SPECJALNE - Relacja

10.0: Dziesiąte Urodziny Porcys

18 grudnia 2011



10.0: Dziesiąte Urodziny Porcys
9 grudnia 2011, Urban Garden, Warszawa


To był niezapomniany wieczór: świetne koncerty, rodzinna atmosfera i wspaniała okazja do hucznej celebracji. Dziękujemy wszystkim za przybycie, Dużemu Pe za energetyzujące prowadzenie imprezy, a barmanom za błękitne drinki "Porcys". Zaś poniżej zapraszamy do lektury garści wspominek z tego eventu.

Zaireeka Listening Party
Nasze urodziny niestety nie zaczęły się od wysokiego "C". Publiczność uznała, że co jak co, ale w klubie nie wypada słuchać muzyki dla samego słuchania muzyki. Garstka osób, która się na to zdobyła, po bożemu siadając na podłodze i mrużąc w skupieniu oczy, musiała stawić czoła złośliwym spojrzeniom przykutej do stolików pod ścianami większości. Wina za taką spinę leży po stronie programu wieczoru – był on na tyle atrakcyjny, że przyciągnął też ludzi, którzy nie mieli pojęcia o co chodzi, albo zwyczajnie nie kochają Flaming Lips. Tym samym nie urodziło się poczucie wspólnoty i nie były to dobre warunki do absorbcji szajby Wayne'a Coyne'a. Kolejne Zaireeka Party będzie się musiało odbyć na salonach – moim, Borysa albo jeszcze kogoś innego, w każdym razie w gronie wyznawców tematu. A, i wciąż nie zapamiętałem basu openera, a przecież jest tak zajebisty. –Jędrzej Michalak

Jazzpospolita
To był wymarzony start koncertowej odsłony 10.0. Kwartet w całości wykonał swój debiutancki materiał czyli EP-kę, która wskoczyła do top 10 w naszym rankingu krajowych wydawnictw minionej dekady (w międzyczasie przechrzczoną na Polished Jazz od pamiętnej kompozycji Wojtka – choć na oryginalnych tłoczeniach jest ona opisana tylko nazwą grupy). Popularną DŻEZPĘ widziałem na żywo z 10 razy (sponsorem artykułu jest liczba 10), ale nigdy w tak ekspresyjnym, zadziornym, hałaśliwym wcieleniu. Podziw budzi progres wykonawczy – i to nie tylko w sensie umiejętności technicznych każdego z muzyków, ale i zgrania, wzajemnej czujności, organicznej komunikacji dźwiękiem. Chłopcy wchodzili na scenę po jednym, aż zbudowali brzmieniowy monolit w otwierającym set "Trybut Aerobit". Nagle zaczęli tę konstrukcję rozsadzać od wewnątrz radykalnymi szarpnięciami w zappowskim duchu, z tak ogromnym napięciem, że przez chwilę cały katalog Lado ABC spuścił oczy i zarumienił się ze wstydu. Zwróciłem uwagę na ten fakt stojącemu obok redaktorowi Łacheckiemu, który z charakterystycznym ironicznym uśmiechem i komediowo-olewczym tonem odparł: "Eee, dla mnie to oni troszkę stoją w miejscu...". Scena wrzała coraz bardziej, a dzikie wybuchy niekontrolowanej motywicznej lawy zaczynały zaprzeczać prawom grawitacji... Nie minęło dwadzieścia sekund, gdy ŁŁ z rozbrajającą szczerością dorzucił: "Okej, myliłem się... to jest niesamowite". I niechże ta anegdota pozostanie puentą, a warto też wspomnieć o wyłonionym naturalnie z zakończenia "Ciągle Ktoś Mnie Pyta" groteskowym coverze "We Are Your Friends" Justice, zamykającym występ. Ci, co znają zamiłowanie Michała Z. i Stefana do takich numerów, nie byli chyba zaskoczeni. –Borys Dejnarowicz

Furia Futrzaków
Bardzo obiecująco w piątkowy wieczór w Urban Garden zabrzmiały te nowe piosenki i to do tego stopnia, że aż chciałoby się usłyszeć ich więcej na jakiejś płycie. Nie do końca wiadomo jak odległa to perspektywa, ale jedno jest pewne – warto na ten nowy materiał czekać, bo zapowiada się niezwykle przebojowo. A że hity z ubiegłorocznego debiutu to my tu znamy aż za dobrze, to tym większe słowa uznania należą się Futrzakom za umiejętne wplecenie w ten energetyzujący set jazzujących "Nastrojów". Całość koncertu okazała się być niemal tak eklektyczna jak i obchodzący tego dnia swoje święto jubilat. –Kacper Bartosiak

Iza Lach
Pamiętam, że gdy Iza zaczęła grać, jeszcze z kimś spokojnie rozmawiałem i chyba nie spodziewałem się, że właśnie zaczął się moim zdaniem najlepszy po Juvelenie występ tego dnia. Podczas gdy wielu głosiło zachwyty na temat krążka Krzyk, ja dość długo pozostawałem w dość chłodnym stosunku wobec niego, uważając, że brakuje mu uroku debiutu. Ocieplał się on z odsłuchu na odsłuch, ale dopiero kilkanaście dni przed imprezą porzuciłem większość zastrzeżeń. Nie wyobrażałem sobie też w ogóle Izy jako artystki scenicznej, tymczasem okazało się, że jeżeli pozostały jeszcze jakieś bariery do pokonania, to Iza i jej zespół rozprawili się z nimi w mgnieniu oka. Wszystkie piosenki wydały mi się parokrotnie lepsze niż na płycie, zaskoczyłem się też tym, jak dokładnie pamiętam teksty, a sama Iza? Śpiewała nienagannie, panowała nad wszystkim, co się dzieje na scenie, a mimo to sprawiała wrażenie lekko zaskoczonej ciepłym przyjęciem, tak że miało się ją ochotę przytulić. Z jakiegoś powodu żeńska część widowni podobno za to nie wyrażała się o Izie nazbyt pochlebnie. Ja tam zgarnąłem autograf złotym mazakiem na swojej ręce, który niestety nie przyjął zbyt dobrze pokoncertowej wilgoci i chyba już potem niezbyt dobrze Izie służył. Chyba powinienem jej go odkupić przy następnej okazji. –Kamil Babacz

Baxter
Baxter to jeden z tych fantomowych artystów, których moi koledzy znaleźli na rubieżach internetu. Tym samym słuchałem go sporo, ale nie miałem pojęcia jak wygląda. I okazało się, że na scenę wyszedł glamowy kosmita w wersji budżetowej, człowiek, który spadł na ziemię z nożyczkami i papierem kolorowym. Sceniczny wizerunek Fina został dopełniony przez insektoidalną budowę ciała i afektowaną mowę ciała. Jak na koncert jednego gościa z klawiszami i laptopem było to niezłe widowisko. A potem Baxter zszedł ze sceny i okazało się, że jest typem geeka informatyka. Stał nieśmiały z plecakiem na plecach i oglądał show Juvelena (który nie był nieśmiały i nie musiał się przebierać). Niech ktoś mi powie, że ludzie na scenie nie tworzą samych siebie na nowo... Oczywiście Baxter grał na tym koncercie muzykę. Powiem tak – jego subtelny, czasami taneczny, a czasami introspektywny electro-pop bardzo dobrze zgrywał się z moim odrobinę rozmytym o tamtej późnej porze odbiorem rzeczywistości. –Łukasz Konatowicz

Juvelen
Nie wiem czy Jonas Pettersson zdawał sobie sprawę z wagi wydarzenia – "Polski Pitchfork" obchodzi dziesiąte urodziny, święto pewnego środowiska jednak ważnego dla krajobrazu muzycznego w Polsce, ludzie zjeżdżają się z Krakowa, Poznania, Trójmiasta, bal. Ha, nie wyglądał. Jonas "bezpretensjonalność" Petterson na scenę wszedł samiutki i z miejsca poczuł się na niej jak ryba w wodzie, w dodatku zajmując ją całą luzacką charyzmą sceniczną, sporadycznie podpierając się tylko gitarą czy mikro-syntezatorem (choćby do wygrywania przedszkolnej melodyjki klawiszy w "Hannie", w pozycji jaskółki zresztą). Nie tyle dwoił się i troił, co raczej nie mógł ani na moment ustać w miejscu, a ci, którzy byli pod sceną (nie mogę nazwać ich tłumem, ale mogę tymi, którzy dokonali dobrego wyboru) nie pozostawali dłużni. Juvelen wszedł na scenę ubrany na cebulkę by systematycznie, jak rasowa Kasia Kowalska zrzucać kolejne warstwy, do zabawy miał też czapkę z daszkiem i najlepsze jest to, że mogę sobie tu pisać, o tym, że niewysoki gość skacze i zdejmuje ciuchy, bo rzeczywiście było to ujmujące i nawet z tak ułomnych środków dało się chałupniczo wyczarować show dla mnie bardziej soczysty niż 8 statystycznych gwiazd z garderobami, tancerzami, charakteryzatornią. Zrobić pop na swoich zasadach. Prince z bloku, Prince z kamienicy, tańczenie i odegranie samych najlepszych numerów z jedynego do tej pory albumu, odegranie jak już mówiłem pełne czaru, niezależnie czy chodzi o przeboje typu "Don't Mess" i "They Don't Love You" czy na przykład o świetny, zmysłowy "A Dream". Nie wiem ile to trwało (pół godziny, 40 minut?), w każdym razie świetnie się stało, że te nasze porcysowe juvelenia podsumował ten właśnie artysta. –Radek Pulkowski

Uwaga: fotki z imprezy do obejrzenia tutaj.

BIEŻĄCE
AFK & BludworkLoyalty N Service (EP)
Burial"Claustro"