SPECJALNE - Relacja
Festiwal Trans/wizje 6

Festiwal Trans/wizje 6

17 kwietnia 2015

Kojarzycie Trans/wizje? To czasopismo zajmujące się, tu zacytuję autorski opis: "współczesnymi i historycznymi nurtami myśli alternatywnej – od pierwotnych metod osiągania ekstazy, poprzez historyczne działania kontrkultury lat sześćdziesiątych, współczesne ruchy ezoteryczne, modyfikacje ciała i umysłu, psychologię transpersonalną, muzykę eksperymentalną, sztukę performance, aż do futurystycznych wizji rozwoju człowieka i jego psyche". Wydawane przez Okulturę pośród tłumaczeń książek takich autorów, jak choćby: Stanislav Grof, Terence McKenna, Alejandro Jodorowsky, kiedyś Aleister Crowley czy ostatnio Thomas Ligotti – nieco niedawno spopularyzowany w Polsce jako główna inspiracja twórców pierwszego sezonu zeszłorocznego hitu HBO True Detective. Taki klimat – jeśli nic wam to nie mówi, zapraszam po informacje do reszty internetu. Otóż twórcy pisma każdy nowowydany jego numer świętują organizując festiwal. Który do tej pory zupełnie nie leżał w kręgu moich zainteresowań, pomimo że pismo czytuję. Upraszczając – zwykle nie bardzo obchodzi mnie dark-industrial czy większość rzeczy wywodzących się w zbyt prostej linii od Genesisa P.-Orridge'a, i nie chodzi o uprzedzenia, ale o to, że jakoś w tym wszystkim nie trafiałem na dobrą według mnie muzykę. Formuła wyewoluowała jednak w szóstej edycji w coś, w czym nie bez zastrzeżeń, ale chciałem pouczestniczyć, w coś kojarzącego się już unsoundowo i intrygującego. No to garść impresji.

Pierwszy dzień festiwalu rozpoczął się od performensu grupy Suka Off, z tego co wiem to stałych gości Trans/wizji, na który nie zdążyłem, zwłaszcza że drzwi miały być na czas trwania występu zamknięte dla spóźnionych. To i tak ta część rozkładu jazdy, z którą mi raczej mniej po drodze. Później ambientowe duo White Nerve Connection – tutaj, że mi nie po drodze, potwierdził rzut oka. Miałem już ochotę posłuchać muzyki, więc wysiedziałem na całym, następnym, występie Roberta Curgenvena, który polegał na fuzji obrazu, dźwięku i wyobrażanej opowieści. Artysta najpierw zrobił słowne wprowadzenie z naciskiem na to, że to Ty, Ty, Słuchaczu, uczestniczysz w opowieści, jesteś okiem kamery, które lata po połaciach wyludnionego i pustynnego terenu (klucze: pustka, kolonizacja, przywiązanie do abstrakcji Państwa), a następnie puścił film z tym latającym, pełzającym okiem kamery i okrasił go hałaśliwym dronem. Uważam się za otwartego na eksperymenty i niepozbawionego wyobraźni kolesia, darzę niechęcią Januszów mówiących w galeriach sztuki, że też tak potrafią, ale tutaj – sorry – abstrahując od pomysłu z narracyjnym wstępem, który całości pomógł nie aż tak, połączenie wydało mi się przypadkowe i nie podobało mi się to ani trochę. Pierwszy dzień festiwalu kończył Jozef van Wissem, holenderski lutnista znany ze współpracy z Jimem Jarmushem, nagrodzony w Cannes nagrodą za soundtrack do filmu Tylko Kochankowie Przeżyją. Nie mam do siebie zbyt wielkich pretensji, że trudno mi szczegółowo pisać o muzyce człowieka komponującego minimalistyczne kawałki na lutnię i inspirującego się tradycją średniowieczną – krótki i treściwy występ van Wissema był niemal hipnotyczny, czemu dodatkowo pomogło to, że gość jest obdarzony naprawdę dużą charyzmą (a wiem o tym, mimo że nie powiedział ani, albo prawie ani, słowa).

Koncerty drugiego dnia odbywały się na dziedzińcu Zamku Ujazdowskiego (pierwszego – w Laboratorium CSW), biletów, ludzi i artystów było więcej, no i zaczęło się jak dla mnie przebojem, bo od Księżyca. Chciałem ten, przeżywajacy coś na kształt drugiej młodości, zespół zobaczyć, ale też niepokoiłem się trochę czy ta ich, podobno quasi-teatralna, formuła występów mi się obroni. Bez sensu się bałem – jasne, dziwne to było chwilami, ale nigdy pretensjonalne. Dwie panie na przedzie, czyli Agata Harz i Katarzyna Smoluk, rzucały do siebie balon i bawiły się innymi akcesoriami, ta pierwsza spacerując wśród publiczności podsuwała niektórym słuchaczom lustro do przejrzenia się, no i spoko, trochę śmieszno, trochę inno, ale spoko, bo już po chwili okazało się, że z księżycowych skrawków muzyki i performensu wyłania się jakaś konkretna całość, która w pewnym momencie sprawiła, że poczułem się intensywnie. Dziękuję, o to mi w skrócie chodzi, a oczywisty fakt, że nie wszystkie z moich ulubionych fragmentów zarejestrowanej twórczości Księżyca (te krystaliczne, jak "Mijana") nie zabrzmiały tak "czysto" i "pięknie" jak na nagraniach - nie ma znaczenia. Po Księżycu przyszła kolej na Kapital – projekt Kuby Ziółka i Rafała Iwańskiego. Posiedziałem i ani mnie porwało, ani zirytowało. Tak zresztą w ogóle mógłbym określić swój stosunek do dotychczasowej muzyki Ziółka, a HATI to ja nigdy specjalnie nie słuchałem. Nie podobał mi się za bardzo Rashad Becker, którego album Traditional Music Of Notional Species Vol. I lubię. Jego dźwiękowa inżynieria na płycie jest psychoaktywna. Na koncercie na mnie nie podziałała, a sprawnego inżynierowania samego w sobie nie doceniam. Ogólny aplauz i reakcje publiczności wskazują jednak na to, że sporo osób tak o tym nie myślało. Po dłuższej przerwie na scenę wszedł Oren Ambarchi i zaprezentował nieco fenneszowate przetwórstwo gitary elektrycznej na ambient. Czyli publiczność zgromadzona w CSW usłyszała raczej melancholijne wydanie twórczości australijczyka. Żeby nie przedłużać – za Księżycem i van Wissemem to moje oczywiste podium festiwalu. Całe wydarzenie zamknęła rosyjska Phurpa, czyli, no cóż, można chyba napisać, że grupa rekonstruująca tradycje tybetańskiej muzyki rytualnej. Przebrania, kadzidło, sporadyczne gongi i przede wszystkim charakterystyczny gardłowy śpiew. Imponujące, że mogą robić to tak głośno i tak długo, podczas performensu myślałem sobie o pokrewieństwie tego z muzyką drone, a po długim czasie rzeczywiście wydawało mi się, że z tej monotonii wyłaniają się jakieś – puszczam oko – "angelic conversations". Niemniej – nie dotrwałem do końca. I było to dla mnie coś innego niż koncert muzyczny, więc nie napiszę czy "fajne" czy "niefajne", bo i nie w tym rzecz. Podobnie, jak festiwal Trans/wizje nie jest oczywiście tym, z czym zwykle kojarzy się festiwal muzyczny. Dla mnie to tak, jak z pismem – czytam, ale nie od deski do deski. Było ciekawie i będę się cieszył, jeśli następna edycja też przyniesie coś dla mnie.

Radek Pulkowski    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019