SPECJALNE - Ranking

20 najlepszych singli 2010

23 stycznia 2011



10Royal Palms
Daiquiris & Dreams
[white label]

Duch XTC nie ginie w narodzie, informacje o kolejnych zjazdach fanów wciąż przebijają się do ironicznych reportaży w TVNie. Nieustający hype dziennikarzy radiowych jak i prasowych już od dawna nudzi młode pokolenie 3D-internautów, które z poczuciem elitarności odrzuca dictum krytyków i nurza się w zakazanym kulcie Pink Floyd, Led Zeppelin i Dżemu. Jakkolwiek trudno podchodzić dziś bez politowania do anachronicznego fisia Polaków na punkcie Beach Boys, Prince'a i XTC, nie należy dissować każdej mainstreamowej podjarki. Wśród odnalezionych niedawno na dnie Internetu archiwów pewnego serwisu muzycznego z początku mijającego wieku (jego nazwy niestety nie udało się odczytać), natknąć się można między innymi tekst o niniejszej piosence. Reklamowała ona "Daiquiris", lek na prostatę. "Weź Daiquiris a strumień snów / Popłynie wartkim nurtem znów", takim wątpliwym hasłem próbowano zachęcić do nabycia specyfiku. Nic nie wiemy o jego skuteczności, ale melodyjka użyta w piosence całkiem miła. –Jędrzej Michalak

posłuchaj »



09Samps
Peppergood
[Mexican Summer]

Rok temu trafił mi się koment do Les Sins i nie wiem, czy to oni, czy to ja, ale oba kawałki wywołują podobną psychiczną niestabilność na granicy rozpadu tożsamości i dyrygowania kosmosem. Z jednej strony mamy Zeszłego roku w Marienbadzie (jest tu jakaś historia, ale będę ją opowiadać od środka i będę ją opowiadać do znużenia [sample]), z drugiej strony Anioła Zagłady (jesteśmy kulturalną młodzieżą i nie chcemy nadużywać państwa gościnności, ale, cholera, nie da się stąd wyjść [loopy, dziwne loopy]), z trzeciej Eschera (schody w górę, schody w dół, od środka i do znużenia [rozdygotany klawiszowy "hook"]). Gdybym spróbowała przemycić "Peppergood" na playlistę w pracy, przełączyliby mi na "Like a G6" jeszcze przed końcem przerwy na szluga, i w sumie mieliby rację, bo w tej połowie doby, która rozpoczyna się po Teleexpresie, nikt już nie ma ochoty na zagadki optyczne, kino niszowe i wysiłek poznawczy, nawet ja. –Aleksandra Graczyk

posłuchaj »



08Rick Ross feat. Curren$y & Wiz Khalifa
Super High (Sativa Remix)
[Maybach]

Południowe Stany, w które staramy się czasem wprowadzać grubo po północy, nie miały już dawno takiej wizytówki. Nawet jeśli od lat dzieciaki wzdłuż Zatoki zajadały się czekoladkami Dra Devina, to brakowało im składników, aby takie smakołyki wypiekać samodzielnie. W minionym roku Ross i Curren$y wparowali w gastronomiczny biznes Raekwona i dostarczyli całemu światu łakoci, że palce lizać. Okazało się ponadto, że nic nie sprawia naszym kuchcikom większej radości niż wspólne gotowanie. Albo raczej smażenie. Naładowany do kresu wytrzymałości remix "Super High" nie traci na swojej laid-backowości. Waluta (courtesy of Borys) zalicza najlepszą zwrotkę w karierze, Wiz uprawia najstarszy zawód świata – braggadocio, a Ross generalnie to nie ogarnia. Choć gram w jednej kategorii wagowej z Khalifą, tutaj najbliżej mi do Ricka. –Jan Błaszczak

posłuchaj »



07Teen Inc.
Friend Of The Night
[white label]

Teen Inc. są teraz Inc. Nie musieli się kotłować się w indyjskim welurze, żeby zaświecić jak klinga, wypalana w ogniu niebieskim. Dwa czarno-białe zdjęcia na krzyż, z których patrzą dwa podobne dryblasy, dwie piosenki na rok, kilka słów przywitania. Tyle, że są z LA. "Friend Of The Night" wchłonęło w siebie całe mnóstwo ulubionych pamiątek sonicznych, zakutych w okowy giętkiej wykończeniówki. Arielowej albo jak z "Straight Old Line" Splitz Enz o gęstości tęczowej zawiesiny. Od pierwszych rozkołysanych taktów wie się, że przerwanie loopa będzie brutalne jak odcinanie pępowiny po raz drugi, taki komfort! Niebezpieczne piękno, które potrafi sprawić, że zupełnie zapomina się o cepowatych melodiach, które na co dzień pozwalają oddychać pełną piersią, oferujące w zamian chwilową rzeczywistość. Płynnego poruszania się, ostrożnego wstawania od stołu, dotykania przedmiotów z namaszczeniem, odwieszania kurtek. –Magda Janicka

posłuchaj »



06Tony Cook feat. Dam–Funk
What’s On Your Mind
[Stones Throw]

Dawne czasy, bardzo dawne, gdzieś pierwszy Idol pewnie, mały Gawroński ogląda występ Szymona Wydry, ten DAŁ CZADU, a Jacek Cygan powiedział, że "była chuć". "Co to jest ta chuć?" myślę, pytam mamy, dostaję śliską odpowiedź, pytam taty, wpadł w tryb paniki, wiecie, odcinek Rodziny Zastępczej o seksie jeszcze nie poleciał, więc jeszcze jakieś śliskie bariery się trzymały. Wbijam do Internetu, Porcys na startowej nie zna odpowiedzi, wyszukiwarka Onetu też, choć stosuję różne opcje ortograficzne i końcowo zostaję z efektem zasianego niepokoju, BO CO TO SŁOWO ZNACZY.

Teraz z perspektywy czasu wiem, co powinno wyskoczyć zaraz na pierwszym miejscu w wynikach: Riddick na wokalach do najfunky ever "What’s On Your Mind? ". Całą tą piosenkę, poza oczywistym wątkiem o leżeniu i kurzeniu się ze dwadzieścia lat, otacza atmosfera odmłodzenie sił witalnych. Damon jest bardziej Adolescent Funkiem jeszcze przed otrzymaniem wiadomości na automatycznej sekretarce niż kolesiem od boogie pejzaży , nagrzany, napalony, nie wie co tam w końcu po drugiej stronie, a Tony Cook, który ma pewnie ze 40 lat (czyli około tysiąca), śmiga basem, nastoletnio poprawia handclapy, klawisze cyk–cyk i ja nie wiem, to po prostu wychodzi tak kosmicznie cool! Aż pozostaje zacytować Jacka Cygana z niewiadomo kiedy o niewiadomo kim: "byłeś czerwony jak cegła, czuć było chuć chłopie, jak wygrasz to ogolę wąsy". –Ryszard Gawroński

posłuchaj »



05Nite Jewel feat. Teen Inc.
Am I Real?
[Gloriette]

Cała ep-ka Am I Real? jest super, ale tytułowa piosenka kończąca ją jest trochę bardziej super niż reszta. Zresztą – cała dyskografia Nite Jewel jest super, ale ta jedna piosenka jest trochę bardziej super. Jak dla mnie to najbardziej uformowany utwór Ramony Gonzalez, artystki, która często polega raczej na nastroju. Tutaj wymyśliła swoją najpiękniejszą melodię i z pomocą Teen Inc rozciągnęła ją na tle muzyki, która łączy typowe dla niej elementy italo ze studyjnym soft–rockiem w stylu Steely Dan na Aji (to solo!), gdyby ci ostatni grali w jakiejś szopie, naturalnie. Emocjonalna wstrzemięźliwość i suchość brzmienia odwracają uwagę, od tego jak faktycznie wzruszająca jest ta piosenka o złamanym sercu, ale tylko najtwardsi nie zmiękną przy końcówce, w której Ramona powtarza w duecie z samą sobą frazę tytułową, jakby bała się, że zaraz zniknie. –Łukasz Konatowicz

posłuchaj »



04John K.
Lost In The Beat
[white label]

Ci, którym odświeżony Ariel Pink nie przypadł za bardzo do gustu, mieli w dwa tysiące dziesiątym możliwość ucieczki w twórczość całkiem zdolnych epigonów wczesnego soundu Kalifornijczyka. Patrząc na tych najbardziej zadłużonych, z jednej strony mieliśmy super płytkę Outer Limits Recordings, a z drugiej Johna K. "Lost In The Beat" urzeka nonszalancją "trzy akordy na sekundę" popowej progresji, słodkością gwizdanego w tle na lizaku Melody Pops synthu, prostolijnością ledwie zrozumiałego (i na dobrą sprawę nieistotnego) tekstu. Choć przynależy koleś bez wątpienia do post-Pinkowej fali hypnagonic, tak naprawdę jego najlepszy singiel brzmi niczym adaptacja ideałów j-popu (trochę w kompozycji, ale przede wszystkim w ekspresji) na grunt amerykańskiego hipsterskiego dwudziestoparolatkowania. John K. *jest* japońską nastolatką przez te trzy minuty i wygląda na to, że dobrze mu z tym. –Patryk Mrozek

posłuchaj »



03Ariel Pink’s Haunted Graffiti
Round And Round
[4AD]

"Round And Round" to bardziej Pulp Fiction niż Mulholland Drive – wszystko jest tu bardziej zrozumiałe. Los Angeles w gorący sobotni wieczór, czarnowłosa nieznajoma, zastrzyk heroiny w żyłę, a może nawet dźganej prosto w serce i sam Ariel wychodzący z cienia Bulwaru Zachodzącego Słońca. Pozornie dalej introwertyczny spirytualista, outsider ze złamanym sercem i to smukłe zaburzenie metryczne przy "…as always", które zawiera w sobie całą tę słodką rezygnację, lecz wszystkie rozterki i wahania szybko kontrapunktują lekkie jak zefir chórki i subtelne "na na na na". Obok "Versailles" to w tym roku najsilniejsza fala nostalgicznych radości i choć, w kontekście całego dorobku Rosenberga, wydaje się, że nie trzeba rozumieć aby kochać, niepodważalna przebojowość nowego materiału przynajmniej częściowo łagodzi pewne bolesne iluminacje. Zwłaszcza, że tę zgraję freaków dalej stać na takie wykonanie. –Wawrzyn Kowalski

posłuchaj »



02Diogenes Club
I Could Try To Explain
[Urban Torque]

Matt Williams i Paul Giles cyzelowali brzmienie, wychodząc naprzeciw najbardziej wyrafinowanym zachciankom dandysów synthpopu, lubiących nurzać się w aksamitach. Tymczasem w "I Could Try To Explain" wyścielili nimi karocę, zaprzęgli w najbardziej rączą parę koni i od pierwszego strzału batem pędziliśmy na przebój. To za sprawą motoryki prostego automatu perkusyjnego, dynamizującego gitarową sekwencję akordów, stanowiąc ćwiczenie z podstaw zwartego, ale nienachalnego i kojącego popu. Nadbudowane nad nimi synthowe klawisze i wokal z reverbem przywołują już swoiste dla duetu z Brighton metafory zamglenia, rozmarzenia i odrealnienia. Przyjemna okazja by nadwątlić kierat dnia powszedniego tą senną perspektywą – na pięć i pół minuty zdystansować się od bzdur i wybudzać się powoli wraz z wyciszającym się utworem. I ‘mógłbym spróbować wyjaśnić’ na czym polegał ten fenomen. Mógłbym zredukować się do roli powielacza przepracowanej już strategii namecheckingu tuzów ejtisowego sophisti-popu. Wskazałbym źródła i inspiracje, ale nie stanowiłoby to odpowiedzi na pytanie. Można odwołać się do obłędnej selektywności brzmienia, prostoty rozwiązań kompozycyjnych, wraz z wszelkimi smaczkami dziejącymi się w tle, które przecież są trafione w punkt i nie sposób wyobrazić je sobie inaczej. Zdaje się bowiem, że obcujemy z oszlifowanym diamentem, którego gładkie powierzchnie, błysk i ostrość krawędzi omamiły pychę nieumiejącego doprecyzować swych estetycznych kaprysów słuchacza po 00s. Ale w to mi graj! W kontekście tezy Łukasza Konatowicza, jakoby The Diogenes Club rozwijali w tym utworze wizję sophisti-popu na nowe stulecie, nie jestem w stanie dłużej czekać na debiutancki LP. –Michał Hantke

posłuchaj »



01Perfume
Natural Ni Koishite
[Tokuma Japan Communications]

To musiało się tak skończyć. Przez lata J-pop dobijał się do naszego biurowca, by w 2010 ostatecznie wyważyć drzwi, obrotowe, bo jakżeby inaczej. W ubiegłym roku w azjatyckim popie działo się aż nadto dobrego: niech mnogość rewelacyjnych singli, długograje Meg, Sotaisei Riron czy Tokyo Jihen o tym zaświadczą. Czy za tą opinią stoi znużenie brytyjsko-amerykańską dominacją, zapał neofity czy wysoki poziom wydawnictw okaże się pewnie za kilka lat, dziś jednak obstawię to trzecie, a co mi tam.

Do tej pory największą furorę wśród entuzjastów komercyjnego, cholernie pokomplikowanego nippon popu robił Towa Tei i jego protegowana Kozue. Jednak wraz z premierą "Natural Ni Koishite" sytuacja uległa zmianie, oto w orbicie porcysowego zainteresowania pojawił się nowy zawodnik. Bo gdy w 2010 Towa w pocie czoła wykminił zaledwie jedno "Marvelous", Nakata sypał dziesiątkami przebojów jak z rękawa. W efekcie czego myśląc dziś o popie ostatnich miesięcy często staje mi przed oczami obraz wyperfumowanej Meg w kapsule. Wylejmy zatem w końcu tę fiolkę i kochajmy się naturalnie, tak jak chciałby to robić Ben Jacobs. Tak, gdyby Max Tundra pewnego dnia zdecydował się sprzedać, to ma z kogo brać przykład i z kim rywalizować, choć śledząc kątem oka kompozytorski dorobek Nakaty z ostatniej dziesięciolatki miałbym wątpliwości czy dałby mu radę, niemniej z całych sił kibicuję mu, żeby stanął kiedyś w szranki.

To deprymujące, jak ciągle zbaczam z tematu, ale nieszablonowość brzmienia nakatowskich synthów, mechanicznie polukrowane wokale, kawalkada soczystych progresji akordowych, zmagania o prymat zwrotki z refrenem w "Natural" nieustannie sprowadzają mnie na manowce. Co gorsza, postać tych trzech niewinnie wyglądających Japonek też nie daje mi ukojenia, bo jak na nie patrzę to przeraża mnie postępująca robotyzacja świata, zwłaszcza, że Nakata spaja ich głosy, osobowość w jedną nierozróżnialną całość z tym zaborczym podkładem, jakby wprawił po prostu w ruch kolejne pokrętło na konsolecie. Jednak mimo tej całej traumy towarzyszącej mi podczas kolejnych odsłuchów, nie mogę się rozstać z tym utworem, a nie jest to nawet najlepszy wałek tego genialnego producenta. Wraz z Nakatą weszliśmy do rozświetlonego tunelu, pytanie tylko, czy to blask odradzającego się komercyjnego popu, czy raczej nadciągający z naprzeciwka TGV. W oczekiwaniu na odpowiedź zapoznajcie się z jego dorobkiem, utwór roku 2010 to chyba dobry start, c'nie? –Wojciech Sawicki

posłuchaj »


#20–11 #10–1

Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Kanye WestJesus Is King
Agus"Stella Matutina" / "It's Not Love"