SPECJALNE - Ranking

20 najlepszych singli 2016

11 stycznia 2017

Frank Ocean: Nights

10Frank Ocean
Nights
[Boys Don't Cry]

"Nights" to "Pyramids" Blonde. Ulokowany w samym centrum płyty (zważywszy na czas krążka, nie podzielność indeksów przez "2"), najbardziej rozwiązły strukturalnie utwór i zarazem potwierdzenie niebanalnych umiejętności Franka w obszarze songwritingu. Ocean pływa na upbeatowym podkładzie najpierw w stylu refleksyjnego soft-rapu ze szkieletowym gitarowym hookiem na pierwszym planie. Następnie wbija się w quasi-Blake'owskie szaty i przy akompaniamencie uroczo lichych bębnów, przestrzennych synthów oraz konwulsyjnej wieślarskiej solówki zamykającej część pierwszą piosenki, z gracją primabaleriny, wskakuje dokładnie w drugie 30 minut Blonde. Tu nie ma już miejsca na umowny refren w stylu "życie-walka" w ujęciu poetyckim z fonicznie uzależniającymi, powyciąganymi epiforami ("shift/shit"). Smutny millenials przesuwa się z terenów produkcyjnego Eldorado do rejonów nieco bliższych art-rapowi z Endless. Ascetyczny, charakterystycznie "stłumiony" beat potęguje tylko siłę deklamacji pitchowanego o ton wyżej Oceana, a wielotorowość głosów oraz nałożone w końcówce reverby. poprzez swoje "załamania", przemycają wrażenie pewnej nieskończoności. Bezkresu tak błogiego, że nawet pomimo zdecydowanie pesymistycznych wizji snutych przez te nieco ponad pięć minut, absolutnie nie mam ochoty z "Nights" rezygnować. I włączam raz jeszcze, i raz jeszcze. Statuetka w kategorii "Repeat value roku 2016" leci do Long Beach w Kalifornii. –Witold Tyczka

posłuchaj »


Kaz Bałagane feat. Belmondo: Do Następnego

09Kaz Bałagane feat. Belmondo
Do Następnego
[Step]

H-alko, czasem mam tak, znieczulić się to jedyna szansa. Już nie jaram szluga w oknie, znowu myślę o finansach, w całkiem fikuśnym nastroju. Muszę się skupić, propsy i tak mam. 2016, czekałeś na to, halko, patrzę za okno, coś bym porobił, coś bym zjadł. Taaa, leżę, dojadam, pewnie słuchałem tych smutnych piosenek, ale przypomniałem sobie, że przykitrałem na dysku pewną słodycz: dwóch typów, dużo sztuki, byku, dużo sztuki ("z forum jesteś, didżeju, nie pierdol"). Ktoś pisze – to Wojtek. Żebym się dopisał, pisze do mnie znowu Wojtek. Dziś mam wiedzę, dziś mam biedę, dziś mam do załatwienia koment. Wiadomo, ja nie słucham The Bisz ani mądrych rzeczy, i jestem za głupi i zbyt sympatyczny, by nawijać elitom tu jakieś frazesy. Poza tym nie lubię trwogi, czarny grzyb to Mobb Deep – jak tego nie napiszę, to skręcą mi się tłoki. Czy to hip-hopy, czy to już trapy? Słabym, ale w garści są te suki. Słuchalim razem Kendricka (rapofonika?), nobliłem Boba (no zobacz!), gdy zadzwonił typ po śmiechawicę (ebe ebe), jest adrenalinka. Polski Tim Finney, a ty wciąż w szałasie z tamtym Filipem. Zamykam grę, twoi ludzie bałwany, wciąż im lajka klikasz, czule po uszku byś smyrał. Radio Head i Be do Gie, w dodatku twój ulubiony serwis. Jak byłem se w stolica, to zjadłem łaków na wolno (takich spoko), w Zakopanem za to za mocno, mordzia ty moja. Zamiast lizaka, liźnij tu trochę życia. Nie znałem tego, choć nosiłem miano bossa – żadnych dopłat, bo z Polakiem do nosa. Kto ci dał drugi w Polsce rap? Kto powiedział, żeby tu pokochać kwiat? O czym mamy pisać? O Mesie, co robi ta wywłoka? Nawet kiedy nie pisałem o rapie, to puszczałem płyty, nawet kiedy nie wiedziałeś o tym, bujała się przy tym (chociaż jeszcze nie wie, co to "Beat It", z ławki rezerwowych rzuca mi Rogala). Może to miłość, a może to muzyka? Bez kitu, prawie materiał na damę, gdyby nie ta fascynacja Amsterdamem. Zobacz, jak ten rym wchodzi, jak ten rym wychodzi. Nigdy więcej szarych myszek, zawsze już singielki roku. Zrobiłem, co miałem zrobić, muszę już wychodzić. Moi ludzie absolut, do usłyszenia, porciaty, tymczasem! –Paweł Wycisło

posłuchaj »


Ariana Grande: Into You

08Ariana Grande
Into You
[Republic]

Dangerous Woman ma swoje momenty, ale wciąż nie jest longplay jakiego oczekiwałbym od artystki o takim potencjale. Jednak jeśli Ariana Grande będzie nadal rozjaśniać ten smutny świat piosenkami na miarę "The Way", "Problem" czy "Into You", to nie będę się na taką rzeczywistość obrażał.

Mój ulubiony singiel 2016 roku jest utworem wielkim pod absolutnie każdym względem. Na pozór to wszystko wydaje się banalnie proste – Max Martin i spółka wymyślają melodię, przepuszczają to przez syntezator (serio serio, to "ooh – ooh" słyszalne na początku to mocno przetworzony głos Maksa) , a wszystko zdaje się nabierać rozpędu z sekundy na sekundę. Nie byłby to jednak utwór tak idealny, gdyby nie to, co Ariana robi tu wokalnie. "I'm so into you / I can barely breathe" – już w pierwszej linijce wprowadza tytułową melodię, która z dużo większą mocą powróci w refrenie. Cudowne w "Into You" jest też to, jak poszczególne elementy mają się do siebie. To po prostu do bólu logiczna kompozycja, w której wszystko z siebie wynika i prowadzi do porywającego finału. Ostatni refren – gdzie wszystkie warstwy powracają ze zdwojoną siłą – to najjaśniejszy moment i tak bardzo udanego dla popu 2016 roku. –Kacper Bartosiak

posłuchaj »

przeczytaj playlist


Popek: Wakacje

07Popek x Matheo
Wakacje
[Step]

Jeśli uważacie, że po spektakularnym debiucie Popek wraz z Gangiem nagrywa już tylko "ciężki gnój", to ubiegły rok podaje dwa argumenty, które wytrącą wam z ręki broń. Na pierwszy ogień idzie "Kapitan Kox", o którym pisaliśmy, że jest najjaśniejszym punktem drugiego Gangu, narko-deliryczną krechą w stylu "Barona", ale zanurzoną głębiej w "ram pam pam jeb jeb jeb" i niegrzecznym życiu nocnych klubów. Drugą pobudkę dostarcza Król Albanii solo. Jak w słynnej walce "trafia jednym mocnym ciosem", ale tym razem łagodnie nokautuje (miał rację Różal, gdy mówił, że Mikołajuw może żyje 8 na 10 jak sportowiec, ale "ma jeszcze zaciągi artystyczne"). Singiel "Wakacje" to euforia w czystej postaci. Matheo nakręca refrenem taką plażową beztroskę, o jakiej śni bananowa młodzież, a Popek jeszcze podkręca tempo marzeniami, by zabrać Kaśkę "na grubą imprezkę" i zamieszkać w tej krainie satysfakcji i rozradowania. To klimat dalekich podróży, egzotycznego jedzenia, słońca i upojnego opierdalania się znany z "Jedziemy do Dubaju", który jednak zaraz rozpływa się jak sen, gdy Pop podobnie jak większość z nas wraca na zimno i deszcz, wkurwiony. Zostaje tylko ten beztroski miraż, który musi wystarczyć do lata. –Wawrzyn Kowalski

posłuchaj »


NV: Kata

06NV
Kata
[Orange Milk]

Jeżeli uważnie śledziliście tegoroczne rankingi nie tylko płyt i singli, ale również najciekawszych bądź najlepiej rokujących na przyszłość labeli, to prawdopodobnie na pewnym etapie lektury natknęliście się na nazwę Orange Milk Records. Ten całkiem skromny pod względem katalogu wydawca znalazł się być może w cieniu swoich bardziej produktywnych i rozpoznawalnych konkurentów, ale zebrał pod swoimi skrzydłami estetycznie niepokojący i bardzo zróżnicowany zbiór muzycznych wyrzutków, odszczepieńców, nieoszlifowanych talentów i egzotycznych eksperymentatorów. O foodmanie czy Giant Claw można pisać wiele, wyczerpująco i niezbyt konkretnie, ale najsprawniej komunikującą się z resztą społeczności niezależnego popu okazała się Kate Shilonosova, Rosjanka nagrywająca pod nazwą NV.

Trudno pozbierać wszystkie wątki poruszone na jej debiutanckim albumie Binasu, być może dlatego, że rozwija, wzmiankuje i parafrazuje je w tak naturalny oraz pozbawiony świadomej erudycji sposób, że kilka razy zastanowimy się, czy nasza muzyczna pamięć nie została wyprowadzona w pole, a wyobraźnia nie spłatała nam dziecinnego figla. "KATA" nie jest może moim faworytem z tej płyty, ale prawdopodobnie najlepiej potrafi wyrazić dziwaczność kompozycyjnego temperamentu NV. Gdyby to była muzyka bliższa naszym codziennym przyzwyczajeniom, to powiedzielibyśmy, że to być może najbardziej "radiowy" utwór w zestawie – o czytelnej strukturze, prostej melodii i tylko w niewielkim stopniu dezorientującej produkcji.

Problem w tym, że ten naddatek energii działa tu przeciwskutecznie, bo uwalnia serię emocji raczej leniwych, hipnotyzujących, zmuszających do zachowania pewnego kontemplacyjnego dystansu. NV wydaje się wprawiać w chyba najbardziej niewygodny dla słuchacza (a przynajmniej dla takiego słuchacza jak ja - który zawsze bardzo "fizycznie" odbiera muzykę) nastrój równie skutecznie co inna, trochę już zapomniana postać eksperymentalnego popu: Solex. Shilonosova jeszcze nie opanowała do perfekcji podobnej techniki "temperamentnego oszołomienia" – kiedy rozpracowujący dźwięki mózg każde tańczyć, a ciało zbiera się do snu - ale ze swoją wielką poprzedniczką dzieli równie przebiegłą umiejętność posługiwania się chaosem zróżnicowanych elementów tylko po to, żeby spektakularnie go okiełznać i wyciszyć. –Jakub Wencel

posłuchaj »


inc. no world: Watch This Dream

05inc. no world
Watch This Dream
[No World]

Otrzymaliśmy całkiem udanego następcę "5 Days". W tej skromnej, kameralnej formie r&b, liczą się szczegóły, dopiero wtedy całość potrafi zahipnotyzować. Należy umiejętnie wyważać małe gesty i detale, licząc się z niebezpieczeństwem nadmiaru albo zbytniej oszczędności. Cóż, mimo, że tegoroczny album inc. no world nieco rozczarowuje (przynajmniej w połowie, eh), to po raz kolejny przekonujemy się, że bracia Aged "potrafią w ballady". Tym razem ich ambient-soul nabrał jeszcze więcej cech przypominających m.in. minimalistyczny slowcore Low z najlepszych czasów.

Zwrotka "Watch This Dream" jest jak randka, spacer tajemniczą, krętą aleją schowaną gdzieś w przyciemnionych rejonach parku. Dobrze jest skryć się w cieniu przed wczesnoletnimi upałami, choć nie tak dawno skończyła się całkiem zimna wiosna i w sumie dobrze byłoby ogrzać się w blasku słońca. Przechadzka toczy się swoim niespiesznym tempem i kiedy robi się trochę chłodniej, dziwnym zbiegiem okoliczności nagłe powiewy wiatru zaczynają wpuszczać przez korony drzew coraz więcej promieni – to właśnie wtedy, przez cień i szelest liści, przebija się melodia klawiszy idealnie rozjaśniająca minimalistyczny, gitarowy podkład. Mostek to zupełnie oddzielny rozdział historii, kolejna odnoga alei, równie fascynująca. Tym razem bridge w subtelnym kontraście do zwrotki, nawiązuje do rozedrgania Black Messiah, nie szczędząc nagłych, mikrokompulsywnych zwrotów, które jakimś cudem, wciąż trzymają w ryzach soulowy vibe – żwir trzeszczy pod nogami, uwaga na wystające korzenie!

Asfalt znika, aleja zakręca, zataczamy koło, do punktu wyjścia drugie tyle drogi, pojawia się lekkie znużenie. W tym miejscu przerwa w historii, piosenka milknie, bo trochę trudniej, zachłannie komentując, zachwycać się drogą, która jest już dobrze znana. Zresztą po co tyle gadać, rozumiemy się przecież bez słów. To co, może kawa? Jasne, czemu nie – jeszcze ten kawałek wzdłuż stawu i za kilka, kilkanaście metrów, na horyzoncie pojawi się parkowa kawiarnia. Spacer, potem kawa, widok znów ograniczony do jednej pary oczu, trzymanie się za ręce przy stoliku i ta niezmiennie zniewalająca mowa ciała... czego chcieć więcej? –Jakub Bugdol

posłuchaj »


Olga Bell: Randomness

04Olga Bell
Randomness
[One Little Indian]

Olga Bell wzięła sobie do serca poradę Saturna i myśli techno-logicznie. Przynajmniej na odcinku "Randomness", gdzie w precyzyjnie skonstruowanej, stroboskopowej bryle odbywa się dancing bez żadnego buractwa, a i dresiarnia na luzie zaaprobowałaby track. Bo to numer o tym, że prawdziwego życia nie ma w pracy, w szkole czy na ośce, a jest właśnie na imprezie, co urodzona w Moskwie Olga stara się przekazać beznamiętnym i niskim głosem carycy Katarzyny. A właśnie: "Joł, Katarzyno, czy jesteś ze mną? Tak samo jak Ty chciałbym być retro" − zarapował poseł Suski między wersami prowizorycznych zwrotek. I ja mogę się tylko zgodzić, bo "Randomness" to jak dla mnie taka pocztówka z poprzedniej muzycznej epoki.

Nieco "post-niemiecki" banger (za każdym razem zestrojone synthy w parze z wokalem Bell dziwnym trafem EWOKUJĄ niepodrabialny krój i feeling wyśmienitego Berlinette, a na wysokości 1:49 słyszę microhouse'owe drobinki znamionujące chirurgiczne zabiegi znane chociażby z Immer Mayera) okazuje się działać za pomocą połączenia dwóch przeciwieństw: mamy tu zjednoczenie potężnej, galopującej, błyszczącej, dance'owej maszynerii z zimnym, ale jednak kruchym, delikatnym i niezbyt porywającym głosem Olgi. I patrząc na ten mariaż z lotu ptaka, na wszystkie jego niuanse, odnośniki, formalne założenia czy konteksty, już można być zadowolonym. Ale żeby docenić go w pełni, trzeba odpalić "Randomness" na parkiecie. –Tomasz Skowyra

posłuchaj »

przeczytaj playlist


Cafuné:Don't You Forget

03Cafuné
Don't You Forget
[Aurelians Club]

Nie umiem się bawić w single, a na mojej krótkiej liście, zdominowanej przez rapy "Don't You Forget" dość mocno stylistycznie odstaje. Delikatny alt-pop nowojorskiego duetu jednak z miejsca zajął sobie miejsce w moim zmęczonym serduszku. Kupidyński motyw przewodni, lśniące zachodzącym słońcem zwrotki i od razu zapamiętywalny refren to tylko przystawka do wielokrotnie opisywanego już, absolutnie rewelacyjnego mostka. Skojarzenie? Niejedno, ale najważniejsze, że hula to na swoich własnych prawach. Spokojnie materiał na szeroko rozpoznawalny przebój, a nie tylko jakieś tam miejsce w naszym rankingu. Mam nadzieję i przeczucie, że Cafuné dopiero się rozkręcają, a ta piosenka to ledwie pierwszy krok. A w jakim kierunku, to ja już nie wiem, ale o obecnym etapie na pewno nie zapomnę. –Antoni Barszczak

posłuchaj »

przeczytaj playlist


Sally Shapiro: If You Ever Wanna Change Your Mind

02Sally Shapiro
If You Ever Wanna Change Your Mind
[Fika]

Nie tak łatwo pisać o "If You Ever Wanna Change Your Mind" i nie popaść w banał. I nie, wcale nie chodzi o kontekst powstania utworu (for the record – jakby ktoś właśnie wybudził się ze śpiączki – zakończenie działalności duetu ze względu na odmienne kierunki twórcze), a o jego nieziemski wdzięk, bogactwo oraz rozstrzelony po skrajnych rejestrach ładunek emocjonalny. Znajdźcie mi w przeciągu ostatnich miesięcy – ba, lat! – drugą piosenkę tak śnieżnie-zimną i rozpalająco ciepłą zarazem, tak lunatyczną, a jednocześnie wlewającą się strugą za kołnierz, tak rozbrajająco kruchą w swoim przepychu. Szukając odpowiednika może nawet coś przyjdzie Wam do głowy, szkopuł w tym, że będzie to prawdopodobnie jakiś inny kawałek Sally Shapiro, jako że był to zespół unikatowy w skali uniwersum, o niepodrabialnym, całkowicie autorskim – jeśli można tak powiedzieć – wyczuciu cukierkowej melancholii. I z całego, wypełnionego łakociami katalogu formacji, to właśnie "If You Ever Wanna Change Your Mind" realizuje ten osobliwy, ujmujący paradygmat najpełniej, jawi się przepięknym finiszem, wymarzoną kropką nad "i" dziesięcioletniej działalności duetu – a przy okazji najbardziej magiczną piosenką 2016 roku. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj »

przeczytaj playlist


Rae Sremmurd: Black Beatles

01Rae Sremmurd feat. Gucci Mane
Black Beatles
[Eardrummers / Interscope]

Mamy tu główny syntezatorowy motyw perfekcyjnie korespondujący z przygotowaną trapową powłoką, a wszystkiemu towarzyszy obłędna hedonistyczna nawijka o dziwkach ciągnących kokę przez zrolowane banknoty. Po cholerę ja to piszę, jak każdy z was ten kawałek wciągał. Goście mają ostrą butę... Beatles? No elo... Ktoś wychowany na Trójce, dobra, ktoś wychowany na jakimkolwiek muzycznym medium na świecie, włącznie z nami, mógłby na ten koncept parsknąć z pogardą, w ekstremum, za porównanie z muzycznym Mahometem, rwać plakaty gości, stawiając barykady z płonących opon. Ale skumajcie, że każda losowo wyrwana stąd sekwencja to sztorm morderczych hooków, zbudowanych na przemyślanych i oszczędnych patentach – odpalona wiertarka udarowa wbijająca się efektywnie przez potylice społeczeństwa, lądująca na jedynce Billboardu. We wskazaniu best of the best singlowego panteonu wypadło na Rae, olejmy to, że cały mainstream ramię w ramię z podziemiem a wraz z nimi wieżowiec Porcys, od kilku miesięcy nieustannie buja się do chłopaków. Jeśli całe przedsięwzięcie dostaje osobiste błogosławieństwo McCartneya, to wiadome, że nie mamy tutaj do czynienia z umniejszającym sukces efektem viralowej youtubowej histerii, a złotym strzałem, który staje się z naszej perspektywy po prostu najprecyzyjniejszym strzałem tego roku. –Michał Kołaczyk

posłuchaj »

przeczytaj newsa


#20-11    #10-01

Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
SpiritualizedAnd Nothing Hurt
NonameRoom 25