SPECJALNE - Ranking

50 najlepszych nagrań 2012

24 stycznia 2013



50 najlepszych nagrań 2012

Ze względu na postępującą zmianę sposobu recepcji muzyki i znużenie tradycyjną formułą rokrocznych podsumowań tym razem zdecydowaliśmy się na sporządzenie zestawienia 50 najlepszych nagrań 2012. Jest to ranking na równi stawiający single, EP-ki, dwunastki i longpleje. Miłej lektury!



50Blut Aus Nord
777: Cosmosophy
[Debemur Mort]

Wydaje mi się, że jest to pierwsza metal-płyta na liście rocznej serwisu. Dodajmy, że płyta niezbyt reprezentatywna dla tegorocznych zajawek w półświatku. Jednak wcale reprezentacyjna. Dostajemy mały upakowany ptolemejski wszechświat, pełen tajemniczych liczb, gnozy i okultyzmu, nie pakujący się jednak w niezłą kabałę znaną z wielu avant-metalowych albumów, gdzie rządzi nuda, patos i dziecinada. Muzykę Francuza wyróżnia plastyczność opisu i zamiłowanie do układanek, dzięki któremu potrafi ze szczególnie nieciekawych elementów zlepić swój mały uniwersalny model. Właśnie to jest najciekawsze. Czytałem różne opinie o całym przedsięwzięciu starające się ubrać je w najróżniejsze skojarzenia odsyłające do shoegaze'u albo wczesnego M83. Być może. Ale raczej nie. Jako dowód niech służy fakt, że w takim zestawieniu Cosmosophy od razu nabiera gargantuicznego charakteru odziedziczonego po black metalowych symfoniach, których koncepcji indywidualizmu i odosobnienia jest przecież zarazem tak dekonstrukcją, jak i rozwinięciem. –Wawrzyn Kowalski

recenzja płyty »



49Toro Y Moi
"So Many Details"
[Carpark]

Chaz Bundick kontynuuje swoją samotną odyseję w kosmos. Anything in Return w całości roztapia się w bardziej minimalistycznym, mniej efekciarskim drążeniu motywów i nakładek niż utwór promujący, jednak "So Many Details" to wybór na singiel jak najbardziej przemyślany; brzmi jak powrót do gwałtownych podrygiwań powątpiewającego serca ze środkowej części CoT, zaskakująco suche bębny zderzając z zawiązującym się znikąd refrenem. Teledysk ułatwia obrazowanie: coś nie stroi na tle tych białych tynków, wysokich parkanów i żwirowych zakrętów, jakby w sielankowej, nieco mieszczańskiej i niedookreślonej przestrzeni czaiła się skaza, usprawiedliwiająca dramatyczne "What happened to us?". Kolejny przykład paradoksu, jakim jest komfortowa, relaksująca i intymna muzyka o rozpadzie ludzkich relacji. –Łukasz Łachecki

posłuchaj »



48Avicii
"Silhouettes"
[Veratone AG]

Ch-ch-ch-changes, śpiewał niegdyś Bowie w czołówce Brygady RR. Teraz nieco zagubiony błąka się po ulicach z przeszłości, których nazwy ledwo potrafi wymówić – "oh, look out you rock'n'rollers, pretty soon you're gonna get a little older". Skubaniec, w swojej pokornej powściągliwości wiedział jeszcze więcej, niż mu się wydawało. Nie to, co ci tutaj, nie dostrzegający, że pokusa grubej kreski, postępowego eskapizmu jest objawem najgłębszej naiwności, a wiara w możliwość przejęcia boskiej kontroli nad zdarzeniami i odcięcia się od korzeni – po prostu głupawą impertynencją. Przecież jeszcze nikomu się to nie udało, a wszelkie próby owocowały w najlepszym razie szkaradnymi hybrydami z rozchwianą tożsamością, a w najgorszym – pożogą. Dlatego boję się tego zdradziecko wzywającego do śmiałych wystrzałów kawałka jak żadnego innego w minionym roku. Boję się, co ci Skandynawowie wyprawiają. Niemniej na tym pogorzelisku z pewnością będę mógł tańczyć, więc to także moja rewolucja. Helvete. –Krzysztof Michalak

posłuchaj »



47Microexpressions
"Ise Bay Blast"
[white label]

"Ise Bay Blast" nie jest może tak wściekle duszne od aranżacyjnych trików i kompozycyjnej nienormatywności jak większość materiału na najlepszym do tej pory wydawnictwie zespołu, epce Lie In Wait, ale ciągle czuć tu ducha pełnego pysznych dekoracji math-rocka, przywodzącego trochę na myśl ostatnią aktywność innych naszych prog-popowych ulubieńców (także wciąż bez pełnowymiarowego krążka w swoim dorobku): The Speed Of Sound In Seawater. Michał Stambulski, w przeciwieństwie do swoich amerykańskich kolegów, od akwarycznej kryptozoologii woli jednak otwartą przestrzeń mezosfery; kosmiczna wrażliwość snutych przez niego baśni zawsze wiążę się ze świadomością nieosiągalności wszechświata.

"Ise Bay Blast" zabiera nas jednak wyżej niż kiedykolwiek, wszystko dzięki śmiałemu wykorzystaniu cudów techniki: lampowym brzmieniu gitary, antygrawitacyjnym napędzie perkusji i digi-plamkom syntetyzatora. Jak słusznie zauważył Łukasz Konatowicz w swoim tekście w ramach feature'u u o naszych młodych faworytach, syntetyczność całości budzi zaskakujące skojarzenia z kolorystyką współczesnego r&b. Co tylko nam pasuje, bo – jakby nie patrzeć – Microexpressions przeszło bardzo podobną drogę jako muzyczny projekt, jak gusta większości redakcji serwisu Porcys – od fascynacji prog- i post-rockiem, przez subtelniejące z czasem indie, aż po skłonienie się ku bardziej popowym środkom wyrazu. To kiedy ten album? –Jakub Wencel

posłuchaj »



46Mount Eerie
Clear Moon
[P.W. Elverum & Sun]

Phil Elvrum zjada słońce. Na najlepszej próbie od czasów No Flashlight nareszcie znów udaje mu się wypełnić czymś noc. Jej aura jest wyczuwalna. Jest delikatna przenośnia imitująca wiatr i drzewa, są krople światła perkusji, wybuchające od czasu do czasu rozmazane kształty, których właściwe rozmiary ledwo możemy obrazować. Muzyk przyznaje, że ostatnio najbliżej mu do black metalowej filozofii, w której wszystkie środki skierowano w mimetyzm natury. Zastygłej, martwej natury, gdyż dźwięk ma też opisać całkowitą ciemność. Wydaje się, że kto jak kto, ale Elvrum podobną myśl realizował od zawsze. Będąc właściwie bardziej medium niż muzykiem, bardziej górą niż człowiekiem, rozrywał emocjonalnym lo-fi, gdy inicjował szamańskie przejście, dając się zjeść ptakom w poszukiwaniu imienia rzeczy lub łączył regle aż do korzeni, niepokojąc folkowym chórem czuwania, przebijającym jak dalekie światło. Teraz ucieka w objęcia nocy, jej paradoksów na styku ciężaru i oddechu, spokoju i gwałtowności, całej tej grozy. Kolejny w dorobku album bez porównania. –Wawrzyn Kowalski

recenzja płyty»



45Armando Suzette
"Oldschool Summer"
[white label]

Wojtek w letnim playliście extra sypnął srogim przytykiem o traktowaniu Armando wcześniej z przymrużonymi oczami. Myślę, że sprawa wyjaśnia się sama w opisie "Oldschool Summer" – nagle ze zdania "Armando Suzette is..." zrobiło się "Armando Suzette are..." i wszystko zyskało szerszą paletę barw. We wcześniejszych demach projektu fajne skrawki gubiły się w klaustrofobicznym one-man-show, a tutaj mamy ostatnie nieodpowiedzialne lato i wynikające z tego pogubienie-zagubienie zamieniające się w swobodny lekki finał. Nic specjalnie w estetyce projektu się nie zmieniło, ale ostatnie zaznaczenie "without steady job" w chórze daje najbardziej czadu. Chcę więcej, chcę dalszych działań projektu, bo mixtape'y wypełnione Pearl Jamem są mi najbliższe! –Ryszard Gawroński

posłuchaj »



44Schoolboy Q
Habits & Contradictions
[Top Dawg]

Z trójcy rapowych doskonałości dwa tysiące dwanaście (do której poza niżej opisanym zaliczyłbym Control System Ab-Soula oraz good kid, m.A.A.d city – jakość pozostaje w rodzinie) płyta Schoolboya jest kolekcją najbardziej błyszczącą w słońcu, najłatwiej przyswajalną i najprędzej uzależniającą. Ab-Soul zwyciężył w rankingu świeżości cudactwa, a Lamar zbliża się z każdym dniem ku podium najwybitniejszych hip-hopowych "autorów"; nie było jednak z zeszłym roku lepszego krążka na miasto do samochodu niż Habits… (szczególnie, jeśli mieszkacie w LA albo Katowicach). "Hands On The Wheel" z miejsca można zaliczyć do najbardziej przenikliwych super-hitów ostatnich lat, a za podkłady takie jak do "My Hatin’ Joint" Nas czy Jay-Z dali by się pociąć. Ja wiem, że od premiery minęło dwanaście miesięcy (co do dnia w momencie, w którym piszę te słowa), a w tym czasie gwiazda Kendricka Lamara stała się większa niż słońce; nie zapomnijmy jednak proszę o Schoolboyu, i jak fenomenalnie dobra była jego płyta. –Patryk Mrozek

recenzja płyty »



43FaltyDL feat. Ed Macfarlane
''She Sleeps''
[Ninja Tune]

Nie mogę się nadziwić, że FaltyDL figuruje w czerstwym od lat katalogu Ninja Tune. Duet z frontmanem Friendly Fires to najprawdopodobniej najlepsza rzecz, jaka spotkała Drew Lustmana w jego dość krótkiej karierze. Mglisty pejzaż "She Sleeps" to dla mnie nowe, osadzone na delikatnym, zwiewnym bicie wydanie dream-popu. Być może właśnie tak wyglądałoby spotkanie któregoś z berlińskich producentów z The Diogenes Club? Szkoda, że nie można wyjść z tym teraz na wrotki. –Jacek Marczuk

posłuchaj »



42Mouse On Mars
Parastrophics
[Monkeytown]

Tak, to prawda, że Toma i St. Werner są już na tyle starzy, że niedługo będą mogli wydawać płyty, które trafią na listy "Rolling Stone". Tak, to prawda, że sam pomysł na Parastrophics nie jest niczym nowym. Niełatwo jednak robienie rozróby wyzuć z uroku świeżości. Szczególnie, że mimo wszystko jest to zupełnie inna rozróba niż ta, którą słyszeliśmy sześć lat temu.

To, że duet o 20letnim stażu z łatwością może zawstydzić większość sceny swoim warsztatem, nie jest samo w sobie specjalnie zaskakujące. Parastrophics rzeczywiście jest pokazaniem miejsca w szeregu – nie tylko w warstwie produkcyjnej, również kompozycyjnej. Na dużo większą uwagę jednak zasługuje to, do jakiego stopnia Parastrophics – mimo pozornej beztroski – jest przemyślane i spójne. Pod tym względem wydaje się być płytą lepiej skonstruowaną od niefrasobliwie ułożonego Idiology. To oczywiście wciąż widok przez kalejdoskop, pobyt w wesołym miasteczku, ale przebiegający bez żadnej fałszywej nuty, starannie wyreżyserowany od poczatku do końca. Nie znaczy to, że Parastrophics brakuje pasji. Moment w którym "Chordblocker" płynnie przechodzi od czegoś w rodzaju wonky-bangera w napędzane słodką progresją... coś, bije autentyczną radością z robienia muzyki. Dlatego słucha się Parastrophics z uśmiechem na twarzy. –Marcin Sonnenberg

recenzja płyty »



41Chairlift
Something
[Kanine]

Przy każdym odsłuchu ogromne wrażenie robią na mnie pierwsze wersy doskonałego "Sidewalk Safari" – "all of the bones in your body / are in way too few pieces for me / time to do something about it / if you know what I mean". Wyobrażam sobie wtedy Caroline Polachek – bezlitosną królową śniegu, która zapowiada nieuchronny koniec pewnego etapu w swoim życiu, żeby zrobić miejsce na coś nowego. Jeśli była w niej taka potrzeba przewrotu, trzeba przyznać, że kobieca intuicja nie zawiodła. Rozpad pierwotnego składu Chairlift oznaczał może chwilę ciszy, ale zmiany i przemeblowania przyniosły świeżość prawdopodobnie nieosiągalną dla duetu Polachek – Pfenning.

Produkcja Patricka Wimberly owocuje porcją prawdziwie eleganckiego i nieskazitelnego synth-popu oraz pozwala na pełniejsze wyeksponowanie melodii i wokalu. Wokalu, w którym można zakochiwać się tylko bardziej i bardziej, dając się utulić jego dźwięczności i zauważając kolejne subtelne załamania i ekstatyczne wzmocnienia. Fascynacja rośnie w miarę poznania właścicielki głosu, kobiety-elfa z wystającymi obojczykami, której oryginalne piękno onieśmieliło już niejednego faceta, w tym Jorge Elbrechta (ich pierwsze dziecko – Justin Bieber!)

Słuchając Something wstydzę się, że kiedyś podobało mi się Strange Mercy. Chairlift jednym susem przeskoczyło jakościowy ocean dzielący pierwszy i drugi krążek, wypracowując spójność, błysk i nonszalancję, do której jeszcze daleko St. Vincent. Przemyślana elektronika uwalnia motywy 80s od banalności, a umiejętne budowanie nastrojów i jedynie subtelnie zasygnalizowany przekaz powodują, że płyta jest serią wciągających, nieprzegadanych podróży. Jak się dochodzi do stworzenia takiego materiału? Polachek i Wimberly mówią, że podczas pracy nad krążkiem oboje byli bardzo zakochani.

Miłość w piosenkach Chairlift jest nie tylko romantyczna, ale przede wszystkim maniakalna i psychodeliczna, jak u Iwana Wyrypajewa. Oscyluje od zamiaru krwawej zemsty w ”Sidewalk Safari”, poprzez pogardę dla karykaturalnego zadurzenia w ”Amanaemonesia”, aż po otwartą i prostą deklarację uczucia w ”I Belong In You Arms” (ten ostatni kawałek obowiązkowo do odsłuchu także w wersji japońskiej!). Chairlift udowadnia, że ma prawo brać się zarówno za energiczne single (”Met Before”), jak i zamarznięte ballady (”Cool As A Fire”), i jednym i drugim wywołując dreszcze w okolicach lędźwi. Moje najśliczniejsze, obezwładniające kawałki to jednak ”Frigid Spring” z dmuchawcami w tle i subtelnie wyszeptane ”Turning”, po którym śni mi się Elisabeth Fraser. –Monika Riegel

recenzja płyty »


50-41   40–31   30–21   20–11   10–1

Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Porcys' Guide To Tauron Nowa Muzyka 2019
AFK & BludworkLoyalty N Service (EP)