SPECJALNE - Ranking

20 najlepszych płyt 2013

18 stycznia 2014



Pora na finalizację naszego podsumowania roku. Albumów pretendujących do naszej listy wyszło zatrzęsienie, a skala dobroci skłoniła nas do poszerzenia właściwej listy do 20 pozycji. Dawno nie było tak dobrze!

[Uwaga: Porcys odchodzi na zimowe ferie. Regularne updejty powrócą na początku lutego 2014 roku. Aby przejść na stronę główną, kliknij tu.]


20Toro Y Moi
Anything In Return
[Carpark]

Na początku chciałem trochę potrollować w temacie Anything In Return. Wiecie, że "syndrom trzeciej płyty" (polecam wrzucić ten temat w wyszukiwarkę, jest moc) i takie tam. A poza tym – komu w ogóle kojarzy się ta płyta z 2013 rokiem? Słuchał jej ktoś wtedy w ogóle? No właśnie.

Można się zastanawiać, czy kierunek obrany przez Bundicka w ostatnich miesiącach jest kierunkiem słusznym i czy coś wyjątkowego jeszcze kiedyś powstanie pod szyldem Toro y Moi. Nawet jeśli trzecie LP Chaza to moja najmniej ulubiona z jego dotychczasowych nagrywek, to trzeba oddać mu jedno – wciąż zdarzają się momenty, w których jakby od niechcenia odsadza songwriterską czołówkę na kilometry. Już otwierające zestaw "Harm In Change" zapowiada jakiś nowy rodzaj neurozy, jednak za sprawą takich słodziaków jak "Cake" ta zapowiedź nigdy do końca nie zostaje zrealizowana. Chociaż Chazwick nie robi specjalnego kroku naprzód w kwestii doboru środków wyrazu lub muzycznych stylistyk (jak miało to miejsce choćby na Freaking Out (EP)), to chwilami mam wrażenie, że ten trudny do nazwania, nieco chropowaty styl niezwykle mu służy. Klasa, jak tak dalej pójdzie, to Mirosław Trzeciak jeszcze długo nie będzie mógł nazwać Bundicka "songwriterem wypalonym". –Kacper Bartosiak

recenzja płyty »
posłuchaj »



19Steve Arrington & Dam-Funk
Higher
[Stones Throw]

Może się to kupy nie trzyma, że tyle wykoncypowanych spod chmury rozgrzanych procesorów czachy i świetnych w rezultacie płyt zostawiam w tyle za czymś, co konsystencją przypomina z serca babuni kosmiczny dżemik. Doprawdy nie rozszyfruję logiki powstawania takich dzieł jak Higher -zapewne dlatego, że nigdy komponowaniem się nie zajmowałem. Faktem jest, że powstawało ono aż trzy lata, czyli mniej więcej od wypuszczenia w obieg Toeachizown i brzmi bardzo podobnie. I brzmi jak robota na jedną noc. Co? Robota? To czysta zabawa. Podświadomość transmitująca w analogu riddickowski mit kosmologiczny. Uzasadnienie tego szmatu czasu znajduję w konieczności zgrania kolaboracji ze Stevem Arringtonem, archetypiczną postacią tego mitu. Kolejny zwariowany koleś, który na etapie adolescencyjnych nagrywek Dam-Funka był jego idolem, szalał na perkusji w Slave, oraz zaiwaniał w todze po studiu Top of the Pops, teraz daje funk na warunkach redefinicji, poczynionej przez młodszego wariata z Pasadeny. To jest po prostu retro-futuryzm religijny. Jedyna płyta tego gatunku wydana w ubiegłych dwunastu miesiącach. –Michał Hantke

posłuchaj »



18Jessy Lanza
Pull My Hair Back
[Hyperdub]

Skoro 9 tracków, to 9 refleksji na szybko, bo wychodzę na SSS (SZOŁKEJS STAJNI SOBIESKI).

1. Współczuję trochę Jessy, ale musiała się liczyć z tym, że zostanie estetycznie zdominowana przez Jeremy'ego, bo facet ma tak natychmiast rozpoznawalne, unikalne, właściwe sobie patenty, że... No, wiadomo.

2. Inna całkiem podobna płyta, którą swoim melancholijnym wirusem zaraził Wielki Kanadyjczyk Polskiego Pochodzenia: Double Night Time Morgana Geista (tam on użyczył głosu do bitów, tu odwrotnie).

3. Inna niepowiązana, nieco odmienna stylistycznie, szybsza i bardziej taneczna, ale też pokrewna duchem płyta, która przychodzi na myśl: Miss Diamond to You, wyprodukowana przez Maurice'a Fultona.

4. Podobnie jak w wyżej wymienionych, kupuję u Jessy LP całościowo, ale są tu też momenty, drobne niuansiki, które mnie jakoś wybitnie przepoławiają, jak np. refren tego numeru z cyferkami w tytule. Wznosząca melodia lekko sięgająca falsetu sprawia, że "coś mnie kurwa łaskocze w serce". Czysty GRYNSZPAN, fakt.

5. Btw uwaga, "śmieszny" przerywnik.

6. Koniec przerywnika. Ej, a zobaczmy gdzie grali fragmenty Pull My Hair Back w polskim ETERZE. Hey, not bad.

7. Choć w sumie zaskakuje w tym wykazie brak Chilli Zet. Specem od PLEJEK nie jestem, ale nie trzeba tu super mózgowca, by łatwo zorientować się, że obszerne fragmenty winny śmigać na rotacji w stacji będącej "formalnym następcą" nieodżałowanej w swoim kuriozalnie miotącym post-dresiarstwie Planety.fm.

8. Jeśli się zgodzicie z tą myślą, to skonstatujcie, że album Lanzy to rzecz zdolna zachwycić tak rozmaite media, jak Porcys, >>obecne<< Screenagers, Resident Advisor i Chilli Zet. Czy to tak pospolite zjawisko? Mniej niż wam się wydaje, gwarantuję.

9. Inne wydawnictwo zdolne zachwycić wszystkie cztery środowiska punktu 8: Causers of This. –Borys Dejnarowicz

recenzja płyty »
posłuchaj »



17Joey Bada$$
Summer Knights
[self-released]

Summer Knights zaczyna się, jakby miało być mikstejpem o wakacjach w mieście i to złudzenie udaje się nawet przez jakiś czas podtrzymać. "Alowha" ma wejście równie obiecujące, jak Jay-Z w "Izzo", zacieramy więc ręce spodziewając się łakoci i witamin - ożywczego, młodego spojrzenia na rap-grę, które przy okazji miło pobuja. Wtem okazuje się, że miasto to Kraków-Płaszów, a "skun był maczany" (w ludwiku). Co prawda, jak każdego lata, zdarzają się tu momenty błogości, ale nawet one są podszyte jakimś niejasnym rodzajem niepokoju.

Ludzie zarzucający Summer Knights, że jest dziełem kogoś przedwcześnie zgorzkniałego, chyba nigdy nie mieli osiemnastu lat. Joey od czasu zeszłorocznego 1999 przeżył wiele, ale nauczył się jeszcze więcej - jego dojrzewający flow coraz mniej ma wspólnego "płaceniem omaż" ludziom starym bądź nieżyjącym, a coraz wyraźniej zaczyna być sam swoim głównym punktem odniesienia. Produkcja, o której wspomnieć trzeba, czerpie w dużej mierze z czasów chwalebnych i zamierzchłych, ale nie jest to zwykłe powtórzenie starych patentów, w irytującej, pastiszowej manierze znanej nam z nagrań Amy Winehouse, Jurassic 5 i Czarno-Czarnych.

Pomyślcie, ile zbyt długich wydawnictw wchodziłoby rokrocznie do waszych topów 20, gdyby z nich ujebać połowę materiału. Sytuacja, w której coś pierwotnie planowanego na EP-kę rozrasta się do 17 kawałków, do tego wcale nie najkrótszych, jest zawsze sytuacją strzału w stopę. Dlatego za każdym razem, kiedy komuś udaje się coś dokładnie odwrotnego, czyli porozstawianie konkurencji po kątach materiałem pochodzącym głównie z folderu "odrzuty", pozostaje nam bezradnie rozłożyć ręce i uznać, że z drogi śledzie. –Aleksandra Graczyk

posłuchaj »



16Drake
Nothing Was The Same
[Universal]

Nawet nie było co oczekiwać, by Drake wzniósł się znowu na himalajski poziom Take Care. Dziś więcej niż kilkanaście miesięcy temu we mnie śmiałości, by tę osiemnastościeżkową knigę rozpatrywać w kategoriach perfekcyjności, a każdy jej odsłuch jest celebrą. Ta muzyka jeszcze mnie nie zmęczyła, nie znudziła, a jej pokłady detali doznaniowych ciągle są niewyczerpane. No ale skoro przyszło do podsumować rocznych, to przypomniałem sobie, że mazgaj z Toronto coś w tym roku wydał i trzeba nadrobić. Jest wybornie. Zacznijmy od kwestii produkcyjnych. Nothing Was The Same staje się na naszych uszach manifestacją zdrowego stylu układania podkładów. Noah "40" Shebib nie tyle oszczędza nam ziewu z tracka na track, co potrafi szyć subtelne zmiany na przestrzeni jednego numeru. Czego można spodziewać się po reszcie albumu, skoro już na starcie mamy numer jadący na czterech osobnych, wyjebanych w kosmos bitach? Samych dobroci. Aczkolwiek NWTS działa bardziej siłą pojedynczych, dających się spokojnie przemieszać singli niż rozkoszującą sekwencyjnością album-tracków, które tak jak na Take Care opowiadałyby rozemocjonowaną opowieść, w poszukiwaniu końca której wraca się do początku. Wokalnie oczywiście klasa. Aubrey Graham raz smuci, raz krzyczy, innym razem śpiewa, robi wszystko by utrzymać uwagę. W ogóle jest go tu jakby więcej. Z wielkich nazwisk pojawił się tym razem tylko Jay-Z, by zapodać w "Pound Cake" najsłabszą zwrotkę na płycie. Cała reszta – poza czarującym refrenem Jhene Aiko w "From Time " – została zdominowana przez Drake’a, który jest tak wszechstronny, że właściwie featuringów nie potrzebuje. Może brakuje mu street credu, ale skilla bym nie niedoceniał (a na wysokości Thank Me Later się tego czepiano). Takiego identity Drizziemu tylko pozazdrościć. Naturalnie Nothing Was The Same> stoi co najmniej pół lewela niżej od poprzedniego LP, ale to po pierwsze dziwnym nie jest, po drugie nie jest kwestią, po trzecie nie umniejsza pozycji autora w krajobrazie współczesnej czarnej muzyki. Kanye jest może bystrym wizjonerem, ale sukcesorem fundamentalnej wizji Marvina Gaya jest właśnie Aubrey Drake Graham – nie czepiajmy się społecznego backgroundu. –Michał Hantke

recenzja płyty »
posłuchaj »



15These New Puritans
Field of Reeds
[Infectious]

Jeżeli miałbym użyć jednego przymiotnika, aby określić charakter muzyki zaprezentowanej na zeszłorocznym albumie Brytyjczyków, bez wątpienia wybrałbym słowo: "piękny". To co dzieje się na przestrzeni tych pięćdziesięciu minut z okładem to nic innego jak rzeczy magiczne. Wizja, jaka kiełkowała w głowie Barnett'a, chyba zaskoczyła nawet największych die-hardów angielskiego kolektywu. Postawienie na intymny anturaż kreślony za pomocą hybrydy kameralistyki, post-rocka i poważki wprowadził przy pierwszym kontakcie z albumem w zakłopotanie niejednego. Wątpliwości jednak szybko znikły. Po kilku odsłuchał okazało się jasne, że Barnett jest niezłym cwaniakiem i doskonale wiedział co robi. Typ posiadał na tyle silne songwritersko motywy, że nie ryzykując, bez problemu mógłby osadzić je w ramach tradycyjnego dla siebie instrumentarium, jednak artystyczne ambicje wzięły górę. Wynikiem całego zamieszania, okazała się płyta nie tylko ocierająca się miejscami o arcydzieło, ale też unikatowa, nie podobna do niczego prezentowanego w dzisiejszym popie. Wspominałem już tutaj, że oczami wyobraźni widziałem podobne rzeczy tworzone przez Radiohead. Jednak wcale nie żałuję, że wątpliwy zaszczyt realizacji moich pragnień przypadł muzykom z TNP. Brytyjska prasa co tydzień próbuje na silę wykreować swoje "the next big thing", jednak już wcale nie musi. Hej żurnaliści z NME, w końcu macie swoich bohaterów! No i Mark Hollis tez pewnie jest dumny. Jakby nie było, w końcu to rodacy. –Marek Lewandowski

recenzja płyty »
posłuchaj »



14Ducktails
The Flower Lane
[Domino]

Kochani uczniowie!

Myślę, że każdy zna nową i jakże wspaniałą płytę bardzo znanego i lubianego zespołu Ducktails, zatytułowaną The Flower Lane.

. Płyta jest rozchwytywana przez fanów tego bendu i w pionurującym tempie znika z półek najlepszych sklepów muzycznych. Moim zdaniem, to wydanie jest naprawde fantastyczne. Można na niej znaleźć kawałki zarówno popowe, rokowe jak i disko. Dla każdego jest coś fajnego, dla dzieci, młodzieży i dla osób w podeszłym wieku. Piosenki z tej płyty nadają się zarówno na wesele, ogniska, jak i na spotkania w gronie najbliższych. Matthew Mondanile, lider zespołu, pięknym męskim głosem śpiewa o jesieni (“Ivy Covered House”), Wielkim Jabłku (Nowym Jorku) w “Litter of Intent” i życiu studenckim “Academy Avenue”. Melodie na płycie przypominają o największych hitach Bitlesów czy naszych Czerwonych Gitar.

Gorąco polecam! –Patryk Mrozek (praca niekoniecznie własna)

recenzja płyty »
posłuchaj »



13Coyote Clean Up
2 Hot 2 Wait
[100% Silk]

Ciekawy rok dla Detroit – pomysł na przyznawanie darmowych domów pisarzom (i bankructwo) zaskakująco zbiegły się z ósemkową płytą niejakiego Sienkiewicza (szkoda, że nie jest to równie zabawne jak nagłe objawienie się moskiewskiego neo-nazisty o nazwisku Andrzej Kmicic). Chillwave, minimal techno i deep house to w pewnym sensie moje estetyki, zwłaszcza, że poza gatunkową półeczką, stopione w jedno, przywołują postać Wolfganga Voigta, człowienia, który dla wielu chłopaczyn przeżywających złote chwile w erze dopalaczy stał się kimś w rodzaju duchowego guru. Niezliczone godziny poświęcone na wpatrywanie się w sufit przy muzyce Gasa powracają w wielu momentach 2 Hot 2 Wait , choćby w utworze tytułowym, gdzie indziej te wpływy ulegają dubowym mutacjom, popowej chwytliwości, miłosnej gorączce. Teraz rozkrajam sobie momenty trochę na siłę, bo była to bodaj jedyna płyta w tym roku, której zawsze słuchałem w całości, dając nura w wizjonerską chillhousową wizję, nieraz z towarzyszeniem pikselgaze'owych wizuali Jona Mi Lo, i uważam recepcję tego niebywale czułego albumu (a i pozycję w niniejszym rankingu) za jakiś żart, bo jeśli ten świat myśli, że wystarczy mu muzyka w stylu Disclosure, to ten świat myli się bardzo. –Łukasz Łachecki

recenzja płyty »
posłuchaj »



12Thundercat
Apocalypse
[Brainfeeder]

Festiwal Jazzowy w Montreux na festiwalu elektronicznym. Tak w telegraficznym skrócie mógłbym opisać ubiegłoroczny występ na Tauronie Stephena Brundera i jego kolegów. Być może to tylko strzępkowe reminiscencje, ale dawno nie zaznałem podobnego uczucia zachwytu i rozkoszy jak podczas tamtego pamiętnego wieczoru. Trzech wymiatających gości: bębniarz, klawiszowiec i wspomniany arcymistrz basówy wywrócili dotychczas panujący ład zapodając najpiękniejsze motywy z obu płyt w skrojonych specjalnie pod widowisko rozbudowanych aranżacjach i jakże kontrolowanej przez frontmana improwizacji. Przewinęła się Sa-Ra, przewinęło się Head Hunters mistrza Herbiego, a nawet Pat Metheny Group i Yes (typ przyznał nawet podczas wywiadów, że inspiruje się Cream czy Genesis). I to wszystko z uśmiechem na twarzy oraz "Heartbacks+Setbacks" na bis. Szach i mat. Zero cyrku i skuch, za to pełen konkret i niesamowity luz wykonawczy, mówię wam.

Nie piszę o tym bezzasadnie, bo tamten set ukonstytuował mój ostateczny odbiór Apocalypse. Płyty być może niełatwej w pierwszym odsłuchu, bo sofomor Thundercata to gąszcz interludiów, rwana narracja, natomiast basowa ekwilibrystyka Brundera może wprawiać w zakłopotanie (pozornie!). Jednak z drugiej strony mamy tu jeszcze więcej dobroci niż na poprzednim, bardzo dobrym zresztą wydawnictwie.

Thundercat znów namieszał. Na otwierającym płytę "Tenfold" spowitą w sennej mgle, narkotyczną aranżację (bardzo podobną do tej z Until the Quiet Comes, notabene FLyLo współprodukował ten krążek) spotykają psychodeliczne wydźwięki gitar i motoryczne pochody basu. Przy wspomnianym wcześniej "Heartbacks+Setbacks" zamykam oczy i przypominam sobie moment, kiedy Wojtek wrzucił to na grupę. Dodam tylko, że lepszy sophisti-pop w tym roku nagrał chyba tylko pewien koleś z Krakowa, no nieważne. "Tron Song" to kolejny z serii masakrujących kawałków, który mógłbym ripitować na okrągło i zachwycać się spiętrzającą się harmonią zwrotki. Jest i mrugnięcie okiem w kierunku Prince'a i Wondera na wymiatającym "Oh Sheit it's X", jest i "Without You", czyli "najlepszy track Toro Y Moi z 2013, którego nie nagrał Toro Y Moi" jak chce pewien eks-rednacz. Brylantami są też dwa niedocenione tracki: "Special Stage" ze wspaniale kołyszącym refrenem i jazzujące "Lotus and the Jondy" z potężnymi wyładowaniami perkusyjnymi. Niepokój i znak zapytania wkrada się na sam koniec w smutnym "Evangelion" i hołdzie dla przedwcześnie zmarłego Austina Peralty "Message for Austin / Praise the Lord / Enter the Void".

Zamiast tanich akrobacji mamy rzecz, której znów nie umiem zaszufladkować (prog-neo-soul-sophisti-jazz-cokolwiek), ale takich uduchowionych, impresjonistycznych i nieposkromionych niczym kreatywnych wizji życzyłbym sobie na przyszłość od tego pana więcej. Może tym razem niekoniecznie o apokalipsie. –Jacek Marczuk



11Obey City
Champagne Sounds (EP)
[LuckyMe]

Przeczesując Internet w poszukiwaniu tekstów na temat nowej epki jednej z najlepiej rokujących inwestycji LuckyMe ostatnich lat, Sama Obeya, nie natkniemy się na wnikliwe recenzje, szczegółowe analizy czy ekstatyczne ficzery. Poza wyjątkami, które mogę policzyć na palcach jednej ręki, a które poświęcone są głównie "Fallin'", singlowi "promującemu" wydawnictwo, można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z krążkiem, o którym kilka tygodni po przesłuchaniu nie będziemy w stanie powiedzieć niemal zupełnie nic.

Owszem, Champagne Sounds ze swoją manierą dramaturgiczną i przesadnym eksponowaniem wybiórczych, ostentacyjnie mieszczańskich artefaktów ze skarbca japiszońskiego popu lat 80. zaprasza do zabawy, która nie jest dostępna dla wszystkich. O ile większość chętnie posługujących się etykietką "hauntologii" muzyków zanurza się w niewyraźnych obrazach dzieciństwa poprzez usuwanie kolejnych warstw wspomnień składających się ze strzępów teledysków z MTV, odcinków Z Archiwum X, kultowych gier wideo, kreskówek i radiowych playlist, tak Sam Obey w wolnym czasie odpala ze starych kaset VHS ulubione odcinki Dynastii, a czekając na zaparzenie się naparu imbirowego przegląda stare zdjęcia z ciepłych wieczorów ledwo pamiętanych przez siebie rodzinnych wakacji na Hawajach.

Za tym pękającym w samozadowoleniu ultrahipsterstwem kryje się jednak coś więcej. Obey wykonuje bowiem niezwykłą pracę uszlachetnienia modnych dzisiaj street-klubowych środków wyrazu – od hip-hopu i elektronicznego r&b po bass oraz footwork - odwracając sposób konstrukcji synkretyzmu w muzyce, niejako przestawiając jego gmach z powrotem "z głowy na nogi". Wykorzystując serię całkowicie współczesnych sztuczek do restauracji wyblakłych obrazów przeszłości przywraca również związaną z ich doświadczaniem wrażliwość i temperament. Champagne Sounds, choć może kusić niezobowiązującymi uciechami, stanowi więc pole do uprawiania hauntologii prawdziwie radykalnej, o czym większość bandcampowych adeptów lo-fi, pogłosów i vintage'owych sampli może jedynie pomarzyć.

–Jakub Wencel

posłuchaj »


#20-11   #10-1

 

Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019