SPECJALNE - Relacja
RBMA Weekender 2014

RBMA Weekender 2014

23 lipca 2014

RBMA Weekender przyjechał po raz pierwszy do Polski. Nadwiślana odsłona imprezy czarowała rozmiarem, lokalizacją, dość często nagłośnieniem. Ale nie możemy dopuścić do tego, że plusy przysłonią nam minusy. Dla kogo to było to wydarzenie? Ano do końca nie wiadomo.
Głównie dlatego, że RBMA w Polsce zaczyna dość skromnie. Biorąc pod uwagę rozmach weekendowej imprezy w pobliskim Sztokholmie (16 wydarzeń, 78 artystów), nie mówiąc o ogromnym festiwalu w Nowym Jorku (miesiąc imprez, artystów tyle, że nie chce mi się scrollować), trzy i pół sceny na warszawskiej edycji musiało wyglądać co najmniej intymnie. Jeśli chodzi o dobór występów – wyszła mieszanka na tyle eklektyczna, że każdy znalazł zapewne coś dla siebie, ale i na tyle eklektyczna, że mało komu chciało się wydać stówę. Efekt? Spotkałem Łacheckiego, a zaraz potem dwóch ziomów, którzy nigdy nie słuchali żadnej muzyki. Klimat imprezy był więc mocno niezobowiązujący, co potęgował jeszcze fakt, że sektor z browarem zaczynał się zaraz za reżyserką. Ze dwa koncerty przesłuchałem w całości strefie gastro, a i tak mam na ich temat szereg opinii (nie wiem jak wygląda Ladi6, ale dawała radę). A to garść innych uwag.


RBMA Weekender 2014


Koncert Danny'ego Browna był tak chujowy, że wspaniały.

Zakładaliśmy się przed koncertem, czy na Brownie, który grał po projekcie BRODKA XS, który to z kolei otwierał listę artystów na plakatach, więc teoretycznie był najbardziej headlinerem, będą miliardy osób, czy raczej dwa rzędy osób. Wyszło gdzieś pomiędzy. Frekwencja była większa niż na wszystkich innych występach na głównej scenie, ale niewiele. Brown zaczął z półgodzinnym opóźnieniem, poprzedzony dziesięciominutową rozgrzewką, podczas której rozentuzjazmowany SKYWLKR zaprezentował w brostepowej oprawie wszystkie kawałki, od których nie możecie się oderwać (''Shabba'', ''Love Sosa'' etc.). Szczerbaty hurtem, bez niemal żadnych przerw, pozwalając sobie na minimalną interakcję z publicznością, odegrał kilkanaście utworów, które niżej podpisany odśpiewał z żenującą pasją, ale osoby, które z twórczością nie są za pan brat, postrzegały jako jednostajny hałas. Jak na faceta, który regularnie opisuje swobodę w nawiązywaniu relacji usta-penis, był bardzo sztywny (hy hy, that's what she said), raz zszedł do publiczności, a gdy odezwał się między piosenkami, to tylko po to, by zareklamować Red Bulla.

Jessy Lanza nie zrobiła wiksy tylko dlatego, że jest lato.
Przed festiwalem Jacek zastanawiał się, jak Amerykanka poradzi sobie na głównej scenie. Nie jestem wciąż pewien. Miotała się szaleńczo nad swoją tablicą przyrządów, podkreślając klubowo-taneczny charakter muzyki. Rozkręcając się dość powoli, tłumu ostatecznie nie porwała, ale do ostatecznej wiksy zabrakło nieco ciemniejszego nieba i po dwóch browarów na głowę.

Nie bądź smutna, Aniu.
Podobnie jak Lanza, Chloe Martini postanowiła wykręcić mocno taneczny set, jednak co z tego, skoro umiejscowienie sceny, na której występowali DJ-e i producenci (w holu Teatru Studio, właściwie w przejściu i obok baru), było bardzo niewdzięczne. Dziwnie być na koncercie w pierwszym rzędzie. Jeszcze dziwniej, kiedy nie ma rzędu drugiego. Scena w ogóle była dosyć trudna, najwięcej tańczących zebrał Onra, co mnie bardzo zdziwiło, ale niepotrzebnie, bo mądrzejsi wyjaśnili mi, że Francuz cieszy się sporym street creditem w naszym kraju i gości tu dość często.

To ile płyt wydała Brodka?
Brodka XS nie jest przypadkowym skokiem na kasę, ani jakąś tanią imitacją twórczego działania. Koncert Żywczanki był jednym z najmocniejszych punktów festiwalu, bo – chcąc nie chcąc – każdy, kto nie jest głuchy, kojarzy wszystkie jej utwory, więc sympatia do znanego łączy się tu z przyjemnym WTF. Wraz z przearanżowaniem nastąpiło też swoiste przekonstruowanie niektórych piosenek, szczególnie tych znanych z debiutu. Nie przegapcie, jeśli pojawi się w Waszym mieście, bo naprawdę warto.

Pink Freud grający Autechre brzmią jak Pink Freud grający Pink Freud.
Wydawać by się mogło, że to właśnie ten projekt zebrał najwięcej spragnionych trudnej muzyki fanów. Przy wejściu na Scenę Teatralną działy się sceny iście dantejskie – ludzie wspinający się na ścianki oddzielające korytarz od siedzeń, niesamowity ścisk i napieranie. „Cóż za istotne wydarzenie!” pomyślałem, przykładając palec do brody, ale wystarczył rzut oka ponad głowami tłumu, by zrozumieć, że w większości sali ludzie siedzą, zajmując zdecydowanie za wiele miejsca. Szał był mimo wszystko spory i chociaż nie potrafiłem rozróżnić większości utworów brytyjskiego duetu, projekt sprawiał wrażenie dogłębnie przemyślanego. Ogromne propsy za wizualizacje, mam nadzieję, że zobaczę to jeszcze w lepszych okolicznościach.

Ras, Vienio, cośtam
Nie mogę powiedzieć, że zawiodłem się na Niewidzialnej Nerce Na Żywo, bo nie wiem dokładnie, czego oczekiwałem po scenicznym wykonaniu projektu przygotowanego pod płytę. I nawet jeśli zaczęli bardzo pod publiczkę, łagodną reinterpretacją Kalibra, to potem towarzyszyło mi znane wrażenie „Można, tylko po co?”. Ras i Vienio dwoili się i troili, opowiadali kombatantkę, wspominali kolegów, ale wybrałem jednak piwo z wódką (które droższe było pod dachem niż w miasteczku gastro przy dużej scenie, to taka ciekawostka).

An On Bast / Maciej Fortuna / nie wiem co się dzieje
Ta etykietka, że to pierwsza dama polskiej elektroniki, nie jest chyba przesadzona. Spośród setek projektów, zaprezentowanie właśnie kolaboracji z Maciejem Fortuną wydawało się w tym dostojnym miejscu najbardziej odpowiednie. Duet jechał Pendereckim tak zdekonstruowanym, że gubiłem się w identyfikacji czegokolwiek (nie że znam się na jego muzyce, ale po prostu coś się działo onirycznego tutaj), basy wprawiały poślady w drgania (siedziałem, wszyscy siedzieli), obrazka dopełniał VJ, który średnio dopasował się do muzyki, ale za to ruszał się rytmicznie. Niesamowite.


RBMA Weekender 2014

Looptroop Rockers jednak nie.

A taka fajna, dynamiczna fota. Najsłynniejszy szwedzki zespół hip-hopowy okazał się, przynajmniej w wydaniu koncertowym, mało lokalny i egzotyczny, za to bardzo ciążący w stronę kultury dreadów. Pomiędzy jednostajne skoczne motywy o czymśtam, MCs wpletli zapowiedzi walki z mrokiem, nawoływanie do zerwania mentalnych kajdan i odezwy adresowane do wewnętrznego piękna w człowieku. Chciałem spuentować to odniesieniem do nieuczciwych korporacyjnych praktyk Red Bulla, ale okazuje się, że na tle innych firm o podobnych przychodach, Austriacy są całkiem spoko. Tak więc – koncert Looptroop Rockers był po prostu słaby.

Kamp! zagrali nowy materiał.
Ponoć. Brzmiał podobnie do starego i wcale nie jest to zarzut.

Żałuję, że nie poszedłem na The Moritz Von Oswald Trio.


RBMA Weekender 2014

Filip Kekusz    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019