tak w smak młodej publice jak Janerka (chociaż clash programowy rozwiał jednoznacznie red. Konatowicz: "Czy Microphones mieli kawałek 'Lech Janerka'?") ze swoim najsłynniejszym występkiem, Historią Podwodną, rewidowanym na naszych oczach przez xx-letnią legendę krajowego pisania piosenek.

Scena główna, węzłem tradycji wiodąca do Lenny Valentino sprzed dwóch lat, tym razem zgromadziła setki o rozsiewie demograficznym jakiego nie widziano na obywatelskich wiecach w Afryce Południowej. Naturalnie pierwszego dnia wciąż większość posiadaczy opasek preferowała siedzenie w rozlicznych punktach gastronomicznych, czyli czymkolwiek pokrytym zielonym parasolem. Takie było piwo. Ten rok przyniósł też kontrakt z producentem papierosów - jeśli w nie-VIP-owskich strefach dało się kupić coś innego niż Winstony, to pierdolę swoje soczewki. Dzień wieńczyło Spiritualized: dobrze dobrze, rozwlekła prozodia wciąż się sprawdza, jednak jako finał wieczoru, dnia właściwie, zawiedli nieomal sromotnie. Owszem, pierwszą połowę setu sprawnie, z sercem i efektem, wypełniały toczące się całymi minutami gitarowo-świetlne modlitwy, niestety przeplatane przypierdoleniem a także energetyzacją życia, czyli raczej słabymi stronami Pierce'a. Cały zaprezentowany profesjonalizm i crescendologia mogły zauroczyć mimo wszystko, nie da się ująć. Ale winę za odnoszenie się do tego jak do "najważniejszego występu festiwalu" zrzuciłbym na kaca, przeziębienie lub wstrząs solarny (bowiem meteorologicznie było nadspodziewanie nieźle, czysto i jasno tak). Cala Polska słuchająca indie, naćpana i pijana, westchnęła po raz pierwszy (wyjąwszy zauroczonych występkiem, których było nieco).

"KTO DZIŚ GRA?" vs. "DZIŚ KTOŚ GRA?"

Sobota: drugi, a właściwie trzeci dzień festiwalu upłynął pod znakiem hot-dogów w okolicznej jadłodajni (połączonej ze wspaniałymi toaletami pod szyldem o egipskiej tematyce) oraz Jerzego Buzka, który przyjechał "specjalnie przerywając urlop nad morzem" z zamiarem pójścia na "między innymi The National i Marię Peszek". Nie zdążył pewnie ani na Fucked Up, którzy, jak źródła relacjonują, "rozpierdooolili!", ani na CKOD grających CKOD i teraz niech pluje sobie w bródkę, ponieważ w ten raczkujący i nieco już chłodniejszy sobotni wieczór dowiedziono, że (a) piosenki z debiutu nie zestarzały się ani trochę, że (b) siwiejący Ostrowski na starość zaczyna ubarwiać się na tembr młodego Ciechowskiego, oraz, że (c) Off tegoroczny ma jeden zasadniczy słaby punkt, przynajmniej względem reszty festiwali letnich, może nawet dwa: Opener to melanż dla cyników i gimnazjalistów; Radiohead dysponuje nieprzeliczalną bazą fanów, którzy będą siedzieć w okopach, wychodzić z nich po bułki, wychodzić na stale z zamiarem utrzymania kontaktu radiowego, drzeć kartograficzne reprezentacje okopujących, szydzić, wracać, grać w gry o tematyce erotycznej tylko po to, żeby potem i tak pojechać do tego Poznania. Mysłowicom zabrakło jakiejś, jednej chociaż, pozycji line-upu wykarwowanej dekadę wcześniej rytualnym prętem na czole głównego aparatu promocyjnego, który w czasach Pablo Honey był jeszcze dzieckiem. Headlineryzm trącił w tym roku dupką. Radiohead to także tzw. prestiż poznański - wysokie ceny biletów, konieczność podroży scalającej najbardziej rozszczepione charaktery - coś, czego na SGH może by nie zaryzykowano, ale jako nadbudowa na to wykrwawione wcześniej, homogeniczne tło, sprawdza się dalej dostojnie jako przygoda w kontekście zarówno młodocianego lansu, lansu cité, jak i także post-mieszczańskiej przygody. To wszystko jednak nic, bowiem:

"TWOJA STARA SIEDZIAŁA NA WIRE"

Divertimento, venue Kozelka, to urocza knajpka na rogu dwu staromysłowickich uliczek. Owszem, pewnie ktoś tam poszedł i płakał rzewnie, wzruszając się zbiorowo wespół z pozostałymi "aficionados pięknych dźwięków" (autentyk; ktoś sam się tak sklasyfikował przy kupowaniu zapalniczki w kiosku), nie sądzę też, żeby ktokolwiek żałował spalonego hajsu. Nie byłoby najmniejszego problemu, gdyby nie to, że całkiem nieopodal, w lokalnym domu kultury czy czymś, grał jakiśtam jeden z dziesięciu zespołów wszech czasów. Z całym respektem dla Painters, nie da się nie iść na Wire. Jeśli nie chciałeś, żeby koledzy śmiali się z twojej głupiej twarzy / brzydkiej dziewczyny / pedalskiej aparycji / gównianego obejścia, musiałeś tam być. Przypominam, że mówimy o Wire, skądinąd w ostatniej chwili sprowadzonych na Śląsk w zastępstwie detoksykującego wtedy tego kolesia z Wavves.

Mało istotne co grali, akurat. Widzieliśmy Wire na żywo. Był Maciej Chmiel, Piotrek Kowalczyk, wszyscy byli. Najpoważniejsza pozycja festiwalu narobiła przysłowiowego szumu, wchodząc po drodze w interakcję z bucowatą ochroną (która nie pozwala szalejącej publice na dzikie harce w bezpośredniej bliskości sceny). Mało gdzie w historii czegokolwiek proksemiczne relacje pod samą właśnie sceną tak bardzo starły się z punkową obyczajowością rozumianą szeroko ("wohoooo" – ok, starły się i to nie raz, a to właśnie jedno z takich współczesnych starć [bitwa o Jurgena anyone?]). Grali "nowe rzeczy" ("Comet" na przykład), grali "Being Sucked In Again". Mkmfnggssg, Basiu, widziałem Wire grających mi przed twarzą "Being Sucked In Again", "15th", "Pink Flag". Widziałem Colina Newmana wydzierającego się, pocącego, z trudem trzymającego przypisany sobie fragmencik instrumentarium, szukającego chwili na wypełnienie płuc powietrzem ("butle gazowe, panowie?"), ocierającego chusteczkami, jeśli nie ręcznikami właściwie, wydymającego struny cośtam że "Drowning in the big swim / RISING TO THE SURFACE". I "Advantage In Height" też podobno grali. "Doobrzeee, Artuuur, dooobrze".

–Mateusz Jędras, Październik 2009

BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019