SPECJALNE - Relacja

Off Festival 2008

29 listopada 2008



Off Festival
8-10 sierpnia 2008


Godzina po godzinie.

8 sierpnia

14:15 – 14:45 Afro Kolektyw (Scena Offensywy)
Afro Kolektyw wypalił, ale to było później. Najpierw strzelali organizatorzy. Pierwszy pocisk: występ w piątek o 14.15. Źle, niedobrze, ale niby można wstać w środku nocy. Gorzej, że w magazynku został jeszcze nabój i doczytałem na stronie festiwalu, że Afro Kolektyw zagra dla państwa całe 30 minut. Warszawski sekstet, jako kapela poszukująca odnalazł w lufie zagubiony pocisk i strzelił... We własną stopę. Cztery nowe numery + dwa z Płyty Pilśniowej = żadnego szlagieru z Czarno Widzę. Rozumiem, że trzeba promować nową płytę, ale pomyślmy o biednym inżynierze Mamoniu. Zwłaszcza, że z tych niewydanych utworów dwa świetne, ale też dwa słabsze. "Mężczyźni Są Odrażająco Brudni I Źli" opatrzone najlepszym tekstem, jaki miałem okazję czytać z ruchu jego ust. Z drugiej strony "Będę Was Bić Mocno I Długo" trochę mnie odrzuca lirycznie, za to, fakt, instrumentalnie świetnie. Z vocoderem niestety coś nie wyszło. Poza tym bujna konferansjerka, stawanie na głowie – no, prawie, granie na thereminie – no, prawie i najlepszy polskojęzyczny koncert na Offie – jak wyżej. –Jan Błaszczak

16:00 – 16:40 Budyń i Sprawcy Rzepaku (Scena Offensywy)
Niektórzy informatorzy szepnęli mi przed koncertem do ucha, że pan Budyń podobno kiedyś przez pół godziny występu mówił ze sceny niemiłe rzeczy o waszym ukochanym serwisie Porcys! O! Od pierwszej więc nuty próbowałam obudzić w sobie ducha przekory i Budyniową muzykę na żywo pokochać. Zwłaszcza wobec braku jakichkolwiek wcześniejszych tego typu doświadczeń, jak również ze Sprawcami. Niestety, przez dwadzieścia minut, które wytrzymałam w namiocie nie udało mi się to. Przez cały czas przypominała mi się z niepokojącą częstotliwością piosenka "Mój Dżez" z Polovirusa. Jakoś tak po prostu chodziła mi po głowie. Nie pomogło nawet kilkakrotne powtarzanie ze sceny wesołego dowcipu polegającego na liczeniu ludzi – dwieście jeden, dwieście dwa, dwieście trzy... i tak za każdym razem, gdy jedna piosenka się kończyła, a druga jeszcze nie zaczęła. Może to i dobrze, że przerywniki były tak łatwe do zidentyfikowania, bo piosenki nie do końca się od siebie różniły. Uff. Ale nazwa Sprawcy Rzepaku brzmi ładnie, naprawdę. –Zosia Dąbrowska

16:45 – 17:30 Homo Twist (Scena Główna)
Pewnego poranka Jakub Bator, radny Prawa i Sprawiedliwości z Krakowa obudził się i nagle przyszło mu do głowy, że należałoby przyznać jakiś order zasług Maciejowi Maleńczukowi, a najlepiej order Cracoviae Merenti:
– On tutaj zaczynał na ulicy. A teraz jest żywym symbolem naszego miasta – tłumaczy działacz i sympatyk PiS-u w Gazecie Krakowskiej przecierającym oczy ze zdumienia rodakom. – I co ważne, nie wyniósł się robić kariery do stolicy – dodaje.
Rzeczywiście, argument nie lada.

Maciej Maleńczuk ma ostatnio szczęście do otrzymywania komplementów z nie do końca oczekiwanej strony. Bo nie dość radnego PiS, nawet ja, podczas któregoś z kolei piątkowego koncertu na Offie, westchnęłam do kolegi Jędrzeja: – To straszne, na razie najbardziej podobał mi się Homo Twist. No i właśnie. I co ważne, jak to ujął radny Bator – Homo Twist potrafił zagrać koncert, na którym nie usnęłam nie będąc żadną tak zwaną wielką fanką. Co by nie mówić Maleńczuk pokazał co poniektórym, że może i lata przemijają i popełniło się w międzyczasie jakieś Wolności Słowa czy inne Chamstwa W Państwie, ale za to jest się zdolnym, potrafiło się napisać tekst i go zaśpiewać, stworzyło się "Portfel Ojca", który zagrało się na koniec koncertu. Coś się po prostu dzieje, ktoś coś opowiada. Z mojej dosyć znudzonej piątkowym festiwalem strony, porównawczy plus za to. –Zosia Dąbrowska

18:35 – 19:20 Muchy (Scena Offensywy)
Deszcz lał, a tak się akurat złożyło, że Muchy grały w namiocie, więc tak czy siak, trzeba było być na ich koncercie. Pod sceną królowała rzesza wiernych fanów, którzy jak to prawdziwi wielbiciele, pamiętali o urodzinach Piotra Maciejewskiego (aka Drivealone) i dziarsko odśpiewali mu sto lat. Poza tym wyrażali swój zachwyt nad muzyką zespołu w sposób na tyle manifestacyjny, że stojąc nieco za nimi i ja podrygiwałem w górę i w dół razem z poruszającą się podłogą. Same Muchy zagrały trochę pewniaków takich jak "Najważniejszy Dzień", "Galanteria", nieco odmienione w stosunku do oryginału "21 Dni" czy bisowe "Miasto Doznań", lecz nie zabrakło przy tym odrobiny niespodzianek w postaci "Jane Fonda" z czasów jeszcze sprzed oficjalnego debiutu czy wieńczącego koncert, zupełnie odbiegającego od reszty utworów coveru Bielizny. Swoją drogą bardzo udany. Warte odnotowania jest tragiczne nagłośnienie (przede wszystkim za cichy wokal), które w znacznym stopniu zepsuło mi odbiór koncertu i nie pozwoliło się nim w pełni cieszyć. W każdym razie dla takiego umiarkowanego fana Much jak ja było całkiem w porządku, z dobrą selekcją utworów, tragicznym brzmieniem i co odbieram jako bardzo miłe i fajne – wyrobioną publicznością. Nie mam nic przeciwko, choć do fanów nie dołączę. –Łukasz Halicki

19:25 – 20:35 Of Montreal (Scena Główna)
Nie było chyba w 2007 roku większego apologety albumu Hissing Fauna: Are You The Destroyer? niż ja. Noce i dnie trawiłem na przekonywaniu społeczeństwa, że Of Montreal, to nie tylko słynne Satanic Panic In The Attic. Potwierdzenie tego stanu rzeczy odnajdziecie w polskiej twórczości blogowej (dla wytrwałych). Teoretycznie powinienem więc być maksymalnie zachwycony mysłowickim gigiem. Nie jestem i dobrze, bo jeszcze zgwałciłbym jakieś muzy. Rzeczywiście, nie mam pretensji o setlistę: szkoda, że... Ale niech będzie. Tym, czego mi brakowało był najnormalniejszy w świecie, koncertowy groove. Rozpoczynające "Suffer For Fashion", to przecież czysta energia skondensowana do 3 minut. Jasne, handclapy, gitarki, wokalizy – ekstra wszystko, ale gdzie jest jakiś beat do tego? Na szczęście Montreal się rozkręcał a w połowie "Gronlandic Edit" pojawił się perkusista: "i nawet się kurwa stamtąd nie ruszaj" – rzucił kolega. Poskutkowało. Wreszcie byliśmy w domu. Zwłaszcza, że chwilę później usłyszeliśmy porywające "She’s Rejecter" ("And I know you're not her / Cause the girl of my dreams is probably god", huh) oraz epickie "The Past Is A Grotesque Animal" zakończone w niezwykły, neopsychodeliczny sposób (jeden z mocniejszych momentów festiwalu). Oczywiście, były jeszcze malowanki, baloniki, przebieranki – "istny jarmark cudów". I w tych bajkowych okolicznościach przyrody dotarliśmy do bisów, kiedy to zespół zaserwował nam "The Party’s Crushing Us" a statyczna publiczność udowodniła, że raczej nie. Może ja liczyłem na techno? –Jan Błaszczak

23:30 – 00:30 Caribou (Scena Leśna)
YouTube pomaga oszukiwać ale na szczęście powstrzymałem się i nie s-psułem niespodzianki, poprzestając na jedynie rzuceniu okiem na słowne opisy tego co Dan Snaith prezentuje na żywo. Płyt on wielkich nie nagrywa, wiadomo, ale relacje sugerowały, iż występy daje pierwszej klasy. Zresztą i mysłowicki koncert, jak już pewnie wiele razy czytaliście, komentowany jest entuzjastycznie. Od krótkiego "genialne" po młodzieńcze "kurwa stary nie zasnę tej nocy" – oto co mi się zdarzyło osobiście usłyszeć na ten temat. I wiecie, z prozaicznych powodów widziałem jedynie ostatnie 10 minut tego koncertu, ale nie tylko wierzę słowom znajomych ale i się z nimi zgadzam, popieram, dajcie do podpisu. Krystaliczne nagłośnienie, precyzja gry godna zegarmistrza sprzed wojny, sztubacka radość z muzyki i w kilka sekund poczułem wzruszenie, które zresztą wydawało się być oczywiste dla całej publiczności. Rytm to jeden z najprostszych sposobów przemówienia do drugiego człowieka i można się jego generowaniem łatwo zachłysnąć (vide ostatni kawałek koncertu British Sea Power – zero zero, co to było?), ale dostanie się go w Powołane ręce takich MacGyverów jak Snaith i jego dwaj kumple zaowocowało najmilszym mi momentem festiwalu. I chyba pozostałoby tak nawet gdyby wcześniejsze kilkadziesiąt minut było słabe, co zresztą jest jest – kurde - niemożliwe. –Jędrzej Michalak

00:30 – 01:45 Mogwai (Scena Główna)
Wszyscy dobrze wiemy, że od dobrych paru lat Szkoci nie nagrali niczego co by wykraczało poza ramy przyzwoite / dobre. Tym niemniej renomę w półświatku mają, w związku z czym reklamowanie byli jako jedna z głównych gwiazd festiwalu. Na ten tytuł bez wątpienia nie zasłużyli sobie koncertem, a raczej jak już zostało tu napisane, podziałała renoma i magia nazwy. Podczas gdy 4 lata temu w Proximie, pomimo tragicznego nagłośnienia, spokojnie dało się rozpoznać każdy następny utwór, to podczas występu na Offie odniosłem wrażenie, że na przekór dobrym warunkom brzmieniowym i znajomości całej dyskografii zespołu, nie jestem w stanie rozpoznać prawie niczego. Kawałki z zeszłorocznego Mr. Beast niestety koncertowo wydały się jeszcze słabsze niż na płycie i swojego honoru zespół musiał bronić starszymi, sprawdzonymi nagraniami – "Mogwai Fear Satan", które można dziś uznać za coś na kształt ich znaku firmowego i generalnie hymnu post-rocka, poraziło siłą skondensowanego dźwięku, pozytywnie odznaczyło się także mniej hałaśliwe "Hunted By A Freak" oraz "2 Rights Make 1 Wrong". Z "nowości" dał radę z jeden utwór, ale nawet nie jestem w stanie przypomnieć sobie co to było, a samo wyróżnienie przypada tutaj w zasadzie tylko za fakt odróżniania się od całej bezbarwnej reszty. Chociaż warto było postać dla tych 3-4 kawałków. Nie tylko z sentymentu. –Łukasz Halicki

9 sierpnia

14:15 – 14:45 Bajzel (Scena Offensywy)
Na Bajzla udało mi się załapać dwa razy. Na scenie MySpace było mniej ludzi, więc luźniej i lepiej, ale koncert pod namiotem trzeba zaliczyć do udanych. Wiadomo, podkłady przygotowane, na scenie mikrofon oraz bajzel z gitarą. Całość na pewno brzmiała ciężej niż na płycie. Po wysłuchaniu "Sweet Bombs" i "Sun" liczyłem bardzo na cover McLusky, była Nirvana i trudno było się tą wersją nie cieszyć. Ponadto, pomimo ostrych rockowych piosenek w repertuarze, udało się Bajzlowi przemycić trochę południowoamerykańskiej atmosfery. Pożądana umiejętność, zwłaszcza w przemakającym namiocie. –Jan Błaszczak

18:00 – 19:00 Karol Schwarz All Stars (Scena Structura Experimental)
Jak przystało na reprezentację Pomorza eksperymentują, mają niecodzienne poczucie humoru i nazwę: Karol Schwarz All Stars. Nie wiem, czy to z tych powodów, ale chyba każdy większy polski serwis napisał już o nich coś dobrego (my także – zerknijcie na porcast). Nie będę wyłamywał się z szeregów. KSAS zaprezentował ciekawą, błądzącą pomiędzy noisem, shoegazem, a delikatnymi ambientowymi brzmieniami, muzykę. W to wszystko wprzęgnięte zostały teksty Rafała Wojaczka ("Ostatnia Modlitwa Bohaterów", "Prośba") i Piotra Szwabe ("Krótkie Spojrzenie, Stocznia, Konkret"), co udało się zrobić naturalnie i bez popadania w zbędny patos. Pewnie, były minusy – Jacek trochę gubił tekst i w ogóle był takim Tonym Cliftonem, co na pewno niektórym przeszkadzało (podobno już jest ex-członkiem zespołu). Poza tym czasami beat-maszyna trochę zagłuszała gitarę, ale i od niej można było odpocząć podczas utworów tj. "Kompressor Does Not Dance" (dla fanów Kings Of Caramel na przykład). Zresztą, bądźmy trochę web 2.0 – sprawdźcie sami! –Jan Błaszczak

20:05 – 21:05 Menomena (Scena Leśna)
Zniechęcony długą podróżą do Mysłowic (w okolicach tzw. giełdy samochodowej nie ma nigdy nikogo, kto mógłby zrobić cokolwiek, nie mówiąc już o wskazaniu kierunków, a Artur najwyraźniej ograniczył rozsyp drogowskazów do ścisłego centrum), uprzyjemnianą przez transmisję w radio wycinków gigu jednego z na wpół duńskich śpiewaków i nowego hitu Rofotobii, znalazłem się nieoczekiwanie pod sceną leśną pośród wczorajszego błota i rozstawionej cokolwiek podłogi z drewna, otoczony, jak miało się okazać, podrygującym trzy razy szybciej niż wskazywałby bas Litwinem, znajomymi twarzami i pamiątkami wprost ze stoiska z pamiątkami. Menomena, jako trzeci w kolejności występujący band ze zbioru tych, za na których wjazd co najmniej można zapłacić, skromnym wykonaniem rozdupczania perki, kawałków z pierwszej płyty, kawałków z drugiej płyty oraz interakcji z publiką, skradł od chuja serc i zaskarbił sobie lub organizatorom solidną wielokrotność 40 PLN, a nie pamiętam ile kosztowały t-shirty. Całość 7.0, jak nie trochę więcej. Kto twierdzi inaczej ten nigdy nie pił browara. –Mateusz Jędras

22:05 – 23:20 British Sea Power
Na plakatach i billboardach mieli podobnie jak Mogwai największą czcionkę, czego szczerze mówiąc trochę nie rozumiem. Dostali dużą scenę, godzinę taką akurat, bo nie były to jeszcze czasy dla nocnych marków, więc praktycznie każdy kto nie zgasł wcześniej od nadmiaru alkoholu, mógł sobie na BSP wpaść. Z ciekawości i ja sobie zaszedłem, bo debiut to taki nawet fajniutki mieli, te dwie następne płyty też się da słuchać, więc czemu nie, pomyślałem. Dzisiaj mógłbym przytoczyć całą masę powodów "czemu nie" i Stelmi pytający ze sceny "do you like rock music" wypada chyba jako pierwszy. Grali bezbarwnie, brzmieli tandetnie stadionowo, a do tego wszystko zlewało się w jedną, wleczącą się, nijaką piosenkę. Gdyby nie przerwy między utworami, nie wyczaiłbym końca jednego i początku drugiego. Oj, no może trochę przesadzam, ale naprawdę solidnie się wynudziłem. Radę dało "Waving Flags" i jeszcze jeden utwór niedaleko po, choć w sumie to też były takie przeciętniaki, po prostu były lepsze od reszty. Tej całej szopki z gitarzystą skaczącym w tłum i jakimś 10 minutowym gitarowym walcem na koniec, nie uświadczyłem, ale z wielu powodów nie czuję by ominęło mnie coś ważnego. –Łukasz Halicki

00:00 – 01:00 Jacaszek (Scena Structura Experimental)
Prawdą okazało się, że scena eksperymentalna, umiejscowiona w małej salce, to istny koszmar i test wytrzymałościowy dla najtwardszych. Wypełniona po brzegi, odcinała dopływ tlenu i znacząco podkręcała temperaturę. Równo o północy, zgodnie z festiwalową rozpiską, na scenie pojawił się Jacaszek wraz ze wspomagającą go dwójką muzyków – skrzypce i wiolonczela. Wszystko zostało odegrane niemal identycznie jak na Trenach, choć trzeba przyznać że zabrakło w tym wszystkim "żywego" wokalu, musieliśmy się zadowolić takowym z lapka Michała. Zapanowała senna, melancholijna atmosfera, chociaż nóż w serce pajacom, którzy gdzieś tam z tyłu gadali. Co jednak nie zmienia faktu, że większość zgromadzonej publiczności bez skrupułów oddała się muzyce, delikatnie przysypiając i kontemplując. Pewne innowacje w postaci mocniejszego bitu czy lekko zmienionej aranżacji pojawiły się dopiero w dwóch ostatnich utworach – "Martwej Ciszy" i "Rytm To Nieśmiertelność II" i chwała Jacaszkowi za to. To znaczy, nie żeby reszty źle się słuchało i miał jakieś zarzuty, ale nieco zabrakło, choćby delikatnych, ucieczek od albumowych pierwowzorów. Tym niemniej rispekt, bardzo dobry koncert. –Łukasz Halicki

02:30 – 03:30 Max Tundra (Scena Offensywy)
Mówi się o Jacobsie, że koniunkturalista, że socjotechnik, że nie lubi legginsów, że ma polski zespół rockowy w jednej z list na MySpace. Faktem jest w każdym razie, że Mastered By Guy At The Exchange to ścisłość bieżącej dekady, a poprzednik też dobry. I mimo, że to kolejny z mass-serii koncertów Tundry w Polsce (sam utrzymuje, że dwudziesty, Mrozek, że trzeci, a prawda leży pośrodku), na dodatek wciśnięty na ostatnią chwilę w zastępstwie kogoś tam, wymiótł najbardziej ze wszystkiego, co mogłoby wymiatać w kontekście British Sea Power, Piotra Stelmacha zniesmaczonego pocharkiwaniami i obscenicznymi sucharami dochodzącymi z parkietu, plotek o nożownikach grasujących pomiędzy kamienicami centrum miasta i poległej konferansjerki T. Tymańskiego. Po którego zejściu wbił w końcu gwiazda wieczoru dowodząc po chwili, że barbituranów nie miesza się z kofeiną, a przynajmniej nie z gołymi kanałami jonowymi ("nie z gołą głową"). Zdjął warstwę ubrania do największych hitów, tak, że "Lysine" wokalnie wyszło lepiej niż cokolwiek wcześniej wymyślono, a "Lights" wyrywało głowy niewiernym. "Lights" wręcz wyglądało jak koncert Karen O. grającej "Maps", tylko wszystko działo się niepoliczalnie lepiej i bardziej, grożąc rezurekcją Wernickego. Tak, dwie osoby znały tekst. Niewiele pamiętam bo było ciemno, późno i bałem się o rozmiary hipomaniakalnych ekscesów jakie nadchodziły, ale: był cover tematu z Mortal Kombat, wycinki z nowej płyty (preorderujcie) i literalna impresja B. Wilsona z podkładem muzycznym. Możliwe, że zabrakło "Hilted", ale grał, śpiewał i tańczył jak z cebra, albo mnie zamroczyło. ADHD się wkopywało. Na koniec zrobił nam fotę i powiedział "kurwa". –Mateusz Jędras

10 sierpnia

20:05 – 22:00 Iron & Wine (Kościół Ewangelicki)
Ciekaw jestem szczerze, jak bardzo zaskoczony był ten przesympatyczny brodacz z południa stanów hiperentuzjastycznym przyjęciem, z jakim spotkał się ze strony polskich mediów (całość koncertu transmitował ponoć program trzeci) oraz publiczności zebranej w kościele ewangelickim. Dwuminutowe owacje po każdym z zagranych utworów mogły być sporą nowością dla Beama i wspomagającego go ensemble, przyzwyczajonych raczej do gry dla sztywniaków-elitystów w małych amerykańskich spelunach, lecz ostatecznie trudno zarzucić temu zjawisku bycie nad wyraz. Występ Iron & Wine okazał się idealnym wręcz finiszem dla mysłowickiego festiwalu, jeśli nie *najlepszym* z wszystkich jego koncertów. W obliczu niesamowicie podniosłej atmosfery wspomnianej świątyni, wspomaganej tylko perfekcyjnie dobranymi efektami wizualnymi, przekrojowy (od fantastycznego debiutu po zeszłoroczne The Shepherd's Dog) materiał grupy nabierał nowego wyrazu i niespotykanej wymowy, konsekwentnie lokując cały performans w kategorii quasi-przeżycia religijnego. Ale o to chodziło właśnie, heh. –Patryk Mrozek

BIEŻĄCE
Vampire WeekendFather Of The Bride
Weyes BloodTitanic Rising