SPECJALNE - Ranking

20 najlepszych singli 2013

16 stycznia 2014



Dziś czas na ostateczne rozwiązanie kwestii najlepszych singli 2013 roku. Zapewniamy, że było nad czym się pochylać! Zresztą sprawdźcie sami.


20Mausi
Move
[Loose Lips]

Zeszłego roku mieliśmy do czynienia przynajmniej z dwoma singlami-letniakami, które nie tylko mi bardzo przypadły do gustu. Pierwszy z nich posiadał bardziej męski charakter, drugi nieco bardziej kobiecy. Oba łączyła narracja podmiotu o sposobie gospodarowania wolnego czasu. "Orange Soda" ewokował popołudniowy post-imprezowy chill z ziomkami, natomiast "Move" przenosił słuchacza w epicentrum outdoorowego melanżu, będąc bardziej bangerową, angielską odpowiedzią na "Teenage Dream" Perry.

"Move" podobnie zresztą jak wałek Vica, czynił to przy pomocy zaskakująco prostych środków. Korespondujące ze sobą symetryczne uderzenia bitu oraz asymetrycznie rozłożone akcenty elektronicznego pianina determinowały inklinacje taneczne, natomiast to co działo się w warstwie melodycznej to już był czystej wody pop. Zwrotki songwritersko bliskie dokonaniom Pony Pony Run Run doskonale zazębiały się z refrenem inspirowanym letnim singlem Katy. Do tego ten zajebisty mikro-motyw syntezatora, mogący być przykładem wzorowego pisania hooków na małej przestrzeni, czy wreszcie swoiste, onomatopeiczne ”ha-ha-rrraa!” kojarzące mi się ze słynnym ”ra-ta-ta!” Shakiry z ta różnicą, że odwrotnie niż w przypadku Mausi, u Kolumbijki i Pitbuca był to jedyny udany moment na całej długości tracka. Nie podzielając doświadczeń dużej części rodaków, mogę w tym momencie wykazać się głęboką niewiedzą, ale nie sądziłem, że tak może wyglądać lato w Newcastle? A może to jednak zasługa tej Italii? –Marek Lewandowski

posłuchaj »



19Charli XCX
SuperLove
[Warner]

Niektórzy czekają na przełamanie niemocy pisarskiej, inni z kolei wypatrują gwałtownej eksplozji uczucia. Ponoć stres związany z krzyżowaniem się w pary byłby nie do zniesienia, gdyby nie sprowadzająca na manowce ułuda reakcji chemicznych towarzyszących procesowi zakochiwania się. Z mainstreamowym popem jest jakoś podobnie, bez wielkich refrenów daleko nie ujedziesz. Trwanie u jego boku w czasach, w których Kylie Minogue dobija do 50-tki piętrzy kolejne problemy, tym bardziej, że zastępy potencjalnych następczyń ścielą się ostatnio dość gęsto (Sky, jak mogłaś?!). Nic tylko pakować manatki.

Na szczęście Charlotte Aitchison postanowiła wlać w serca sierot po Fever nieco optymizmu. Zatem nie wszystko jeszcze stracone, można dalej spłacać kredyt hipoteczny. Co ciekawe, pierwsze sekundy ''SuperLove'' zupełnie nie wskazują na zmianę patowej sytuacji, ot taki mało wyrazisty pop nad zalewem. Aż tu nagle ni stąd ni zowąd wybucha fantastyczny, trafiający w czuły punkt każdego poptymisty refren. Chorus odnajdujący sens życia w plątaninie świdrujących synthów. Słyszałem opinie, że szkicowość zwrotki jest efektem dopisywania jej na kolanie. Ja jednak stoję na stanowisku, że przepaść między refrenem a pozostałą częścią utworu ma dobitnie podkreślić, że paroksyzm miłości to wielki big deal. –Wojciech Sawicki

posłuchaj »



18Cher Lloyd feat. T.I.
I Wish
[Epic]

Ponieważ koleżanka napisała mi ostatnio coś w stylu "jak na pop, Cher jest ok" i wcale nie miała na myśli Cherilyn Sarkisian, to uznałem, że najwyższa pora zastanowić się głęboko nad tym od kogo i od czego "I Wish" jest lepsze. Bo to już nie przelewki - niepostrzeżenie "Cher" przestała znaczyć ">>Cher<<", tzn. wyobraźcie sobie sytuację, że nasze dzieci zaczną mówić o jakiejś wokalistce per "Britney" i będzie im chodzić o jakąś siksę, która się jeszcze nie narodziła. Siksę rocznik 2018. W ogóle ostatni raz widziałem Cher kiedy poszliśmy się zresetować do kina na Burleskę. Oglądanie Cher było wtedy dość surrealistycznym doświadczeniem, głównie z powodu pewnego dysonansu poznawczego pomiędzy jej zoperowanym wyglądem i imidżem, a wiekiem (przypomnę, że miała wtedy, w momencie premiery tego wiekopomnego filmomusicalu, 82 lata. Przepraszam Państwa, oczywiście chodziło mi o 73 lata. Przepraszam najmocniej, oczywiście chodziło mi o 94 lata. [Ryszard Rembiszewski]). I tu niestety muszę zmienić tok narracji, albowiem muszę wspomnieć o Teresie Werner, otóż Terrresa Werrrnerrr, prawdziwa ŻYLETA, rocznik 1958, od 1991 występowała w zespole pieśni i tańca Śląsk, ale niedawno rozpoczęła solową karierę.

Obok odkrycia, że tytuł koncertowego krążka bohaterskiego Czesława Mozila walczącego o kreatywność polskiego popu brzmi Grać, Nie Srać i zetknięcia z presskitem formacji BOKKA, w którym napisano że "debiutancki album projektu to jednolita mieszanka nowoczesnego myślenia, oryginalnych kompozycji i odważnego eksperymentu", istnienie Teresa Werner jest dla mnie jednym z najbardziej wstrząsających objawień 2014. A mamy dopiero połowę stycznia. Ach, właśnie, Cher. Chodzi mi o to, że "I Wish" jest lepsze od "I Got You Babe", od "The Beat Goes On", od "Gypsys, Tramps & Thieves", od "Dark Lady", od "If I Could Turn Back Time" i od (doh!) "Believe" oraz "Strong Enough". Jest też lepsze od wielu tak samo zatytułowanych piosenek: od Skee-Lo, od Gabrielle… W sumie z całego tego towarzystwa musiałbym się zastanowić nad "Shoop Shoop Song" i nad "Wild Wild West", bo może to ten sam poziom, ale ostatecznie chyba i tak wolę numer Lloyd. Co chcę przez to powiedzieć to to, że ubiegłoroczny hicior Cher Lloyd nie jest kolejną piosenką z podsumowania Porcys, o której wszyscy zapomną za miesiąc, tylko najnowszą ŻYLETĄ w historii popu, jednolitą mieszanką nowoczesnego myślenia, oryginalnej kompozycji i odważnego eksperymentu, walczącą o kreatywność brytyjskiego popu. I biorąc pod uwagę nie tylko to, jak laska pożera mikrofon, ale też to jak w wieku 20 lat wygląda, jak "skubana szuka obiektywu" i jak się prowokacyjnie ubiera, zakładam, że jeszcze się spotkamy, "wieczorem, na plaży", w tej rubryce. –Borys Dejnarowicz

posłuchaj »



17Francis And The Lights
Etc
[Good Years]

Wszystko w tym kawałku jest podane na tacy. "Ja to już gdzieś słyszałem..." pisze komentator na YouTube. Francis Starlite odpowiada na zaczepkę, wymieniając konkretne fragmenty "Wouldn't It Be Nice", Simply Red i Beanie Sigela, składające się na zwrotkę, mostek i refren. Kurde, koleś sobie świadomie posklejał swoje ulubione fragmenty i zasadził taką oszczędność wyrazu, że siedzę poruszony, jak ogromną ilość płyt i singli temu. Delikatne, jak zmiany światła w teledysku, "Etc" rusza za każdym razem. –Ryszard Gawroński

posłuchaj »



16Rycerzyki
Rimemba
[Stajnia Sobieski]

Zasadniczo wyznaję szorstkość i trochę czekałem, zanim moja playlista "jadę BMX-em ziom do mojej niuni" poszerzy się o perełkę podobną do "I Wonder Who We Are" The Clientele czy "Sun In My Morning" Saint-Etienne. Wreszcie jest - urokliwe twee, o jakie walczyłem i za które mógłbym wznieść krakowską banię. Gdy Borys pisał o zwycięskiej Izy Lach w 2011 roku, wspominał o triumfalnej rehabilitacji polskości; 2013 był kolejnym krokiem ku krystalizującej się normalności, jednak nie obyło się bez coraz radykalniejszych ruchów ze strony "neo-pseudo" przefiltrowanego przez estetykę "pitchforkową" w stylu Bokki, odpadam, zwłaszcza że moje "problemy z polskością" sięgają dość głęboko. Na szczęście jestem tu po to, żeby chwalić - "Rimemba" to polskie indie bez polactwa, zjadające Twojego ulubionego polskiego alt-wykonawcę lekkością, wyobraźnią i brakiem spiny na udowadnianie swojej "światowości". –Łukasz Łachecki

posłuchaj »



15The Internet
Dontcha
[Sony Music]

Absencja Internetu w muzycznych podsumowaniach roku jest dla mnie równie arbitralna, jak nagła zajawka follow-upem Thundercata. Artyści ci mają ze sobą zresztą dużo wspólnego. I nie mam tu na myśli tylko bezpośredniej współpracy, lecz także pewien rys bałaganiarstwa, czyniący tak wirtuoza basu z Brainfeedera, jak dzieciaki z marginesów Odd Future szczególnie podatnymi na kaprysy krytyki i słuchaczy. Sympatia do żywego grania i improwizacji, brak samodyscypliny i niezupełnie rozwinięta umiejętność selekcji materiału cechują zarówno Apocalypse, jak i Feel Good, co może irytować, ale i skłaniać ku przekonaniu, że najlepsze nagrania od tej młodzieży dopiero się pojawią – gdy nad sympatyczne jamy przedłożą sztukę kompozycji. Dokładnie tak, jak stało się to w przypadku singlowego "Dontcha". Duet Kyd-Martians postawił na żywe instrumenty i trafił w sedno: słodki głosik Syd na mid-tempowym podkładzie z przeplatających się ze sobą grzbietów basu, mieniących się faset klawiszy i minimalistycznych brzdąknięć funkowej gitary brzmi lepiej niż kiedykolwiek, a zwięzła kompozycja równomiernie rozprowadza ciepły vibe. Przepis najprostszy z możliwych, a tyle dobra. –Karolina Miszczak

posłuchaj »



14Melodic Chaotic
Summer Fling
[white label]

Mogliśmy mówić, że młoda ma potencjał, mogliśmy nieco protekcjonalnie uśmiechać się przy "Whip My Hair", mogliśmy twierdzić, że rośnie nam nowa Rihanna. Po tym kawałku nie to ma większego znaczenia. Willow Smith, młodsza od większości z nas o połowę (że tam wiecie, wyższa matematyka, ile lat ma siostra?), udowodniła nim, że jest nie tylko fajnie i zdrowo rozwijającą się dziewczynką, ale też całkiem już ukształtowaną artystką, z własnym pomysłem na swoją muzykę, który w dodatku znacznie odbiega od sztampy oferowanej przez znacznie dojrzalsze piosenkarki. Nie mam zielonego pojęcia, skąd wytrzasnęła tego nikomu nieznanego producenta o ksywce MadeByMVSIC, ale gość zrobił jej letni pseudo-banger, z którym skubana doskonale wiedziała, co zrobić. Jeśli zapytacie mnie, dokąd ten utwór zmierza, to wpadnę w konfuzję, bo on nigdzie nie zmierza - tkwi w zawieszeniu, jest na cholernych wakacjach i flirtuje z chłopcami, skacze sobie do basenu, huśta na huśtawkach. Jest w nim niesamowite napięcie, ale nie ma żadnego punktu kulminacyjnego, nie ma żadnego rozwiązania, bo jest lipiec, a w lipcu takie historie bez konkluzji się zdarzają. I Melodic Chaotic znaleźli język, by o nich opowiedzieć. –Krzysztof Michalak

posłuchaj »



13Thomas
Kissing
[white label]

Jak to jest, że niektórzy są tacy fajni i robią takie fajne piosenki, a niektórzy to już nie są i nie robią i mają mniej fajnie, chociaż w sumie to też jakby fajnie, bo mogą tych fajnych piosenek słuchać z innymi fajnymi ludźmi lub samemu, jeśli tak im fajniej, w fajnych okolicznościach przyrody zwanych, na ten przykład, latem, lub zimą, bo ona też bywa fajna i zdatna do słuchania w niej. Nie wiem, jak to tam z tym jest, ale wiem, i to na pewno, wespół z nieliczną ciągle grupą innych, wierzę że fajnych, ludzi, że Thomas jest wszechfajny, a jego “Kissing” to jeszcze bardziej. To fajnie, że się zgadzamy. No bo kurczę. Gdy tak pławię się w luksusie nieskończonych i nieskończenie fajnych bodźców jak w basenie kolorowych piłeczek, i kombinuję jak tu nadążyć za tym zdrowo pokombinowanym kombinatorstwem, to zwyczajnie się poddaję i mówię, że jest fajnie. Fajna ta kategoria fajności. –Luiza Bielińska

posłuchaj »



12Todd Terje
Stranbar (samba)
[Olsen]

A wszystko dlatego, że na norweskim parkiecie wszystko to, co w Berlinie działoby się przez dwadzieścia godzin, musi się zadziać w dwie. Ścisłe restrykcje związane ze spożyciem alkoholu nie pozwalają beztrosko rozciągnąć imprezy z sobotniej nocy do niedzielnego wieczoru, ale zmuszają DJa do szaleńczego palenia energii tłumu w skompresowanej dynamice dźwięków. Tam żadne nieśmiałe rozgrzewki, z grubej rury i do utraty tchu – Todd Terje otrzymał twardy muzyczny wychów, któremu nie każda publiczność jest w stanie kondycyjnie podołać.

Stałym bywalcom ”Strandbar”, czyli baru na plaży, Terje Olsen stawia poprzeczkę jeszcze wyżej. Udając litościwego podaje na tacy trzy wersje kawałka, do koloru – do wyboru: wersja dla leniwych, początkujących i zaawansowanych. W tej ostatniej jednak, pod niewinnie brzmiącą przykrywką „samby” przemyca prawdziwe spustoszenie, egzotyczną elektronikę i taneczny trans. Tym kawałkiem Terje udowadnia, że gustuje nie tylko w synth-popie Wallego Badarou, elektronice Jam & Spoon i housie Bjørna Torske, ale lubi też takie smaczki jak Sueño Latino. Przyprawiający o mdłości rytm budowany wokół pulsujących akordów nabrzmiewa, puchnie, i pożera i wypluwa szczątki roztańczonych plażowiczów. Olsenie, wpadaj do Trójmiasta! –Monika Riegel

posłuchaj »



11Tera Melos
Sunburn
[Sargent House]

Myślę, że gdyby Matthew Adam Hart w pewnym momencie sprzedał duszę rokendrolowi, to mógłby pokusić się o granie math-rocka, a takie koncerty może lepiej oddałyby jego talent piosenkopisarski. A gdyby na spółkę z Maxem Tundrą (wspomnijmy o nim raz jeszcze w tym kontekście) dekadę temu postanowili nieco nagiąć gatunek pod własne upodobania, równocześnie chwytając gitary, to efekty przebiłyby zamierzenia X’ed Out. Poruszam się trochę po omacku, jednak skłaniam się ku takiej możliwości słuchając "Bite” albo "No Phase” – tutaj punkty zgarnąłby sympatyczny Kanadyjczyk – czy singlowego "Sunburn”. Nie oznacza to oczywiście, że zespół Nicka Reinharta nie potrafił mnie swoim dziełem jakoś zaabsorbować. Chociaż w dwa tysiące trzynastym indie rock gościł u mnie okazjonalnie, co nie ominęło również tego albumu, rzeczony numer jest jednym z moich ulubionych zeszłorocznych singli. Pokombinowanie i nośne refreny to wiadoma sprawa. Bossostwo z jakim Reinhart cedzi sylaby w pierwszej zwrotce chyba też. A mamy jeszcze rozładowanie całego tego zgiełku po 2:00 i masę hooków, które pozostawiają kawałek w ścisłej czołówce letnich wymiataczy. –Krzysztof Pytel

posłuchaj »


#20–11 #10–1

Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019