SPECJALNE - Ranking

20 najlepszych singli 2017

13 stycznia 2018

Pora na rozstrzygnięcia w sprawie najlepszych singli 2017 roku. Zapewniamy, że było nad czym się pochylać! Zresztą sprawdźcie sami.

 

Belmondo: Scrooge Ebenezer

20Belmondo
Scrooge Ebenezer
[self-released]

Mordo, jak tam zdrowie? Wiecie chyba, że Kazek to mój kolega, co nie? Czytaliście reckę Narkopopu, to wiecie. No to teraz słuchajcie: dla mnie jeden sztos Belmondziaka "waży" tyle samo, ile jeden LP Bałagana. No bo wiecie: Tytus jest gościem, którego słucham nałogowo, mimo że tak naprawdę nie wydał jeszcze solowego LP. Właściwie nie ma dnia, żeby nie zapodał sobie jego kawałka, a tych jest nawet całkiem sporo. Chyba nie ma dnia, abym go nie zacytował czy nie sparafrazował – Belmondo jest dla mnie PONIEKĄD Smarkim obecnej dekady, choć to dwie kompletnie odmienne, rapowe osobowości (bo Młody G z Gdyni to nie raper, jak przekonywał Paweł Jumper w swoimi zniuansowanym, osławionym już tekście o Rogalu). I teraz nie wiem, czy ma sens próba "analizy" tego, co Belmondo wyprawia w swoich skondensowanych, napakowanych piekielnie oryginalnym farszem kawałkach. Podejrzewam, że jakieś rozbieranie "Scrooge'a Ebenezera" na części pierwsze skończyłoby się strumieniem cytatów z "Wszystko jest kawałem oraz żartem", "Dzwoni mój manager przez Messenger", "Coś tam niby wiesz, czyli nie wiesz" czy "Wjeżdżam na skwer jakbym zrobił insurekcję" (wszystko napisane Capsem, wiadomo) na czele. Więc se daruje i pozwólcie, że spróbuję głośno pomyśleć: otóż NOWY ORSON ŁELES polskiego rapu to obecnie trochę kuloodporna postać. Wymarzona sytuacja? Jego solówka z bitami POPEŁNIONYMI przez Bałagana (przypomnę tylko, że to Kaz odpowiada za postmodernę w "Telefonach" i modernę w "Ernst Stavro Blofeld"), choć wiadomo, że jaskrawy podkład z ostrymi, basowymi krawędziami od Supremé'a to klasa sama w sobie. Czy Polska już gotowa? Kurwa, bardzo nie sondze. Prognoza na przyszłość: mimo pewnych problemów raczej pozytywna. Coś jeszcze? Tak – dylemat: czy założyć sweterek w serek i iść na jam sesję, czy nie wychodzić i żydzić kabonę? Dobra, kończę tego blurba, bo przegram, jakbym wybrał reszkę. Pozdrowienia dla tych, którzy mają w głowie olej. Halko. –Tomasz Skowyra

posłuchaj »

przeczytaj playlist


Col3trane: New Chain

19Col3trane
New Chain
[self-released]

Kolejny atak urban-r'n'b, które w "normalnym świecie" mogłoby zawojować chartsy. Jak słusznie zauważył DJ Carpigiani, Col3rane znajduje się gdzieś wpół drogi między urban-r'n'b inc. a melancholijną wokalistyką Franka Oceana. W podkładzie wibruje duch "nowego Londynu" (King Krule, Cosmo Pyke), czyli songwriting tych wszystkich adeptów harmonii, którzy odkryli, że septyma to podstawa, obojętnie czy igra się z post-punkiem, czy z sophisti-popem. Dla mnie kulminacyjnym momentem "New Chain" pozostanie jednak bridge, w którym Col3rane osiąga idealną równowagę między tekstem a muzyką, stopniuje napięcie, a rapowana wstawka jest jego kulminacją: "If you could just swing right by my house / On the way home after a night out (...)". Ten nagły zwrot akcji to jeden z najwspanialszych momentów 2017. A kiedy w hooku pojawia się szczere i przez to na swój sposób odkrywcze: "Fuck a friend I needed you like this", to wszelkie wydumane poezje bledną. −Jakub Bugdol

posłuchaj »

przeczytaj Playlist: Rezerwę


Jefre

18Jefre Cantu-Ledesma
A Song Of Summer
[Mexican Summer]

Droga, jaką Jefre Cantu-Ledesma przechodzi na przestrzeni ostatnich wydawnictw pozwala sądzić, że za niedługo będzie dostarczał porcyscore'owe płytki najeżone hookami. Jeszcze nie tak dawno, na A Year With 13 Moons, skupiał się raczej na deformowaniu i atakowaniu wypracowanych struktur, raz po raz skutecznie utrudniając słuchaczowi odbiór materiału. Na zeszłorocznym, na pierwszy rzut ucha bliźniaczym do "A Song Of Summer" singlu "Love's Refrain", Amerykanin rysował wyraźną melodię, którą fenneszowym sposobem poddawał stopniowo coraz bardziej wymyślnym sonicznym torturom, by ostatecznie całkowicie ją uśmiercić. Kompozycja jak na standardy Ledesmy brzmiała jednak niezwykle przystępnie, ale w obliczu zeszłorocznej propozycji muzyka jawi się jedynie platformą łączącą stare z nowym. Obecnie Jefre rozwija podjęte rok temu wątki quasi-piosenkowe, jednak miast wieńczyć je białym szumem, stawia na krótką gitarową solówkę (!!), dodaje majaczący gdzieś na drugim planie wokal i do prawdy brzmi to jak "Ledesma going shoegaze". Z dzisiejszej perspektywy, mając w pamięci cały gitarowy rok 2017 i kilka powrotów legend tego typu grania, teza redaktora Tyczki nabiera jeszcze pełniejszych kształtów – Ledesma, na taką skalę stawiając właściwie pierwsze kroki w tej estetyce, nagrał album ciekawszy i równiejszy materiałowo niż jakikolwiek powracający z hibernacji, czy też próbujący odświeżać tę formułę band, a "A Song Of Summer" – błoga impresja, funkcjonująca jakby poza czasem, jest tego najbardziej reprezentatywnym przykładem. –Stanisław Kuczok

posłuchaj

przeczytaj playlist


Hewra: Pomoli

17Hewra
Pomoli
[self-released]

Hewrą mówi miasto, Hewrą mówią tramwaje, Hewrą mówi cała Polska, z troską pytając, co się dzieje tam na Woli. O internetowych odwołaniach na wszelkich forach nie wspomnę, bo to prędzej czy później musiało z naturalną gracją tanecznych ewolucji Drona wjechać w cyfrowy dyskurs, grubą kreską oddzielając tych, którzy kumają liryczną fajność hermetycznego sposobu bycia kolektywu, od tych, co generalnie w życiu niewiele kumają. Na moje oko gęsta atmosfera w necie to tylko odrealniony ferment, a faktycznym miernikiem niech będzie tutaj ujęcie skupione na pracy w terenie. Na wzrastającej piątkowo/sobotniej częstotliwości wyłapywanych w kakofonii komunikacji miejskiej anonimowych, Hewerkowych cytatów powodujących walkę z wyrywającą się ręką w kieszeni, aby tym zmierzającym do centrum typom nucącym figaro, figaro nie przybić porozumiewawczej piątki, dokańczając sobie pod nosem rzucane na wszystkie strony tekściki. I o ile nie będę ukrywać, że to właśnie Belmondo od zawsze i na zawsze był moją prywatną iskierką skazaną na bycie ostatecznym wieszczem wykuwającej się fali nowego zajebistego polskiego rapu, to wkroczenie na scenę omawianego "Pomoli" poskutkowało tym, że ten fundamentalny spór na miarę najbardziej prymarnych dylematów ludzkości, musi skończyć się bolesnym werdyktem: Hewra post-"Pomoli" > Mobbyn. –Michał Kołaczyk

posłuchaj

przeczytaj krótką piłkę


Miguel feat. Travis Scott: Sky Walker

16Miguel feat. Travis Scott
Sky Walker
[ByStorm / RCA]

Miguel at hist best, a Travisowi chyba jednak bardziej do twarzy w gościnnych występach niż solo. Singiel wyszedł w sierpniu, więc w strategicznie możliwie najlepszym punkcie roku, bo "Sky Walker" jest kwintesencją urlopowania – nawet wixowanie w teledysku jest jakby w spowolnionym tempie. Trapow bit, garstka synthów, vocoder i trochę gitary na delay, wszystko w otoczce alt rnb – brzmi jak najlepszy banger. –Agata Kania

posłuchaj

przeczytaj propozycję do listy Carpigiani


Enchanted Hunters: Fraktale

15Enchanted Hunters
Fraktale
[self-released]

Gośka i Magda od jakiegoś czasu dość miały już folkowego grania i... bardzo mnie to cieszy. Żeby nie było, podobała mi się płyta z rudym lisem na okładce, jak i EP-ka Little Crushes. Zresztą – i tak macie pewnie swoje zdanie na ten temat, które szanuję (hehe), ale prawdą jest, że gdyby Enchanted Hunters nie znudziły się dotychczasowym, skądinąd świetnym graniem, to nie powstałyby "Fraktale", a w perspektywie ciągle majacząca na horyzoncie zdarzeń LP, na której wydanie nadal (nie)cierpliwie czekamy. Pyszne taneczno-elektroniczne przedsmaki nowego materiału mogliśmy słyszeć już ponad dwa lata temu na KEXPowym występie, który znacie na pamięć, jednak prawdziwą emocjonalną hekatombę zgotowały nam w tym roku "Fraktale". Skrzypce i flet zamieniono na synciki Juno i DX7 oraz bit maszynę (tu modelu nie będę już podawał, silly me!), pożegnano się też z gitarą akustyczną kosztem basowej (na koncertach szarpie na niej Michał Biela). No i co? A to, że takich synth-popowych snów dawno już nie mieliście. Muzyczne marzenia, niczym ukryte pragnienia Humberta Humberta o 12-letniej Dolores w hotelu "Enchanted Hunters", w końcu się spełniają. Śpiewane po polsku "Fraktale" cechują LIRYKI (trzeba dodać – przy wtórze pięknych chórków), które wybrzmiewają subtelnością, o jakiej w polskiej muzyce można tylko śnić. No cóż, inspiracje twórczością Jessy Lanzy, Keleli czy Nite Jewel oraz miłość do Stereolab i Cocteau Twins, to muzyczne fraktale, których kolejną iteracją jest omawiany tu właśnie hit Enchanted Hunters. Podsumowując: wielu "miało u mnie szansę" na czcigodny laur Singla Roku, ale tym razem w moim rankingu i Toro, i Laurel, i Thundercat muszą zadowolić się dalszymi pozycjami. –Krzysztof Łaciak

posłuchaj »

przeczytaj krótką piłkę


Beach Fossils: Tangerine

14Beach Fossils
Tangerine
[Bayonet]

W ciągu czterech lat, jakie przedzieliły Clash The Truth i Somersault, Dustin Payseur zdążył kilkukrotnie zmienić fryzurę, założyć własną wytwórnię i załatwić swojemu zespołowi angaż u Scorsese. Przede wszystkim jednak Beach Fossils wykorzystali to przydługie jak na standardy indie-rocka okienko by przesiąść się z fal morskich na fale mózgowe, z mentalności lo-fi na znacznie szerszą aparaturę świadomości w podejściu do brzmienia, aranżów czy kompozycji. Nie żeby nigdy wcześniej nie przejawiali takich tendencji – bo przejawiali – ale dopiero przy okazji najnowszej płyty taka swoista erudycja miast pieprzem do gówna stała się dla Nowojorczyków FUN-DA-MEN-TEM. To musiało zaprocentować.

Trzeba natomiast głośno powiedzieć, że przy całym przebogatym, vintage'owo zabarwionym dobrodziejstwie Somersault, "Tangerine" śmiga ze trzy ligi wyżej niż cała reszta albumu. To, co na wierzchu jest śliczną, zaprawianą kaskadami zwiewnych akustyków i delikatnymi smagnięciami smyków pocztówką z wakacji, w głębi ujawnia się jako niezwykle odważny prog-pop, plątanina pomysłów upchana w formę 3-minutowej piosenki. Spróbujcie odnaleźć się w gąszczu tych wszystkich nakładających się gitar, sprawdźcie ile z byrdsowskiej psychodelii jest w ich interakcji z basem; przeanalizujcie, jak wchodząc w refren rytmika przeskakuje z jednostajnego, nowofalowego drive’u w jakąś dziwną, pajęczynowatą bossa-novę; przyjrzyjcie się bliżej tej wyeksponowanej w zwrotce, fantastycznie napiętej progresji o jazzowym posmaku. Dla mnie to wszystko songwriterski Olimp, z tym że podany w chwytliwej, popowej formie. Czy jest coś, co kochamy na Porcys bardziej? Hej, w tym kawałku udziela się Rachel Goswell, a ja nawet nie mam ochoty o tym wspominać. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj »

przeczytaj recenzję


Yaeji: Drink I'm Sippin On

13Yaeji
Drink I'm Sippin On
[Godmode]

Yaeji całkowicie odczarowała moje myślenie na temat k-popu, które oscylowało głównie wokół nieprzesłuchiwania kolejnych kolorowo-słodkich gwiazdek (wyławianych z przeróżnych, azjatyckich talent-show), które zawsze były raczej w sam raz nie dla mnie. Kathy Lee, dwudziestoczteroletnia koreańska Amerykanka czy też amerykańska Koreanka (sama nie jest pewna jak się czuje) w odsłuchanym nrazy przeze mnie, przez DJ-a Carpigiani i pewnie przez wielu z was singlu "Drink I'm Sippin On", przyciąga swoim śpiewającym, melodyjnie-szepczącym, dziewczęcym rapem i absorbującym breakbeatowym basem. Artystka artykułuje swój abstrakcyjny strumień świadomości przeplatając język angielski z koreańskim, bawiąc się przy tym w zmysłowy sposób fonetyką słów, ale i nadaje tej dychotomiczności – semantyczne, intymne znaczenie. Mrucząc po koreańsku, Yaeji dzieli się zlepkiem myślowym, w którym uchwyca efemeryczne chwile i mapuje uczucia towarzyszące codzienności; tekstowo na zwrotki składa się pewna oczywista przypadkowość. Pytana o inspiracje do tekstu, mówi po prostu – "I'm just thinking about things over and over again". (Jakby ktoś prosił o przepis na przejmująco chwytliwy utwór, Kathy zapewne zaproponowałaby myślenie i jeżdżenie metrem – tak że do roboty, warszawscy wannabe beatmakerzy). Śpiewając refren po angielsku – "Bringing out the colors in me/ I feel so fine / Making up for what you can't see" – czuje się dobrze i jest to proste, ale jednocześnie bardzo zaraźliwe. Całościowo ten numer to też pewnego rodzaju hybryda gatunkowa, zawieszona między dance-popem, melorecytacyjnym rapem i ambient house'em. Cudaczna przyjemność, nadająca się do słuchania podczas jeżdżenia komunikacją miejską, leżenia w przytuleniu, gotowania obiadu, przysypiania w poniedziałkowe poranki czy nawet do puszczenia na imprezie pełnej geeków. Sprawdzałam. –Adela Kiszka

posłuchaj »

przeczytaj krótką piłkę


Migos: T-Shirt

12Migos
T-Shirt
[300 Entertainment]

Całkiem dobrze pamiętam moment, w którym Wojtek podesłał mi "T-Shirt" i nie chodzi o to, że nie miałem w czym chodzić. Oczywiście (wbrew temu co insynuują pewne postaci) Migosów znałem już wcześniej, "Versace" latało na rotacji dość regularnie (na zmianę z "Variacikiem"), ale dopiero pomnikowe Culture ich unieśmiertelniło. Rzeczony drugi singiel z tego albumu, choć chyba na zawsze pozostanie w cieniu "Bad And Boujee", w praktyce jest chyba najmocniejszym punktem ich programu, zarówno jako pojedynczy utwór, jak i część większej całości. Dryfująca po niesamowicie dziwnym, zimnym i przestrzennym bicie, trójka Przyjaciół nie daje po sobie poznać, że dzieją się tu rzeczy absolutnie dziejowe i jak gdyby nigdy nic, sunie swoim niemal monotonnym flow typowe dla siebie opowieści. Chwytliwość, opierająca się dużej mierze na ad-libach, chore harmonie wokalne (?), wiejście Offseta – wszystko to gra i razem daje bardzo niepokojący, ale i wymowny obraz świata w 2017 roku. Zresztą, przypomina mi się usunięty już niestety z Youtube'a występ Migosów u Jimmiego Fallona. Chyba całkiem nieźle pokazuje to, jaką drogę przeszliśmy – trójka czarnoskórych muzyków, rapująca w białych futrach i goglach narciarskich o kokainie wśród lecącego z sufitu, sztucznego śniegu w telewizyjnym talk-show. Mój kolega poproszony o komentarz odpowiedział tylko jedno: hehe. –Antoni Barszczak

posłuchaj »

przeczytaj recenzję


Kodak Black: Tunnel Vision

11Kodak Black
Tunnel Vision
[Atlantic]

Polska w 2017 roku oddychała smogiem, Ameryka za to wzdychała po ukrzyżowaniu fałszywych bożków i wdychała pył unoszący się na zgliszczach starego rapu. Ale jeżeli efektem tego będą piosenki na poziomie "Tunnel Vision", to trudno nie przyznać, że było warto. W tej chwili łapię za pochodnię, bo słyszę tu to, co widzieli kilkanaście lat temu Mes i Jeżozwierz – szaleństwo. Tak, o ile dobrze pamiętam, moja pierwsza reakcja po kontakcie z pieśnią Dieusona wyglądała mniej więcej tak. Po początkowym szoku wprawdzie zdołałem jeszcze gdzieś napisać, że "chyba singiel roku", niemniej miałem świadomość, że czasami zbyt szybko feruję wyroki. To była połowa lutego i nic się nie zmieniło od tego czasu, o dziwo. Trapowe gusła, polowanie na rap-czarownice, mediumiczny Kodak, zwrotkowy mumble-core i refren, który już wprost wywołuje duchy. Czy potrzebny nam egzorcysta? Skądże znowu, ten seans spirytystyczny może się zakończyć co najwyżej bólem głowy. Tekstowo.pl tłumaczy Southside jako "Południowa Strona", ale my znamy prawdę i wiemy, kto razem z Metro Boominem odpowiada za ten śliczny bit, w którym fleciki tym razem nie namawiają nas do zdjęcia maski, a jedynie zapraszają do transu. Hipnotyzujący utwór, który trudno do czegokolwiek porównać i przed którym niełatwo się obronić. Zaręczam, że ciekawszy niż joga, słuchanie R.E.M., praca, dom i dziecko (w słuchawkach ciągle słyszę szaleństwo). –Paweł Wycisło

posłuchaj »

przeczytaj playlist


#20-11    #10-01

Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
SpiritualizedAnd Nothing Hurt
NonameRoom 25