SPECJALNE - Relacja

Relacja: Ice Choir release party

2 sierpnia 2012



Ice Choir, D-Video
27 Lipca, 2012, Nowy Jork


Specyficzną atmosferę amerykańskiego koncertu indie można co prawda poczuć w jednym z wielu lokali na Brooklynie dwa-trzy razy w tygodniu, ale rzadko udaje się trafić na występ, który w tak dobitny sposób ilustrowałby specyfikę jankeskiej sceny jak impreza z okazji wypuszczenia przez Ice Choir debiutanckiej płyty. Z Bóg wie jakiego powodu (może chodziło o wyrafinowanie i blichtr sceny new-romantic, do której odwołuje się zespół?) koncert odbył się w Tribeca Grand Hotel, ekskluzywnym hotelu wypełnionym Manhattańczykami dominującego nurtu: agentami nieruchomości w lakierkach i białych koszulach, skąpo odzianymi imprezowiczkami i creepy podstarzałymi bogaczami śliniącymi się na widok obu wcześniej wspomnianych grup. Do dyspozycji zainteresowanej koncertem mniejszości oddano niewielką salkę na parterze (od ulicy odseparowaną ścianą z wzmocnionego szkła), pilnowaną przez muskularnych ochroniarzy których nieco cierpkie spojrzenia komunikowały "WTF" i "get a job!" jednocześnie.

Kto był na niezależnych koncertach w Stanach ten może się domyślić, że nie było tu mowy o dźwiękowcach, backstage'u czy "strefie dla VIP-ów"; gwiazdy wieczoru pojawiały się na scenie prosto z publiki, jeszcze chwilę wcześniej sącząc piwo z kolegami czy nieśmiało próbując sprzedać świeżutką płytę. A tak: publiki. Ta składała się naturalnie z tych samych trzydziestu czy czterdziestu twarzy, które zobaczyć można na każdym koncercie indie zespołu w mieście (jak zawsze obecni członkowie Real Estate i kilku głodujących alternatywnych pismaków). Nie dziwota, że przylatujących na występy w Polsce Amerykanów królewskie przywileje i traktowanie wprawiają w osłupienie (free drinks? get outta here!).

Tak czy siak, wieczór obfitował w momenty zgoła magiczne. Pierwszym z nich był fakt, że znalezienie dogodnego parkingu na Manhattanie w piątkowy wieczór zajęło mi tylko piętnaście minut desperackiego krążenia wokół budynku. Numer dwa to open bar w podziemiach hotelu, w salce w której o tej samej porze (!) prezentowali się recenzowani przez Porcys niedawno Poolside. Podobno jeden koleś przesiedział tam cały wieczór, czekając na Ice Choir: epic fail, ale przynajmniej nie mógł narzekać na spragnienie. Trzecim cudem było nagłe pojawienie się na scenie wokalistki Chairlift, Caroline Polachek, która w przepiękny sposób wsparła Kurta Feldmana w wokalnym duecie "Everything Is Spoilt by Use"; zza gęstej chmury sztucznej mgły ten kulminacyjny punkt programu jawił się momentem iście transcendentalnym.

Reszta koncertu Ice Choir przypomniała za to, że Feldman jest doświadczonym muzykiem z latami kariery za sobą, zarówno w Pains Of Being Pure At Heart jak i trochę mniej znanym Depreciation Guild. Kawałki z Afar, zagrane w kolejności z albumu, zabrzmiały niemal równie dobrze jak na pły… streamie, a atmosfera miejsca (łącznie z widokiem na miasto za plecami zespołu) faktycznie dodawała muzyce prestiżu. Feldman ograniczył programowanie do niezbędnego minimum, pojawiając się na scenie wraz z perkusistą, basistą i klawiszowcem, a samemu wykonując oszczędne, aczkolwiek pierwszoplanowe gitarowe partie. Najsłabszym ogniwem muzycznego wymiaru wieczoru był jednakże wokal Feldmana; muzyk podkreślał wielokrotnie w wywiadach, że nie czuje się do końca pewnie "posługując" tym instrumentem i rzeczywiście można było usłyszeć brak zdecydowania w jego pełnym rezerwy śpiewie.

Wspomnieć warto jeszcze o otwierającym widowisko D-Video, który (mimo wielokrotnych problemów technicznych) niczym Max Tundra rozgrzał zgromadzenie mocarnymi kawałkami schizofrenicznego electro-dance'u i uroczo niezgrabną prezencją na scenie. W dalszej części programu natomiast na pochwałę zasłużył sobie Jorge Elbrecht, puszczając dziko obskurne 80sowe kawałki nie zza DJ'skiej konsolety, ale z parkietu, na którym rozkręcał nieco już przerzedzoną publikę w towarzystwie Polachek. Ta miała zająć się wyborem muzycznego podkładu zaraz po nim, ale tego nie było już mi dane uświadczyć, bo musiałem się jeszcze dotargać do zamieszkiwanego przeze mnie tymczasowo przedmieścia, z powrotem w świat guidos, republikańskich senatorów i precli Auntie Anne.

–Patryk Mrozek, Sierpień 2012

BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019