SPECJALNE - Relacja

Relacja: Off Festival 2016

11 sierpnia 2016

OFF Festival 2016: Cancellation

Jedenasta edycja katowickiego Off Festivalu zaskoczyła jedną, niebagatelnych rozmiarów, zmianą – pierwszy raz w kilkunastoletniej historii trwania tegoż cyklicznego wydarzenia, motyw przewodni zamknąć można było we frazie innej, niż dotychczas kultywowany slogan traktujący o "największych nazwiskach muzyki alternatywnej". Off Festival 2016: Cancellation, gdyż doprawdy wiele tu odwołano. Począwszy od przedfestiwalowej notki informujące o karygodnej postawie menagera GZA/Geniusa, a skończywszy na real-time modyfikacjach line-upu, których finalny efekt, dobór artystów i slotów, niejednokrotnie zaskakiwał nawet najmniej ortodoksyjnych wyznawców wartościującej zasady "headliner to nazwisko". I tutaj właśnie należy Arturowi Rojkowi oddać, że wraz ze swoim sztabem wykazali się nie lada odwagą, by w sytuacji kryzysowej postawić na zupełnie insajderskie zajawki pokroju Islam Chipsy, czy wreszcie Jambinai. Ale więcej o triumfie orientalizmu nad regularnym i bezpiecznym "zwyklactwem" w kolejnym akapicie. Na razie skupmy się na tym, czego faktycznie zabrakło. Przede wszystkim wpisanego w kanon souveniru, czyli legendarnej, kilkudziesięciostronicowej książeczki mającej charakter "offowego przewodnika". Na otarcie łez została nam przedstawiona aplikacja mobilna, która faktycznie po kilku latach, mniej lub bardziej udanych prób, wdrożenia jej na stałe do świadomości przeciętnego bywalca Doliny Trzech Stawów, wreszcie odznaczała się funkcjonalnością i korzystanie z technologicznych dobrodziejstw rzeczywiście ułatwiało komunikację na linii organizator-muzyczny entuzjasta. Absolutnym hitem jawił się również pomysł zrezygnowania z cienkich plastikowych kubków przeznaczonych do spożywania kilkuprocentowych zimnych napojów, na rzecz grubszych, obciążonych ponad siedmiozłotową kaucją, "kufli". Mała gastro-wolta, oprócz piątkowej konsternacji spragnionych festiwalowiczów, sprawiła, iż raz jedyny nie tonęliśmy w stosach śmieci na późnonocnych koncertach na Scenie Trójki. Trzy kupony (równowartość piwa) okazała się bardzo niską ceną za wszechobecne poczucie czystości i jeszcze bardziej eco-friendly charakter OFF-a, bo jak już jakiś będący w alkoholowym amoku troglodyta postanawiał ostentacyjnie wyrzucić pusty pojemnik, to zaraz znajdywała się osoba gotowa, w imię kapitalizmu, podnieść zabłąkany przedmiot i natychmiast spieniężyć. Tutaj punkt dla organizatorów – zdecydowany triumf, czego niestety nie można powiedzieć o logistyce tegorocznego pola namiotowego. Przesunięcie o godzinę oficjalnego "otwarcia bramek", powolna rejestracja i odejście od idei czwartkowego, tradycyjnego b4 party, która determinowała dodatkową, odpłatną dobę na polu, pozwalającą obcokrajowcom na odrobinę komfortu i zwalniającą ich z przymusowego koczowania na dworcach, spotkało się z dość ostrą szeptaną krytyką. Na szczęście niewiele osób narzekało na to, na co teoretycznie każdy miał największe ciśnienie – artystów. Sądzę, że początkowe publiczne przepychanki z Geniusem, notki o machających nam na pożegnanie The Kills, później niespodziewane "cancellation" wyczekiwanego Zombiego (dygresja: czy ktoś faktycznie spodziewał się, że brytyjski producent kiedykolwiek dojedzie na jakikolwiek polski koncert? :lol:) zneutralizowane wybornym setem popijającego whiskey Headhuntera, występującego w Katowicach pod aliasem Addison Groove, który zaserwował prowokującą nogi do ruchu "budżetową" mieszankę właśnie wielkiego nieobecnego, trochę dubstep'owego Rustiego, wonky-severantowego Kuedo i trapu TNGHT, pozwoliły tak naprawdę zdystansować się do późniejszych bomb-newsów. Że nie sprawdzimy formy Ojca Chrzestnego grime'u, że Thundercat się paskudnie spóźnił, czy że Anohni niespodziewanie zachorowała. Tyle tego było, jak na trzydniowy festiwal, że nie wypadało nic innego, jak uśmiechnąć się porozumiewawczo do kompana niedoli i czmychnąć szybko na proponowane przez włodarzy imprezy zastępstwo.

Triumf ortientalizmu, festiwal bez gwiazd i leczący raka Ata Kak

A "zastępstwa" były naprawdę, jak już wspomniałem w poprzednim akapicie, piorunujące. Oprócz rzeczonego nie-Zombiego, jako nie-Kills zagrali przeniesieni z najmniejszego eksperymentalnego namiotu, pierwotnie ustawieni na nocną "dojebkę", koreańscy Jambinai. Mieszanka post-rocka, metalopodobnych rozładowań i tradycyjnych azjatyckich instrumentów (sound piri, czarna cytra z takim brzmieniem, "że łał" i smyczkowe haegeum) zakończona podniosłym i patetycznym (w dobrym tego słowa znaczeniu) "Connection" pokazała, że OFF wraca do korzeni i nie tylko wielkie nazwiska potrafią skonstruować wyborne show, i wreszcie słuchamy muzyki, nie ksywek (przemyślenia tożsame z tym, co udowodnił zeszłoroczny Unsound w ramach "Surprise"). Swoją drogą Seulczycy zanotowali chyba największy slotowo-scenowy progres: dwa lata temu raczyli wszystkich swoimi kompozycjami w największej, a i tak kompaktowej, scenie poznańskiego CK Zamek, by w 2016 skorzystać na podwójnej nieobecności Wiley'a i The Kills, i zaprezentować się na jednym z dwudziestu najważniejszych letnich festiwali (wg. opiniotwórczego portalu Pitchfork) w jego absolutnym prime time. Pozostając w temacie transowości i orientalizmu, to nie sposób nie napomknąć o "odklejonych", hipnotyzujących Goat, których, z racji sporych kolejek na teren festiwalu, nie zdążyłem zobaczyć w całości, ale z tego, co było mi dane usłyszeć (oraz z relacji zgrabniejszych i potrafiących przemieszczać się nieco szybciej w okupującym wejście tłumie niż ja znajomych), to Japończycy zajęli uprzednio przygotowane na scenie miejsca i bez zbędnej gadki, najzwyczajniej w świecie "zrobili to". To samo rzec można o Ata Kak – pięcioosobowy zespół prowadzony przez charyzmatycznego Ghańczyka autentycznie leczył raka. W wypełnionym po brzegi namiocie nie było żadnej nieszczęśliwej, zatroskanej osoby. Wybrzmiał klasyczny album Obaa Sima, było sporo interakcji z publiką ("scooby-dooby ah-scooby-dooby-doob" i bis) i godzinę później musiałem googlować, którą to maść, na sponiewierane od miarowego, nieśmiałego bounce'u łydki, zakupić. Z festiwalu "dziwności" warto wspomnieć jeszcze o Islam Chipsy, którzy (bo należy ich już klasyfikować jako regularny band, prawda?) na dwa zestawy garów i jeden instrument klawiszowy, na Scenie T-Mobile Electronic Beats, swoimi prostymi melodiami prowokowali do quasi-hindi wygibasów z takim powodzeniem, że zupełnie niespodziewana wizyta Artura Rojka na Scenie Miasta Muzyki po zakończonym występie Jambinai przyniosła, oprócz przeprosin za bookingowe "wpadki", informację o dodatkowym, drugi tego dnia wykonie Egipcjan (jako nie-GZA i nie-Wiley). Radości nie było końca.

Machinedrum zaserwował rzeźnicki set utrzymany w stylu jego ostatnich płytowych dokonań, Kero Kero Bonito z Sarah Bonito na czele udowodnili, że ich wokalistka ma z j-popem więcej wspólnego, aniżeli tylko miejsce urodzenia, a Fidlar spisali się doskonale w roli koledżowego cover-bandu (zaczęli od Beastie Boys i gdzieś na wysokości czwartego utworu sięgnęli po swój repertuar) wychowanego na późnych garażach i post-grunge'u. Amerykanie ze swoimi najbardziej nośnymi singlami: "40 oz. On Repeat", "Cheap Beer", "Max Cant Surf" oraz "No Waves", tak samo dobrze wpasowaliby się w klimat młodzieżowego dyptyku Richarda Linklatera (Dazed And Confused i Everybody Wants Some!!), jak i popołudniowego endorfinowego zastrzyku na kilkugodzinnym festiwalu. Nieco rozczarowała z kolei Scena Trójki, która, chcąc - nie chcąc, zabiła najjaśniejsze "gwiazdy" polskiej muzyki. Księżyc w prawie pełnym słońcu i z kiepskim nagłośnieniem był gigiem w złym miejscu, i złym czasie. Natomiast Mgła w klasycznym black metalowym "wykroku" starała się walczyć z za głośną perkusją, która nie dość, że przykrywała prawie każdy riff, to jeszcze niejednokrotnie nie była w stanie wyciągnąć szybszych partii. Straszna sinusoida technicznych wpadek, z której jednak można było wyłapać kilka fajnych momentów potwierdzających pewną innowacyjność krakowskiego zespołu w obrębie bm-u (zwłaszcza, kiedy grali starsze kompozycje). Jednak jeśli chodzi o bębny, to tutaj absolutnie nie miał sobie równych Brian Chippendale, który rozniósł Scenę Eksperymentalną w drobny pył. W kwestii decybeli, kontrolowania poziomu natężenia dźwięku i pod względem czysto-akademickim, Lightning Bolt na OFF Festivalu nie mieli sobie równych. Tylko pozazdrościć perkusisty... Wyobraźcie sobie, jakby to było, gdyby co piąty core'owy zespół miał tak sprawnego pałkarza!

Nieco poniżej oczekiwań wystąpił Daniel Avery będący blisko Drone Logic łącznie 3 minuty i 39 sekund. Pantha du Prince odgrywający The Triad, ku mojemu szczeremu zaskoczeniu, wycisnął z materiału studyjnego 110% i ta "dyszka" to wcale nie za komponenty wizualne, które niestety niczym nadzwyczajnym nie zaskoczyły (były klasyczne, znane z "ery" Laboratorium Dzwoneczków niesymetrycznie rozstawione światła, rekwizyty-maski i zupełnie "żadne" video-loopy), a perfekcyjnie wmontowane noise'owe przejścia pomiędzy kolejnymi partiami jego niemieckiej minimalowej dyskoteki bez alkoholu i narkotyków. Show Me The Body zagrali materiał tylko i wyłącznie z nowej płyty, koncert trwał jakieś 25 minut, i mimo poczucia niedosytu, bo wydaje mi się, że każdy liczył na petardy z EP-ek, to na szczęście pokazali live, że żadne z nich Death Grips i recenzenci mogą spieprzać, bo takie porównania to zwykła potwarz. Pamiętam jeszcze siebie pośród hordy "buciarzy" skaczącej na niewyrabiającym i nierzadko korzystającym z playbacku Yung Leanie oraz melodramatyczną Jenny Hval, która w pewnym momencie przekroczyła tę cienką, w jej twórczości, granicę dobrego smaku i zaczęła deklamować pisankę o tym, jak sami możemy zmienić świat poprzez nasze mikro-gesty i brak obojętności na krzywdy wyrządzane innym. Poza tym światopoglądowym zgrzytem, muzycznie, pierwsza klasa, choć bardziej Apocalypse, Girl, niż Innocence In Kinky.

Czekając na edycję dwunastą

Dokładnie tak – czekając na edycję dwunastą. Mimo wielu zgrzytów, kilku błędów organizacyjnych, maksymalnie cieszy fakt, iż pozornie nic nieznaczące gigi urosły do rangi spektakularnych i topowych w tym roku wydarzeń. A to o festiwalu świadczy bardzo dobrze. Budżetowy regres, brak wielkich (jak choćby MBV) bandów nie przeszkodził, by z v. 2016 zamiast sławetnego performensu Jasia Kapeli w Kawiarni Literackiej (offowa parafraza "Roty" podczas panelu o Żołnierzach Wyklętych) przywieźć dźwiękową pocztówkę w postaci groteskowego występu Sleaford Mods, w trakcie którego Fearn puszczał (używając funkcji "play") podkłady z laptopa i bujał się w ich rytm z lewą ręką w kieszeni dżinsów oraz z puszką piwa w prawej, a lekko wcięty Williamson perorował ze sceny co go tak naprawdę wkurwia i dlaczego "pierdoli Brexit". A, właśnie – z koncertu Lush pamiętam tylko, jak zdaje się Emma Anderson zapewniała nas, iż mimo politycznych niesnasek, wiekopomnego na Wyspach referendum, jesteśmy wciąż "mile widziani".

PS Beatless music Basinskiego w trakcie koncertu Kiasmos zamieniło się w drugą strefę gastronomiczną.

Witold Tyczka    
BIEŻĄCE
Porcys: Equalizer #4
M83Knife + Heart