SPECJALNE - Ranking

20 najlepszych singli 2018

27 stycznia 2019

Pora na rozstrzygnięcia w sprawie najlepszych singli 2018 roku. Zapewniamy, że było nad czym się pochylać! Zresztą sprawdźcie sami.


Reni Jusis: Tyyyle Miłości

20Reni Jusis
Tyyyle Miłości
[Sony Music Entertainment]

Wybierając się na ubiegłoroczną edycję festiwalu Soundedit, byłam nastawiona na Reni śpiewającą stare hity: że będzie zakręcona, albo że w końcu mnie znajdzie. Bo Ćmę niby gdzieś tam słyszałam, ale bez szału. Jednak jak tylko pojawiła się na scenie łódzkiej Wytwórni, to jakby spełniło się chciałbym zatrzymać czas kiedy patrzę na nią. Reni lśniła w tym srebrnym, okładkowym kostiumie, a czarne Lasy stały trochę jakby na uboczu. Wokalnie zupełnie daje radę, przebija wersję studyjną.

"Tyyyle Miłości" to zdecydowany highlight na Ćmie. Energetyczny, pulsujący podkład, zupełnie niesiermiężny i rachityczny jak przystało na gwiazdy poslkiego popu z długim stażem. Intro jest trochę jak brzask, a im dalej w głąb, tym bardziej ujawniają się kolejne pory dnia, z imprezowym zenitem, przyprawiającym o ciarki, na czele. Jedyna rzecz, która mnie się nie skleja w odbiorze, to teledysk: mimo zmysłowo-cielesnego tekstu piosenki, obrazek ujawnia, że ta cała miłość to jednak mało erotyczna, a bardziej macierzyńska. –Agata Kania

posłuchaj »

przeczytaj playlist


Drake: Nice For What

19Drake
Nice For What
[Young Money / Cash Money]

Z niezwykłą łatwością przychodziło w tym roku hejtowanie Drizzy'ego. Wydawałoby się, że facet przegrał na każdej linii, wciągając się w kontrowersje za kontrowersją. No, może poza faktem, że drugi najlepiej sprzedający się album i singiel minionego roku należą do niego. Singlowy hat trik w postaci "God's Plan", "Nice For What" i "In My Feelings" swoje apogeum osiągnęło w środku. Facet niby taki wierny Toronto, ale na "Nice For What" przewiało go aż do Louisiany, gdzie uzyskał błogosławieństwo od królowej bounce'u, Big Freedy, aby wprawiać w ruch miliony pośladków. To piosenka o emancypacji kobiet w erze cyfrowej, z ważnymi i znaczącymi kobietami w klipie wyreżyserowanym przez niezależną kobietę, a sam utwór jeszcze sampluje "Ex-Factor" niejakiej Lauryn Hill. Normalnie "Single Ladies" przearażowane na rapową modłę. Pewnie łatwo zarzucić Kanadyjczykowi hipokryzję i stwierdzić, że taki z niego feministyczny bohater, co zboczeniec. Tak że stary, nie idź w ślady R. Kelly'ego i więcej takich utworów. Bo wesoły Drake to mój Drake. –Adam Kiepuszewski

posłuchaj »

przeczytaj playlist


Deafheaven: Canary Yellow

18Deafheaven
Canary Yellow
[Anti-]

Jeżeli tak wygląda kwintesencja hipsterskiego post-metalu, to ten memowy wykwit otchłani krytyki muzycznej powinien stać się synonimem kreatywnego geniuszu. Dwunastominutowa epopeja rozbiera na części pierwsze etykę ciężkiego grania, dziurawiąc toksyczny maskulinizm gatunku, przy pomocy rozedrganej emocjonalności. Radykalna delikatność, z jaką formacja traktuje materię gitarowej kompozycji, mówi kilka istotnych rzeczy o kruchości ludzkich uczuć, znajdując piękno w niewinnej infantylności. Co tu dużo gadać. Ja sobie trochę popłakałem i nie były to ironiczne łzy. –Łukasz Krajnik

posłuchaj »

przeczytaj propozycję do listy Carpigiani


Młody π feat. Tej-Z: James Joyce

17Młody π feat. Tej-Z
James Joyce
[self-released]

Członek Fantomowej Erekcji. Zawsze chciałem to napisać: członek fantomowej erekcji. Niesamowite, w jaki sposób ten gość rozsadza konwencję. Bo wiecie: można się śmiać i można być jednocześnie śmiertelnie poważnym, a Młody Pi od paru lat rozwija swój pisarski kunszt, by zniewelować różnicę pomiędzy celnym panczlajnem a dissowaniem samego siebie. W jego piosenkach bragga niepostrzeżenie przechodzi w najbardziej depresyjne wersy roku (i odwrotnie): "Pamiętam wśród oklasków, że jestem klęską". Kreatywność, nieograniczony wokabularz, szerokie horyzonty muzyczne? Check. Dodajmy do tego naturalną skłonność do zabawy słowem ("Ja mam a-wersję, a ty masz kopię") oraz rzucane jakby mimochodem, ale przemyślane rymy wielokrotne. Tak, 99% polskiej sceny powinno błagać o jego ghostwritng, bo typ ciężką ręką trzyma lekkie pióro. Niektórzy lubią wytykać braki warsztatowe Młodego, co jest trochę śmieszne, skoro żyjemy w kraju, w którym bez zażenowania propsuje się Eldo, czyli gościa, któremu lepiej niż rap wychodzi udawanie Molly Bloom na Facebooku. Gdy Eldo czerstwo hasztaguje Nałkowską, Pi "tworzy podziemie jak DeLillo", żeniąc wysokoartystyczną prozę z prozą ulicy, a wszystko – od wisielczo zabawnych linijek, przez klimat aż po samą strukturę tekstu – przenika duch brockowskiego Workin' On Leavin' the livin'.

Ale piekło to inni raperzy, jak nawinął Lil Jean Paul. A o czym nie można mówić, o tym trzeba pisać Wittgensteinem; a czego nie powie Młody Pi, o tym nawinie Tej -Z. O ile Młody Pi sukcesywnie oddala się od krawędziowej formuły Fantomowej Erekcji, Tej-Z nie wzbrania się przed tym, by opowiedzieć o twojej starej ciągnącej pęto. Wyrazi też pogardę dla corocznego wyboru Młodych Wilków, która wynika – jak sam mówi – z podpisanego kontraktu ze Step Records ("nie jestem Młodym Wilkiem, bo jestem Step-owym"). Nawiąże do niepokojów religijnych sprzed wieków, śmierci Jana Husa na stosie ("Rozpalę ognisko i będę palił jana"). Zrywa również z przebrzmiałą rapową tradycją (wersy nawiązujące do Magika i Czosnka: "Nie jestem Bogiem i nie jestem samolotem"). Więc pamiętajcie, moi kochani, że "James Joyce" to święto, chociaż dla niemal całej polskiej sceny to święto zmarłych. Płacę uznaniem, płacę atencją, najebany pierdolę na Porcys jakieś smuty jak Mark Kozelek, bo mogę, bo chcę, bo to przyjemność pisać o tak uzdolnionych typach. W tym roku będziemy jeszcze świętować – przełykać łzy wzruszenia i spermę, zlizywać krew i pot z chuja diabła. –Paweł Wycisło

posłuchaj »

przeczytaj propozycję do listy Carpigiani


Calvin Harris feat. Dua Lipa: One Kiss

16Calvin Harris feat. Dua Lipa
One Kiss
[Sony Music Entertainment]

"Jus one kiss will make it better / Jus one kiss, and we will be alright"

Pisano już o "One Kiss" w kontekście najntisowego house'u czy kunsztownej dance'owej maestrii Herberta, i ja się z tym wszystkim zgadzam. Chciałbym tylko dorzucić, że dla mnie ten bezdyskusyjnie poptymistyczny hit sezonu niemal od początku kojarzy się z kapitalnym wyczuciem Basement Jaxx z pierwszj połowy dekady 2000s – niemal ten sam słoneczny wajb, doskonale zbalansowany beat, fantastyczny gościnny performence mainstreamowej gwiazdy (Dua Lipa coraz bardziej zyskuje, bo pamiętajmy również o "Electricity" z zeszłego roku), no i podobne producenckie tricki w obrębie całości. Dlatego też Calvin ze swoim numerem mógłby się zameldować gdzieś na Rooty i raczej nikt nie miałby pretensji. To się nie wydarzy, ale za to na wyimaginowanej plejce "brzmi jak Basement Jaxx" miejce ma raczej pewne. A tak poza czysto użytkowym aspektem sprawy trzeba chyba odnotować, że to jeden z najbardziej wyrazistych singlii producenta w karierze (dla mnie chyba najfajniejsza rzecz, jaką koleś stworzył kiedykolwiek, i piszę to mając w pamięci tak lubiane przez tłumy "We Found Love"). Nie pozostaje nic innego, jak tylko życzyć tej dwójce dalszych sukcesów, aby w zamian za to móc cieszyć się wakacyjnymi przebojami do maniakalnego ripitu. –Tomasz Skowyra

posłuchaj »

przeczytaj propozycję do listy Carpigiani


AlaZaStary: Gorzkie Lody

15AlaZaStary
Gorzkie Lody
[self-released]

Nie wiem ile lat ma Kuba Sikora, z "sieci komputerowej Internet" mogę dowiedzieć się jedynie tyle, że Ala Boratyn jest z rocznika 92. Też jestem z rocznika 92, niestety ja w walce z koniecznością dorastania dostałem od losu zaledwie post-ironię i pakiet opóźniających siwienie genów, a nie kreatywność pozwalającą choćby na tak zuchwały i bezkolizyjny zarazem werbunek dżingla z Family Frost, jaki ma miejsce w "Gorzkich Lodach". Kto by pomyślał, że wielkie marzenia z ciasnych kawalerek mogą przyjąć postać łącznika między neurotycznym synth-popem Junior Boys a beztroską sampeliadą Air France; że batem podnoszonym na dziwaków sabotujących poezję naszej codziennej skromności mogą być digi-klawisze z wejścia w drugą zwrotkę, finezyjnie rozpisane linie wokalne refrenu albo inne, czające się na każdym zakręcie tej fenomenalnej kompozycji błyskotki. "4 strzały i 4 trafienia w środek tarczy" napisał kiedyś Borys Dejnarowicz w kontekście autorskiego wkładu Marcina Żabiełowicza do najntisowego katalogu Hey i tak samo sprawa wygląda na dzień dzisiejszy z Alą i ZaStarym – a z tych czterech strzałów ten jest w moim odczuciu strzałem NAJŚRODSZYM. A że kiedyś chcieliśmy wszyscy tak znacznie więcej? Cóż, jak nawinął niedawno mój inny rówieśnik: byliśmy gówniarzami, wszystko się wyolbrzymiało. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj »

przeczytaj propozycję do listy Carpigiani


Hop Along: Prior Things

14Hop Along
Prior Things
[Saddle Creek]

Błogosławieni, którzy nie dali się omamić pokusie puenty – tego właśnie uczy nas przypadek "Prior Things", niebrzmiący jak cokolwiek, co Hop Along kiedykolwiek nagrali. Jak inaczej wytłumaczyć spontaniczny podryg klawiszy przy ostatnim nawrocie refrenu, tuż przed tym jak złotousta, przytłoczona wewnętrznym konfliktem Frances Quinlan odruchowo odrzuca mikrofon, a rozkoszny, smyczkowy loop ulega dezintegracji i ostatecznie wtapia się w szum? Powiem Wam coś, zaznaczając jedynie ku przestrodze, że nawet u szczytu mądrości można podjąć bardzo złe decyzje: tej swobodnie kręcącej się w rytm perkusyjnego disco, midwestowej wariacji na temat Cardigans najlepiej słuchać z pozycji wełnianego koca, niechlujnie rzuconego na trawę, najlepiej gdzieś daleko od ludzi, gdzie nikt nie słyszy naszego wstydliwego skrzeczenia – no nie każdy marzyciel na bicie się sprawdził, ale to nic, bawcie się dobrze, gdyż tak jak brak wyobraźni, tak ubytki wokalne nie są przecież zbrodnią. Dobra, bo widzę, że niczym Jose Mourinho podczas pobytu w Manchesterze zmierzam donikąd: "Prior Things" to fantastyczna, kipiąca od wyrazistości piosenka, być może najlepsza, jaka spotkała nas na krótkodystansowym, gitarowym odcinku 2018 roku. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj »

przeczytaj playlist


Belmondo:

13Belmondo
Dzień Dobry
[Mobbyn]

Pamiętam mój dziewiczy kontakt z polskim Powrotem Króla. Gdzieś w okolicach czterdziestej sekundy zacząłem odczuwać lekką irytację z powodu marnowania cennych, bo jedynie dwóch minut potencjalnego, wściekle wyczekiwanego przez wygłodniałych followersów, belmondziakowego strumienia językowej świadomości, na supreme'ową ekspozycję i eleganckie przywitanko. Po wybrzmieniu utworu, puentowanego równie długą, instrumentalną codą; wygasającym bitem, wiadome było, że to dziełko należy traktować trochę inaczej. Młody G zmienił zasady gry, ograniczając zwyczajową strukturę swojej nawijki do absolutnego minimum, wyczerpał wątek posługując się samą esencją, zamknął temat w zwięzłych komendach, nie używając ani jednego zbędnego wyrazu. Dołóżmy do tego jeden z lepszych bitów niezastąpionego Supreme'a, nieśmiało flirtującego z Drakiem zza żelaznej kurtyny, osiedlowo-heraklitowy teledysk, odnotujmy raz jeszcze istotny fakt – na wspomnienie zwrotu "Dzień Dobry" w kontekście muzycznym już nie chce mi się rzygać – i oto mamy skupiony INSTANT KLASYG, wielki mały utwór i ostatni (miejmy nadzieję, że jednak nie) przebłysk geniuszu geniusza. –Stanisław Kuczok

posłuchaj »

przeczytaj propozycję do listy Carpigiani


Westerman: Albatross

12Westerman
Albatross
[Blue Flowers]

W tym miejscu mogłaby się znaleźć inna piosenka Westermana. Na przykład "Outside Sublime" – art pop na miarę Blue Nile. Albo "Ark", która kontempluje substancję podwodnego bluesa Johna Martyna i nieskazitelnego folku Nicka Drake'a, i której melodia kiedyś mi się przyśniła, gdy świadomość już dryfowała. Lub "Edison", którego wysłałem majową porą panu Carpigianiemu (Olał i nie odpisał; to prawdopodobnie fan Tesli). Tylko widzicie: każda zeszłoroczna piosenka Westermana mogłaby się tu znaleźć, bo nie dość że typ oferuje najmniej wymuszony songwriting na świecie, to jeszcze przeprowadza bezbłędną selekcję. I w gronie najmniej efekciarskich piosenek "Albatross" wciąż wyróżnia się brakiem efekciarstwa i urzeka nienachalnym, pastelowym smutkiem. Gdyby "Albatross" był człowiekiem, to zmaterializowałby się w postaci Toro Y Moi śpiewającego w "You Hid", że "you might as well waste your time with me if you're gonna be here". Taki tam sophisti-synth-art-pop-folk, co nie? Westerman, pomimo barwy głosu Arthura Russela, brzmi oryginalnie i nie popada w manieryczność, a jego muzyka, wyraźnie zanurzona w tradycji, wypada świeżo. Wcale nie chce się nikomu podobać – jest tak skromna i mądra. A skoro każda znajomość powinna się zaczynać wielką literą, niech każdy tekst kończy się odważnym stanowiskiem: 2018 rok bez utworów Westermana byłby zdecydowanie gorszy. –Paweł Wycisło

posłuchaj »

przeczytaj propozycję do listy Carpigiani


A$AP Rocky: Sundress

11A$AP Rocky
Sundress
[RCA]

Wysokie, bo punktowane, miejsce "Sundress" w niniejszym rankingu to przede wszystkim wielki triumf "takeiteasy-izmu". Przecież tu nie wydarzyło się dosłownie nic – lirycsy są żadne, Delgado i Danger Mouse podkradli całą nośność i hitowość z Innerspeakera, a mimo tego, u niemal każdego w redakcji, A$AP jakimś cudem zakradł się na listy indywidualne. Rocky totalnie posiadł nas serią wykrzykników emotywnych; wszyscy, jak jeden mąż, padliśmy ofiarą słodkich "ochów" i "achów". Uzależniliśmy się od płynnego przejścia z "zakwaszonego" słowiczego śpiewu do części deklamowanej, no i finalnie ugrzęźliśmy po łokcie w jednym z najbardziej zaraźliwych refrenów ubiegłego roku. Obrazek, czyli integralna część singla, niczym dżemowy wehikuł czasu przeniósł nas do ery flash mobów i kwartału świetności mannequin challange'a, a wszystko to przyprawił psychodeliczno-glamowym krajobrazem left-fieldowego clubbingu. Trochę klisze znane ze współpracy Sama Smitha z Calvinem Harrisem, ale jednak znacznie bardziej "trippy" – tak w zgodzie z kwaśną synestezją charakterystyczną dla muzyki cytowanych tu Australijczyków z Tame Impala. A$AP Rocky przez ostatnie dwanaście miesięcy nie wystrzelił żadnego singlowego ślepaka, niemniej to właśnie "Sundress" wieńczy, niczym wisienka na torcie, cały ten eksperymentatorski zryw zarejestrowany w ramach Testingu. Nikt nie obraziłby się na więcej popowych inkarnacji Lorda Flacko. Dlatego Mayers wybiega dziś na boisko z numerem jedenastym. Może poza dychą, ale wciąż w pierwszym składzie i jak się powszechnie przyjęło w futbolowej numerologii – mimo wszystko na szpicy. Bo ten muzyczny recykling jest literalnym zaprzeczeniem melomańskiego snobizmu. I znowu będę zmuszony słuchać "Sundress" przez najbliższą godzinę. –Witold Tyczka

posłuchaj

przeczytaj propozycję do listy Carpigiani


#20-11    #10-01

Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
American FootballAmerican Football (LP3)
Mac DeMarco"All Of Our Yesterdays"