SPECJALNE - Relacja
Relacja: Off Festival 2015

Relacja: Off Festival 2015

1 września 2015

Za co zostanie zapamiętana dziesiąta edycja OFFa? Za wyrywającą struny Patti Smith albo Kozelka kontynuującego swoją walkę z wiekiem średnim? Za pokazy burleski w Kawiarni Literackiej? A może po prostu za ekstremalne warunki pogodowe? Mnie na przykład tegoroczny festiwal minął głównie pod znakiem efemerycznych zajawek, Arto Lindsaya i wykurwistych gofrów z mascarpone i jagodami, ale zdarzyło mi się być też na kilkunastu koncertach. Więcej szczegółów na temat najciekawszych występów znajdziecie w naszym skromnym rankingu, który dodatkowo rozszerzyliśmy o suplement, czyli po prostu kilka słów o koncertach, którym mniej lub więcej do naszego top 10 zabrakło. –Wojciech Chełmecki

fot. OFF Festival (Adam Burakowski)

Dziesięć najlepszych koncertów festiwalu

Huun-Huur-Tu

Dla mnie Off Festival istnieje dla takich koncertów. Obok występów-marzeń legend z głównej sceny, w eksperymentalnym namiocie wciąż pojawiają się artyści, o których nie miałem wcześniej pojęcia i których już później mogę nie usłyszeć. Huun-Huur-Tu był dla mnie jednym z takich projektów. Grali w parnym namiocie duszną muzykę, co nałożone na siebie przenosiło w zupełnie inny, lepki świat syberyjskiej tundry. Nie wytrzymałem całości w środku, dlatego ogromnie szanuję Huun-Huur-Tu, że oni dali radę pociągnąć cały koncert w swoich tradycyjnych strojach. –Ryszard Gawroński

Legendarny Afrojax

Jedyny (prawdopodobnie) koncert Legendarnego Afrojaxa można ocenić w ten sam sposób co Przecież Ostrzegałem na naszych łamach. Antykoncert antyartysty z materiałem z antypłyty był przeprowadzony w prawdziwie partyzanckim stylu: były komunijny bumboks z podkładami, charczący stary głośnik i samotny wkurwiony Michał Hoffmann. Afro nie poznawał swoich podkładów, pod stoiskiem Thin Man i Wytwórni Krajowej w tłumie stał jeden pijany ultrafanboj krzyczący "Chrystus", a każdy widz z przedniego rzędu próbował nagrać na komórkę chociaż chwilę tej mentalnej brei. Legendarny Afrojax był na Offie geniuszem. Legendarny Afrojax musiał na Offie jeszcze zostać geniuszem. Ten koncert mógł tylko porządnie spolaryzować słuchacza.

Pod koniec występu ktoś obok mnie rzucił "on jest w tej chwili nagi". Chyba to był jeden z momentów, kiedy Afrojaksowi udała się taka sztuka, i to bez zdejmowania ubrań. Zresztą sami zobaczcie:

–Ryszard Gawroński

Arto Lindsay

Bez owijania w bawełnę: dla mnie najlepszy koncert festiwalu. Arto gwiazdorskim krokiem wkroczył na scenę i do ostatnich sekund występu robił wszystko, by nikt nie spuszczał z niego oczu. Ja akurat czasem spuszczałem, a to ze względu na fenomenalny, towarzyszący Amerykaninowi zespół, który nie tylko nie dał się stłamsić charyzmatycznemu liderowi, ale kreatywnymi zaczepkami co chwilę prowokował go do jeszcze większej zabawy swoją przesiąkniętą Ameryką Południową muzyką. Chwilami wyglądało to, jakby Arto egzaminował swoich muzyków, a oni zawsze zdawali celująco, co artysta komentował szczerymi okrzykami podziwu i magnetyzującym uśmiechem. W ogóle gość cieszył się jak dziecko, gibał na wszystkie strony i pozował do zdjęć, a raz nawet, jak Boga kocham, pokazał mnie palcem w reakcji na widok mojej ucieszonej gęby. Ten znakomity koncert może być odpowiedzią na pytanie, dlaczego po latach niezrozumienia Arto Lindsay wreszcie doczekał się renesansu. –Wojciech Chełmecki

Pro8l3m

Kto pod koniec koncertu Ride był nieco z tyłu, ten wie, z jakim impetem tłum rzucił się pod rozłożoną z partyzanta tuż obok ogrodzenia miniscenkę, gdzie już za chwilę miał wystąpić Pro8l3m. I ja się wcale nie dziwię tej euforii: nad koncertem unosił się bowiem duch totalnego wyluzowania, na który złożyły się najlepsze fragmenty Art Brut i C30-C39, hektolitry przelanej na scenie charyzmy (zarówno Oskara, jak i Steeza) no i oczywiście zbiorowe skandowanie refrenów i artbrutowych sampli (w tym "Stówa" poszła dwa razy, z czego raz w ramach bisu, co bardzo sobie chwalę). Jak będziecie mieli okazję iść na koncert Pro8l3mu, to się nie zastanawiajcie – czeka was kawał zajebistej zabawy. –Wojciech Chełmecki

Ought

Chłopaki z Ought kupili mnie od pierwszego utworu, zaczynając koncert moim ulubionym, potężnym "Pleasant Heart", nota bene openerem ich jedynego jak dotychczas albumu. Sprytny trik. Tak jak przewidział to Jacek w naszym przewodniku po Festivalu, występ montrealczyków okazał się energetycznym, gitarowym kopniakiem na najwyższym poziomie. Była większość More Than Any Other Day, było kilka piosenek z nadchodzącego Sun Comes Down, był ultranośny refren "The Weather Song", ostatecznie decydujący o szaleństwach tłumu pod sceną. Aha, zapomniałbym: dwa metry przede mną stała ekipa ze Stajni Sobieski i uprzejmie donoszę, że nie wszyscy bujali się tak jak powinni. Wszystkowidzące oko Porcysa czuwa. –Wojciech Chełmecki

Ride

Chris Ott w odcinku Shallow Rewards poświęconym shoegaze’owi nazwał Ride najlepszym koncertowym zespołem wczesnych lat 90. Z oczywistych powodów nie jestem w stanie tego zweryfikować, ale trzeba uczciwie oddać im należne: było bardzo dobrze. Oxfordczycy zagrali przekrojowy w stosunku do swojej dyskografii, długi (choć dłużący się tylko troszkę) i nie tylko bezpośrednio pod sceną zwalający intensywnością z nóg koncert, podczas którego zdążyli zrobić dobrze zarówno Arturowi Rojkowi (zagrali "Taste"), jak i mnie (zagrali "Seagull" I "Vapour Trail"). Wiecie, żaden ze mnie fan Ride, więc nie wcisnąłem ich na tę listę z sentymentu i niech to będzie wystarczającym argumentem za ich występem. –Wojciech Chełmecki

Patti Smith

Geriatryczne koncerty na Offie zawsze były dla mnie najsłabsze. Na dodatek często odbywały się w czasie występu jakiegoś reprezentanta "nowej muzyki". Oglądanie wypłowiałego Thurstona Moore'a, brzucha Billy'ego Corgana czy odbębnionego gigu The Jesus And Mary Chain zawsze kojarzyło mi się bardziej z jakimś odhaczaniem kolejnych legend z listy niż doświadczaniem czegoś tu-i-teraz ciekawego. Występ Patti Smith był moim pierwszym kontaktem z dobrą stroną trójkowego legendarnego grania: całe doświadczenie, charyzma oraz energia autorki Horses sprawiły, że wzruszeń i poruszeń było tyle, ile w serialu "Cudowne lata". Na tym koncercie widz miał doświadczyć po prostu dobrej energii i tak właśnie było. Jak będę stary, chcę być jak Patti Smith. –Ryszard Gawroński

Sun Kil Moon

Podobno Kozelek wyszedł na scenę pijany. Podobno w pewnym momencie pokazał brzuch i to nie było ładne. Na pewno zabrał jednemu fotografowi aparat, a mojego zioma wygonił z fosy. Obrażał ludzi i jęczał, że nie ma ręcznika. Jednak… wszyscy wyszli wzruszeni. Tak jak w przypadku Patti Smith kluczem okazały się niezliczone pokłady charyzmy. Kozelek mógł i śpiewał o wszystkim i miejscami wykorzystywał to, wpadając w (świadomą?) autoparodię. Żaden przaśny gest nie przysłaniał tego, że on, Mark Kozelek, dzięki swojemu głosowi i gitarze, może tak naprawdę wszystko. Kurde, przecież wzruszeni staliśmy i słuchaliśmy o tym, że on zrobił przed snem 5 pompek. –Ryszard Gawroński

Olo Walicki Kaszebe II

W zeszłym roku Wybrzeże na Offa wysłało w delegaturę Kobiety, a w tym Ola Walickiego i jego spojrzenie na Kaszuby. Na Kaszebe 2 Walicki w trójmiejskim duchu i z nie najgorszym skutkiem wymieszał jazz, psych-rocka oraz archiwalne kaszubskie nagrania terenowe i okrasił je tekstami m.in. Tymańskiego, Nawrockiego i… Doroty Masłowskiej. Podczas występu na Offie artysta i jego koledzy z zespołu grali właśnie utwory z tej płyty i z miłym zaskoczeniem muszę przyznać, że na żywo wypadają znacznie lepiej. Olo grał na "dużych, dużych skrzypcach", gitarze basowej i piłkarzykach oraz trochę śpiewał, ale – nie ujmując reszcie muzyków – show i tak skradł odwalający kosmosy na wieśle Piotr Pawlak (btw, "jak nie znacie", to doznajcie sobie CV tego gościa). Nie przeszkadzały mi nawet sporadyczne nadinterpretacje wokalne, a nawet fakt, że tuż obok mnie siedział Przemysław Gulda. Taki to był dobry występ. –Wojciech Chełmecki

Złota Jesień

Był taki moment, kiedy Złota Jesień miała znowu nie istnieć, a premiera "Młynowa" miała być jej pożegnaniem. Wtedy Andżelika, "bohaterka" okładki tego singla, wrzuciła na swój wall osobiste "cześć", dumna z tego, że mogła uczestniczyć w tej historii. Stojąc w samym środku sceny eksperymentalnej o 15:30 w niedzielę i widząc wypełniony po brzegi namiot, też jarałem się, że mogłem w tym uczestniczyć i kiedyś zorganizować koncert tego zespołu, który nagle stał się kompletnym i skończonym projektem porywającym tłumy. Ten występ mógł kompletnie się nie udać ze względu na porę, brak ludzi czy duchotę. Jednak w tym pogo z kolesiem strzelającym z wodnego pistoletu-penisa znowu czuć tworzącą się historię. Macio Moretti bardzo, bardzo wysoko podniósł brwi z szacunem na tym koncercie. –Ryszard Gawroński

fot. OFF Festival (Adam Burakowski)

Suplement

Sunn O)))

Podobno niekończący się drone O’Malleya i spółki słyszeli pasażerowie przelatujących nad Katowicami samolotów. Moja dziewczyna nie wytrzymała tego występu nerwowo, więc ulotniłem się chwilę przed końcem, ale nawet spod oddalonej o kilkadziesiąt metrów sceny głównej odczuwałem drgania na koniuszkach palców. Co tu dużo gadać – Sunn O))) zagrali i zaprezentowali się na scenie dokładnie tak, jak sobie to wyobrażałem.

Susanne Sundfør

Najlepsze momenty tego koncertu to te, w których skandynawskie zimno Sundfør przybierało postać lodów truskawkowych – czyli gdy jej egzaltowane pozy i lekko pretensjonalne ruchy zamieniały się w niekontrolowane wybuchy entuzjazmu. Dokładnie tak jak w kulminacyjnym, wspaniałym "Delirious". Byłoby natomiast znacznie fajniej, gdyby Norweżka nieco uatrakcyjniła setlistę i częściej stawiała na żywsze kawałki. Gdy zdarzało się jej bowiem przynudzić kilkoma synth-balladkami pod rząd, wkurwiałem się na siebie, że nie poszedłem na jednorazowy gig Afrojaxa albo przynajmniej na koncert Peaking Lights.

Kristen

Z bólem serca spóźniłem się na Komendarka, więc to był mój pierwszy koncert tegorocznego Offa. Nie będę ukrywał – twórczość Kristen nigdy specjalnie mnie nie grzała, chociaż na żywo wypada znacznie lepiej, zwłaszcza fragmenty z The Secret Map. Tak mi się przynajmniej wydawało w trakcie występu, ale mógł to być entuzjazm towarzyszący początkowi festiwalu, bo z perspektywy całości – na tle innych gitarowych występów – szczecińskie trio wypadło jednak dosyć blado.

King Khan & The Shrines

Heszke w meszke, a to ci dopiero niespodzianka! Poszedłem pod scenę główną trochę z dupy, szykując już po cichu zblazowane, cyniczne komentarze, ale ustalmy coś: NIE ŻAŁUJĘ. King Khan latał po scenie w pióropuszu, złotym kombinezonie i stanowczo zbyt krótkich spodenkach, wzorcowo odgrywając rolę charyzmatycznego gwiazdora w starym, seventisowym stylu, a jego zespół (z klawiszowcem na czele) w mieszance funku, soulu i rockandrolla sukcesywnie dawał ujście nadmiarom energii. Jasne, trochę to granie na piknik rodzinny, a trochę James Brown dla ubogich, ale weźmy pod uwagę, że Brown akurat nie żyje, a to był kurewsko zaraźliwy koncert – na początku tańczyły trzy pierwsze metry pod sceną, na końcu już trzy ostatnie.

Sun Ra Arkestra

Po koncercie Kozelka raczej ciężko było się skupić, toteż odpuściłem sobie takie próby, ale też kierowany przez Marshalla Allena zespół trafiając idealnie w punkt między niezbyt angażującym, piosenkowym jazzem a lekko bujającym soulem, dał idealny podkład do położenia się na zielonej trawce i zluzowania pośladów. I nie jest to bynajmniej żaden zarzut. Należy docenić barwność, oryginalność, zgranie i żywotność tej już sędziwej, ale wciąż dryfującej w kosmosie ekipy.

Xiu Xiu gra muzykę z Twin Peaks

Najbardziej ambiwalentny koncert tegorocznego Offa. Przyjemnością nie tylko było słuchanie natchnionych partii wibrafonu Shayny Dunkelman, maestrii gitarowej Jamiego Stewarta czy po prostu wzruszającego wykonania głównego wątku serialu, ale również obserwowanie jak scena zmienia się w teatr, po którym muzycy zręcznie się wiją, przeskakując od instrumentu do instrumentu. Z drugiej strony jeśli był to spektakl, to jednak chwilami jak wyjęty z wykwitów najułomniejszych scen awangardowych. Mowa tu o niektórych (nad)interpretacjach wokalnych Stewarta ("Sycamore Trees"…), które w stosunku do reszty jego zachwycających, artystycznych uniesień, wypadały po prostu karykaturalnie. No i jeszcze mała wpadka techniczna – zza ogrodzenia bardzo wyraźnie przebijał set Tornado Wallace’a.

3FoNIA

Ależ jestem pozytywnie zaskoczony występem Jacka Mazurkiewicza! Na początku trochę błądził, gubiąc się w gąszczu niepotrzebnych trzasków, ale gdy w pewnym momencie wrzucił tryb motorik, fenomenalnie programując sobie bit, wszystkie jego ambientowo-kameralistyczne sztuczki zaczęły nabierać sensu i po chwili siedziałem już oczarowany. Piszę siedziałem, bo trzeba jeszcze podkreślić skromność Mazurkiewicza, który sam namawiał do przyjęcia pozycji siedzącej, a później z rozbrajającą szczerością przyznał się, że nie potrafi odtworzyć utworów z jednego ze swoich albumów.

Steve Gunn

Poszedłem, bo nie przepadam za Innercity Ensemble (po relacjach znajomych trochę zażałowałem tej antypatii), a na zdjęciach typek wygląda trochę jak Sondre Lerche. Powiem wprost: na żadnym innym koncercie się tak nie wynudziłem. Gitarowe prykanie bez polotu i kilka nieśmiesznych żartów – tak zapamiętam offowy gig Steve’a Gunna. Nie polecam.

Małe Miasta

No dobra, nie było mnie tam. Ale musiałem wcześniej wyjść ze Złotej Jesieni i siedząc w strefie chillu zza płotu uderzyła mnie tak ogromna dawka niedojebizmu, że aż trudno w to uwierzyć. Ktoś zrobił tym chłopaczkom straszną krzywdę, wmawiając, że potrafią tworzyć muzykę, a jak dodać jeszcze to, co oni wykrzykiwali ze sceny…No naprawdę, ręce opadają. Ich ostatnim utworem był kawałek o nieudanym koncercie; cóż, przynajmniej sami się podsumowali.

Iceage

Nie wiem czy Elias Rønnenfelt był napierdolony, czy tylko dobrze się wczuł w brudną kreację, ale jego pijackie jęki dobrze dopełniały wygląd reszty zespołu, wystarczyło spojrzeć na wyciągnięty wprost z zakamarka jakiejś meliny podkoszulek Jakoba Plessa, basisty zespołu. Poeeem tak: rozumiem narzekających na przewagę kawałków z Plowing Into The Field Of Love, ale ja tam bardzo sobie ten album cenię, więc jestem z tego koncertu zadowolony, choć umiarkowanie, bo moim zdaniem wykon na żywo nie wniósł do muzyki Iceage za wiele jakości. Może to gorszy dzień, a może już tak mają.

Run The Jewels

Ha, wyczekałem Was! Wszyscy pewnie myślą, że nas całkiem posrało z brakiem Run The Jewels w naszym top 10, co? Już śpieszę z wyjaśnieniem: nie wiem czy Rysiek był na tym koncercie, ale ja ze względów logistycznych zaliczyłem tylko około jego połowę. Stąd właśnie ta absencja. Interpolując jednak to co działo się w tym czasie, gdybym pozostał do końca, Ride zapewne dostałoby kopniaka. W ciągu tych 45 minut byłem bowiem świadkiem jednego z najbardziej żywiołowych fragmentów tegorocznego Offa, a sami RTJ to po prostu definicja bossostwa: żarliwe nawijki, błyskotliwe zagajanie między utworami, peany na temat polskiej wódki i absolutnie pozytywna kontrola tłumu. Żałuję czmychnięcia, bo całościowo mógłby to być najlepszy koncert festiwalu.

–Wojciech Chełmecki

fot. OFF Festival (Adam Burakowski)

Post Scriptum

Skoro Wojtek opisał w suplemencie sporą część koncertów z tegorocznego Offa, ja pozwolę sobie po prostu zebrać garść wrażeń i przemyśleń, jaka pojawiła mi się podczas krążenia pomiędzy scenami w Dolinie Trzech Stawów. Off Festival jest zbudowany na sprawdzonym i powtarzanym co roku przepisie, co niesie ze sobą wszystkie dobre i złe strony tej sytuacji. W Katowicach w sierpniu zawsze, co roku, nastoletni idol Artura Rojka zagra w tym samym czasie co przedstawiciele ciekawej muzyki. Jeden dzień eksperymentu będzie pod kuratelą legendy, a podczas drugiego będziemy badać folk. Obligatoryjnie zagra dwójka lub trójka przedstawicieli rapu i metalu. Będą "dzikie koncerty" i coś dla Wychowanych Na Trójce. Ułożenie line-upu można przewidzieć wcześniej, a na sam festiwal można jechać jak na coroczny regenerujący wyjazd na kolonie.

Nie wiem tylko, czy można tak ciągnąć do końca świata i jeden dzień dłużej. Poprzednie edycje festiwalu zwykle dodawały jakiś nowy element do Wielkiego Planu. W zeszłym roku na przykład powstał pomysł folkowego dnia na scenie eksperymentalnej, by uczcić pamięć Oskara Kolberga. Podczas Off Festivalu 2015 nie zostało rzucone żadne artystyczne wyzwanie w przygotowaniu programu. Jasne, wszyscy bardzo dobrze się bawiliśmy i spotkaliśmy mnóstwo znajomych widzianych tylko raz do roku w Dolinie Trzech Stawów. Jasne, pojedziemy za rok i będzie znowu fajnie. Super by było być jednak w jakikolwiek sposób stymulowanym formułą tego, co się dzieje. Warto chyba, by autorzy programu Off Festivalu przyjrzeli się Unsoundowi czy pomniejszym festiwalom, takim jak Match & Fuse czy LDZ Music Festival. Mamy na początku sierpnia zawsze siedzieć w strefie komfortu? Trochę to będzie zbyt wygodne.

Przez to, że Off w tym roku tak bardzo trzymał się programowo wypełniania corocznego planu, czasem bardzo mocno było widać w nim dziury. Piątkowy koncert Residents był tego doskonałym przykładem. Dlaczego taki awangardowy koncert rozgrywał się na głównej scenie? Dlaczego w tym czasie nie mógł zagrać Blunt, który wypełnił cały namiot eksperymentalny? Oglądanie tak zagubionego koncertu było bardzo trudne. Czasem doświadczenie prowadzi do oderwania od rzeczywistości. Residents w 2015 roku zdecydowanie nie rzucają wyzwań i są lekko wyblakli na tle reszty awangardy.

Doświadczenie i obycie jednak potrafią prowadzić do znakomitych sytuacji. Koncerty Ride i Patti Smith pokazywały, że w byciu na scenie x lat są moc i siła porywająca tłumy. Autorka Horses po prostu dobrze bawiła się występem, o czym pisałem w naszym koncertowym top10. Ride grało dla Rojka, dla nas, dla siebie – dla wszystkich.

Innym ważnym elementem, jaki przewijał się podczas koncertów, była charyzma. Miała ją Patti, miał ją Blunt, mieli ją Run The Jewels i jechał na niej Kozelek. Nawet jeżeli do niektórych z tych koncertów można się przyczepiać (zwłaszcza do absurdalnego świecenia stroboskopem w tłum na Deanie Bluncie, czego dla mnie nie tłumaczy nic), to wszelkie wady były łatane osobowością artystów.

Co mi się marzy na Off Festival 2016? Mam nadzieję, ze trochę pozmienia się schemat programowy. Bardzo liczę na wyzwanie, które znowu mnie zainspiruje do skupienia na nim przez cały festiwalu. Fajnie byłoby, jakby polscy artyści pojawiali się w line-upie później. Tłumy na Złotej Jesieni pokazały, że nie ma w tym temacie ryzyka. Wiadomo, ten argument i rozkmina robi się już komunałem powtarzanym co roku. Może w tym właśnie ukrywa się szukane przeze mnie wyzwanie?

Ja na Offa i tak pewnie pojadę za rok. Może jednak potrzeba trochę tego komfortu i zbicia piątki z ziomkami? –Ryszard Gawroński

Zdjęcia: OFF Festival (Adam Burakowski)

Wojciech Chełmecki     Ryszard Gawroński    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019