SPECJALNE - Relacja

Relacja: Hip Hop Kemp 2011

4 października 2011



Relacja: Hip Hop Kemp 2011

18-20 sierpnia 2011, Hradec Králové

Nie ma co ściemniać, że miesiąc po festiwalu kogokolwiek obchodzą czyjekolwiek wrażenia z nim związane. Dlatego zamiast śledzić niuanse setlist i ewaluować koncertową formę poszczególnych artystów, lepiej rzucić okiem na tytułową atmosferę imprezy, w której – jak podejrzewam – niewielu stałych czytelników Porcys brało udział.

"Opole Namiotowe"
Głosił napis nieopodal mojego namiotu wskazujący punkt, w którym rozbiła się ekipa Okolicznego Elementu. Z tą odległością to trochę konfabuluję, choć jeśli wziąć pod uwagę rozmiary kempingu, okaże się, że z drużyną Meja mieszkałem w zasadzie po sąsiedzku. Hip Hop Kemp to w końcu dzikie pole namiotów, w których pogubiłby się największy kozak. Wśród nich Chada i Pih, którzy po dogłębnym spotkaniu z "chmielnickim" transferowali się do kategorii: zakopiański niedźwiedź.

Ktoś mógłby powiedzieć, że hradecki kemping to hip-hopowe białe miasteczko. Nie zgodzę się, chemii tam nie sprzedawano. Szeroki wybór używek naturalnych serwowany był natomiast w "punktach obsługi klienta" i w ramach handlu obnośnego. Sam uczestniczyłem w pięciominutowej rozmowie, w której niedoszły ankieter OBOP-u (Skąd? Po co? Jak się podoba?) zakończył pogadankę dżentelmeńską propozycją sprzedaży haszu.

"Co weekend jestem vipem, jestem V.I.P."
Obok karteczki "Opole Namiotowe" weseli kampingowicze umieścili kilka innych: "Beer 40 crowns", "Cigarettes 80 crowns", "HWDP zdarma". Słusznie, bo za kasę nikt by nie wziął. Serio, nawet jeśli nie słuchacie hip-hopu, to warto pojechać do Hradca w ramach eksperymentu socjologicznego. Najprawdopodobniej było tam trochę ochrony, ale ja naprawdę sobie nie przypominam. Czeska samowolka zaskoczyła nawet największych luzaków. Uroczo było patrzeć na przerażonego Tylera, który właśnie zrozumiał, że osoba biegnąca w jego stronę po scenie to wcale nie Hodgy Beats, ale jakiś zadowolony z siebie Zdenek z Pardubic. Serio, na koncercie Odd Future do takich akcji doszło chyba trzykrotnie i ani razu nikt nie interweniował.

Podobnie było na polu namiotowym. W ramach enigmatycznej polityki Hip Hop Kempu dowiedziałem się w ostatniej chwili, że z akredytacją nie mogę wejść na zwykłe pole namiotowe. Jedyne, co pozostawało to część dla VIP-ów, ale tam przecież trzeba było dopłacić. No nic, przedostałem się na teren ważniaków (oczywiście bez konieczności jakiegokolwiek siebie wylegitymowania), gdzie z uporem rozpocząłem poszukiwania władzy. W końcu się udało (a jednak!), więc zagadnąłem ochroniarza czy mając akredytację mogę się rozbić na polu dla VIP-ów. "Skoro tu jesteś, to wskazywałaby na to logika" – usłyszałem w odpowiedzi. Świat jest pełen filozofów.

"And I'm sorry, but it just ain't workin' out"
Jak pewnie wiecie świat powstał z chaosu, a chaos z nadmiernego luzu. Jeśli ochrona nie pałuje, organizatorzy nie trzymają za mordę, a publiczność przez przypadek nie dorastała w niemieckiej szkółce kościelnej, to niechybnie czeka nas pożar w burdelu. Hip Hop Kemp jest zbyt sympatycznym festiwalem, by rozliczać go z obsuw – umówmy się – to jest wliczone w koszta. Problem w tym, że w trzydniowym zamęcie kilka innych spraw wymknęło się spod kontroli.

Przede wszystkim line-up. Podczas koncertu The Arsonists na telebimach wyświetlono informację: "z powodów technicznych Mayer Hawthorne nie zagra w tym roku na festiwalu". Wiadomość pojawiła się na jakieś piętnaście minut przed koncertem nadziei białego soulu i ani razu nie została skomentowana przez organizatorów. Nikt nie przeprosił, nikt nie wytłumaczył – stało się i już. Jeszcze zabawniej było z koncertem Mr. Lifa, którego odwołanie udało mi się całkowicie przegapić. Dopiero w niedzielę zorientowałem się, że w ferworze walki przegapiłem występ tego świetnego rapera. Okazało się, że nie tylko ja – organizatorom też gdzieś umknął. Mam nadzieję, że biedaczyna nie czekał przez weekend na praskim lotnisku.

Epicentrum kuriozalności stanowił backstage, który udało mi się namierzyć dopiero po dniu poszukiwań. Na przyszłość radziłbym zaznaczyć go na festiwalowej mapce. W tym roku znajdował się tam tylko "punkt informacyjny", który akurat zlokalizowałem i który przypominał słup ogłoszeniowy…

"Bo chuj mnie obchodzi czy mówią >>joł<<, czy mówią >>elo!<<"
Wbrew pozorom przekrój publiki na tym festiwalu większy niż na Ślusarskiej. Z jednej strony banany, z drugiej ci, którzy żyją z ich krojenia (nie, nie kucharze). Jedni w koszulkach z wielgachnymi napisami, drudzy z nagim torsem. Poza tym ziomy w dredach, zalążek indie i trochę takich bejów niewiadomego pochodzenia jak ten niżej podpisany. Co ciekawe, na Hip Hop Kempie wszystkie te grupy miały ze sobą sporo wspólnego. Nie zapomnę chyba ulewnego deszczu, który demolował pole namiotowe trzeciego dnia festiwalu. Gdy wreszcie przestało padać, tysiące ziomów wychynęło ze swych ortalionowych jaskiń i wydało z siebie krzyk zwycięstwa. Pierwotny znak pokonania żywiołu, który mogliby przekazywać sobie ich piastowscy przodkowie… gdyby tylko tyle jarali.

Wśród innych scenek rodzajowych utkwiła mi w głowie rozmowa dwóch twardogłowych fanów rapu. Solidne chłopaki nabijały się z kolegi, że ten póki co nie dotarł na żaden koncert. Nie powiem, liczyłem na jakąś efektowną ripostę, retoryczną fintę, ale i tak efekt przeszedł moje oczekiwania: "Ty poszedłeś i co? I tak chuja zrozumiałeś z tego, co rapują." Przyznam, że nie podejrzewałem, że zetknę się jeszcze w życiu z takim zarzutem. W tym samym autobusie ktoś dla żartu rzucił hasło "kanar". Pierwszy komentarz brzmiał: "jego japa nie była mi znana" Jak często macie szansę jechać takim autobusem?

Nie płakałem po J Dilli
Po raz kolejny przekonałem się, że imprezy hiphopowe to prawdziwy powrót do przeszłości. Liczy się przekaz, prawdziwość i szacunek do tradycji. W związku z tym podczas każdego koncertu trzeba było wysłuchać hołdu dla J Dilli, Guru, Nate Dogga, ODB/Notoriousa/2Paca (opcjonalnie). Po piątej czy szóstej takiej zapowiedzi zacząłem nagle wszystkim hip-hopowcom życzyć nieśmiertelności. Poza tymi wstawkami chyba najbardziej prawilni byli goście z The Arsonists, którzy przyznali ze smutkiem, że prawdziwy rap stoi słabo, a Lil Wayne sprzedaje milion egzemplarzy. Po tym ogłoszeniu ideowcy zaprosili na stanowisko z gadżetami. Niestety, kupiłem Cartera.

Najdłużej w pamięci zostanie mi koncert Random Axe. Sean Price-Guilty Simpson w teledyskach torturują swoich wrogów, a w zwrotkach wolą gadać o dragach niż o fajnych dziewczynach. Są w tym bardzo przekonywający. Jednak tego dnia nie zwróciłbym na to uwagi, gdyby nie Black Milk, którego beaty powinny być czczone przez wszystkich fanów J Dilli na świecie. Gdy w hradeckim niebie rozpłynęła się ciepła, przytłumiona trąbka, rozpłynąłem się wraz z nią.

Monch zagrał fajnie, ale krótko i dał się pokonać przez hypemana, który ukradł głos Steviemu Wonderowi, a plecak Angusowi Youngowi. Method Man i Redman zagrali biesiadny gig (50% grania / 50% gadania) na światowym poziomie. Umiejętności entertainerskie przydały się zwłaszcza wtedy, gdy padł prąd (sic!) i trzeba było ratować napiętą (hehe) sytuację. Method skoczył z saltem w tłum, po czym przechadzał się po scenie z jakimś wesołym koleżką na wózku inwalidzkim, bujając się przy tym radośnie. Naprawdę, urocze.

Chwilę przed headlinerami zagrali Heavy Metal Kings. Już kilka miesięcy temu Flint pisał o Ill Billu jako jednym z najlepszych białych raperów. Nie mylił się. Olbrzym łaził po scenie z ręcznikiem rzuconym na kark. Przy jego posturze wyglądał on jednak raczej jak chusteczka, którą Pavarotti zwykł ocierać zroszone czoło. Pochodzenie z wielkim tenorem dzielił drugi z Władców Heavy Metalu – Vinnie Paz, który nie ustępował Ill Billowi zarówno na mike'u, jak i na stołówce. Płyta nie daje już aż tyle radości, ale jeśli będą grali w okolicy, idźcie koniecznie!

Swag!
Zastanawiałem się czy nie pominąć Tylera i jego gromadki, by wpisać się w politykę firmy, ale króciutko napomknę. Choć Goblin mnie srogo zawiódł, koncertowo było bez zarzutów. Oczywiście, Odd Future lepiej wypadliby na Off Festivalu, gdzie młodzież miałaby modnie ubraną namiastkę gangserki, ale i w Hradcu przekonali do siebie część publiki (sporo ludzi od razu wybrało strefę bufetową). Wiadomo, była szopka w postaci Tylera jeżdżącego po scenie na rowerku, było symultaniczne rzucanie się w tłum i sporo zabawnych punchlinów. Przede wszystkim jednak było masę energii, dobre flow i świetne zgranie. Ktoś pod sceną nawet sobie ryj rozwalił. Uff, znów się udało.

"Don't change!"
Powyższe hasło usłyszycie na Hip Hop Kempie na każdym kroku. Mówi ono wiele więcej niż oficjalny slogan imprezy. Jeśli bastion starych dobrych czasów jest miejscem, do którego chcielibyście uciec, wpadnijcie do Hradca. Nawet, jeśli zaproszą Lil Wayne'a.

–Jan Błaszczak, październik 2011

BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019