SPECJALNE - Ranking

100 Singli 2000-2009 Na Świecie

9 listopada 2010



020Cut Copy
Saturdays
[2004, Modular]

Zacznę sztampowo (i mało oryginalnie: Janek zbudował już na tym swój koment do "Hearts On Fire"), ale nie mogę inaczej, bo wpierw musimy sobie ustalić okoliczności: nie jestem fanem Cut Copy. Uważam, że grupa ma super nazwę i wymuskany image, ale szczerze powiedziawszy, całościowo "nie rusza mnie" muzycznie. Może dlatego, że nigdy nie zaliczałem się do sympatyków New Order... A zresztą, to chyba nie ma nic do rzeczy. Po prostu – większość ich kawałków uważam za średnie, kilka za całkiem spoko. Natomiast "Saturdays" poznałem kiedyś, przypadkiem, nawet NIE WIEDZĄC czyj to numer – na imprezie, kolega puścił. I do dziś postrzegam sprawę tak: "Saturdays" to "Saturdays". Utwór identyfikuję w mojej głowie jako osobny plik, w osobnym folderze, pod własną nazwą. Gdy myślę o "Saturdays" to wcale nie myślę o Cut Copy. Może niesłusznie, bo oczywiście, szacun dla kolesi, że to właśnie oni są odpowiedzialni za tę wysoko funkcjonalną architekturę dźwięku, spełniającą większość moich estetycznych oczekiwań w zakresie "nowoczesnego popu na bicie".

Nudna uwaga, ale nie pamiętam w 00s lepiej "ułożonego" bitu – rozpisany przez Australijczyków wzór rytmiczny jest matematyczny, ale gruwi; skomplikowany, ale prosty; dance'owy ("szybki"), ale hip-hopowy ("wolny"); inteligentny, ale sexy. Gdybym prowadził na Uniwersytecie ćwiczenia z programowania bitów i Dan Whitford oddałby "Saturdays" jako pracę semestralną, to oceniłbym ją 100 na 100 punktów i dopisał koło noty: "kapitalne operowanie start/stopem i mistrzowskie użycie klasków w rozkładzie akcentów". Oraz w ogóle podałbym się do dymisji, może wyleciał z krzykiem na dziedziniec, a może wyskoczył oknem. A to tylko sam bit. Występują tu jeszcze takie smakołyki jak synth-bass, klawiszowa oprawa, gitarka, wokal. Wszystkie uwikłane w repetycję tak, jak lubię. Te dwa loopy przewodnie ("zwrotka" i "refren" jeśli chcecie) są tak dobre, że nie da się ich rozwinąć, więc po dwóch minutach nagranie podąża donikąd i literalnie rozpada, rozpływa, rozpuszcza się. Jednak zanim to się wydarzy, dyskretnie bałnsująca statyczność wprawia w błogość. "Saturdays" to coś między zapętlonym "stanem", "sytuacją", "zjawiskiem", na didżejską modłę, a la mostek u rodaków z Avalanches, a regularną piosenką wykonywalną normalnie przez "żywy" band, powiedzmy z okolic późnego Rapture. I teraz dopiero widzę, jak ów middle ground był mi w życiu potrzebny. –Borys Dejnarowicz

posłuchaj »


019M.I.A
Galang
[2003, Showbiz]

Czy ten kawałek M.I.A. mógłby rozbrzmiewać korytarzach "galerii" (perfidnosć tego określenia!) handlowej? – zapewne nie. Ale już w jednym ze znajdujących się weń sklepów z odzieżą dla młodszych, zdolniejszych, atrakcyjniejszych? – najpewniej tak. A przynajmniej nikogo by to na dzień dzisiejszy nie zdziwiło. Zaryzykuję stwierdzenie – a przychodzi mi to o tyle łatwo, że zasadniczo niczym nie ryzykuję prócz własnej "personal brand" (czyli w rzeczy samej niczym) – że w roku 2003, czy nawet 2004, a niech będzie moja strata, że i 2005, byłoby to niemożliwe. Można to odczytać na wielu płaszczyznach – ideologicznej, muzycznej, kulturowej. Można to tak odczytać, co niniejszym czynię. O ilu popowych kawałkach w minionej dekadzie, ba dziesięcioleciach, można by sobie tak smacznie deliberować? No właśnie. –Paweł Nowotarski

posłuchaj »


018 Róisín Murphy
If We're In Love
[2005, Echo]

Herbert potrzebuje takich stylowych lasek, bo bez nich to ja doceniam go z odległości. Róisín potrzebuje rozsądnych panów za konsoletą, bo inaczej nagrywa jakieś Moloka. Chcecie dowodu? "If We're In Love" to czysty strzał, który pokazuje, że elementy tego połączenia muzycznego powinny działać częściej. Co tu się dzieje, jeny! Z jednej strony śliczny głos, erotyzm, wspaniałe frazowanie i urok starszej, ale wciąż atrakcyjnej guwernantki, z drugiej dostojnie powolny "kubistycznie pogmatwany" podkład, ich spotkanie aż kipi i wysyła wszędzie iskry, w głowie rodzą się nieprzyzwoite obrazki, w barkach, nogach, wszędzie indziej przynajmniej lekkie bujanie. Zaczyna się niewinnie, jakieś urwane wokale, podkład dopiero się rozkręca, a przy "If we’re in love we should make love" Róisín pokazuje podwiązki i nagle lądujemy w reklamie batonika Bounty, jakieś rytuały z podtekstem, rysowanie na ciele wzorków, inscenizacje, koniecznie piasek, nie wiem, może przestanę, bo mam być niewinny. –Ryszard Gawroński

posłuchaj »


017Kylie Minogue
Love At First Sight
[2001, Parlophone]

Dla mnie to nie tylko najlepszy singiel dekady, ale i ulubiona piosenka w ogóle. Tysiące artystów osiągających status legend i setki ich piosenek określanych mianem klasyków, a ja w żadnej z nich nie znajduje nawet ułamka tego ideału, z jakim mam zaszczyt obcować za każdym razem, gdy "Love At First Sight" rozbrzmiewa w moim domu, w słuchawkach na ulicy, czy z głośników w centrum handlowym. Choćby nie wiem, jak zły byłby to dzień, jak bezsensowne wydawałoby mi się egzystowanie, "Love At First Sight" dostarcza największej możliwej ilości hormonów szczęścia przez narząd słuchu prosto do mojego mózgu, czyniąc mnie prawdziwie spełnionym. Możliwe, że zbyt często uczę się emocji i relacji z popowych piosenek, a "Love At First Sight" jest wobec tego winne mojej wiary w miłość od pierwszego kontaktu. Skoro jako 11-letni chłopiec potrafiłem zachwycić się melodią tego utworu, skoro do tej pory pamiętam dreszcze, które przebiegły po moim ciele, gdy usłyszałem ten utwór w autokarze wiozącym mnie na wycieczkę do Niemiec o piątej rano, z porannym słońcem w tle, to ciężko mi założyć, że podobne wrażenie nie jest prawdziwe lub że może się nie powtórzyć. Słyszałem ten utwór prawdopodobnie nie setki, a tysiące razy i nigdy nie pomyślałem, że brakuje tu czegokolwiek, że można choć odrobinę więcej. Kiedy myślę "definicja perfekcyjnej popowej piosenki", to "Love At First Sight" jest odpowiedzią oczywistą – tak niesamowicie prosty utwór, w którym każda nutka jest dziełem czystego geniuszu, której każdą sekundę jestem w stanie odtworzyć sobie w głowie, nie mogąc powstrzymać chęci, by usłyszeć ją naprawdę jeszcze raz. "The music you were playing really blew my mind" i choćbym sobie łamał serce dziesiątki razy, nie przestaję wierzyć w to, co Kylie tu śpiewa i co udowadnia towarzysząca jej muzyka. Każdy chce mieć coś, do czego może wrócić, bezpieczeństwo, stałość, tego typu rzeczy – ja znajduje je w tych czterech minutach. "'Cause baby when I heard you / For the first time I knew / We were meant to be as one..." – śpiewa Kylie, a ja nie wiem, jak udało jej się dostać do kolekcji filmów z moich myśli. –Kamil Babacz

posłuchaj »


016Toro Y Moi
E.D.E.N.
[2009, white label]

Czasem po prostu nie chce się już, łapie człowieka wczesna starość i na ogarnianie teraz zaraz najnowszych hajpów nie ma żadnej opcji. Nagle rozkminianie całej dyskografii R.E.M. wygląda bardziej kusząco, historia animacji zaczyna wieść prym, nadrabia się braki w dzieciństwie poprzez kupno Super Nintendo i powstaje skorupa, przez którą już na pewno nie dojdzie żadna podjarka. Przed wynalezieniem tego utworu przez Wojtka duża część niezal świata była właśnie pod taką przykrywką i zajęta innymi rzeczami siedziała smutając świat swoim umiarkowaniem. Siłą tego utworu nie jest fakt jak zajebisty jest ten prosty tekst, przejście w dyskotekę jak w "MBGATE", ciepły głos czy niesamowity bas. W Polsce wygrywa mocniej otoczka i fakt, że "E.D.E.N. " był początkiem drogi do zamieszania na scenie i ponownego zachwytu muzyką. Można nie kumać tego hajpu i nie znaleźć w sobie tych emocji, którzy inni znaleźli, ale i wtedy istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że nawet wtedy gdzieś tam padła iskra, która ożywiła to strasznie smutne zdziadzienie i wywołała bisy na festiwalu bez bisów. –Ryszard Gawroński

posłuchaj »


015Beyonce feat. Jay-Z
Crazy In Love
[2003, Columbia]

To oczywistość, że uderzenie dęciaków i kaskada bębnów w refrenie "Crazy In Love" symuluje ogłuszający atak miłości na umysł. Jednak nie miejcie złudzeń, że to wasza pospolita, niewiele znacząca miłość zwykłych śmiertelników. To pierdolona miłość Beyoncé i Jaya-Z, która wydana w formie singla zarobiła kolejne miliony dla tych superludzi. Chcielibyście, żeby wasze życie osobiste było takim połączeniem biznesu, sztuki, cholernie seksownych outfitów i bycia mega cool na tylnym siedzeniu samochodu. Dobrze wiecie, że w codziennym, szarym życiu może się nam przytrafić tylko miniaturowa, wyblakła wersja TEGO uczucia. Możliwe jest osiągnięcie czegoś na skalę "Dilemma", nie ma szans na pannę Knowles / panią Carter doświadczającą euforii w TYM refrenie, w którym śpiewa jakby nawet ona sama nie mogła za nim nie nadążyć, jakby była o krok od pomylenia tekstu. A może i go myli, może to nie tak miało iść, ważne tylko żeby dotrzeć do kolejnego "Crazy in love". Szczęśliwie, w roli swatki wystąpił Rich Harrison, określający swoje brzmienie wytyczające nowe ścieżki w wykorzystaniu ośmiornicy na instrumentach perkusyjnych, które zatrudnił później w jeszcze kilku złotych standardach r&b. –Łukasz Konatowicz

posłuchaj »


014Snoop Dogg feat. Justin Timberlake & Charlie Wilson
Signs
[2005, Doggystyle]

Nawet, jeśli nie przepadaliśmy za "Signs", kojarzyliśmy ją jako piosenkę z Justinem wymawiającym "fuck". W połowie dekady takie rzeczy mogły jeszcze szokować, a fakt, że uśredniony słuchacz może nie doznawać, nie był jeszcze skandalem obyczajowym. Naturalnie nie wystarczy napisać, że "cupid don't fuck with me" jest wstrząsające, ani że Snoop znowu wymiata zupełnie od niechcenia, jak gdyby wychodził w kapciach rano po gazetę. Ten tutaj numer znalazł się bardzo wysoko na naszej liście, a ja czuję się zobligowany do uzasadnienia. Teza jest: Neptunes siedzieli sobie w studio, słuchając "Got To Be Real" z powtórzeniami. Podczas jednej z takich repet uderzyło ich, że można z tego wyciąć ze dwie frazki i na ich podstawie napisać całkiem nowy numer zachowując cechy charakterystyczne własnego, przeżywającego swój moment imperialny, stylu. Okazało się jednak, że to, co udało im się osiągnąć, to po prostu bardziej przestrzenna, ekspercko rozpisana tonalnie wersja hitu z 1978; disco klasyk podniesiony do drugiej, może trzeciej potęgi. Żeby zatrzeć ślady, wytworzyli sztuczny szum, zapraszając wysłużonego Charliego Wilsona, wyrżnęli kontrolowaną skazę na wizerunku grzecznego teen-amanta Justina T., po czym sprzedali numer Snoopowi, który od przejarania i tak nie odróżnia bitów. –Mateusz Jędras

posłuchaj »


013Jay-Z
99 Problems
[2004, Roc-A-Fella]

Na ogół irytuje mnie, kiedy ludzie zajawiają się teledyskami. Ale na pierwszym roku studiów, kiedy starałam się bardziej, w gazetce szkolnej zamieszczono mój "Top 10 wideoklipów" uzupełniony ekstatycznymi komentarzami. Były to typowe klasyki z dowolnego zorientowanego na indie zestawienia teledysków – Bjork, Dylan, Daft Punk, i tak do dziesięciu. W ostatniej chwili dorzuciłam prywatnych faworytów: kawałek Silver Jews i "99 Problems" właśnie. Traf chciał, że czwarty rok przerabiał akurat krytykę filmową, a nasza powielana w ksero gazetka została im przekazana do oceny. Podobno, omawiając moje zestawienie, starsi koledzy pokiwali z politowaniem głowami i powiedzieli tylko, że wybraliby inne utwory. No trudno. Puentą tej historii jest, że według moich obliczeń, prawdopodobnie był wśród nich bujający się wówczas po instytucie w koszulce z Che Guevarą i przygrywający filmom niemym na harmonijce, mój starszy kolega po fachu: Graftmann. A kawałek? Flow Jaya, rap-cytaty, podkład Ricka Rubina marnotrawnego – każdy z klocuszków w "99 Problems" błyszczy jak miliony monet. Ale to wiadomo nie o ddziś, a ja nie mam już żadnych anegdot w zanadrzu, więc dam sobie spokój. I dla ścisłości – chociaż na ogół irytuje mnie, kiedy ludzie zajawiają się teledyskam, ten wciąż uważam za jedną z piękniejszych rzeczy, które nakręcono. –Aleksandra Graczyk

posłuchaj »


012Nite Jewel
Want You Back
[2009, Italians Do It Better]

Żona przybocznego gitarzysty Ariela Pinka na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy zaczęła wyrastać na czołową postać kalifornijskiej sceny dziwaków. "Want You Back" to pierwszy jej utwór, który tak mocno trafił do naszych serc i chyba trudno się temu dziwić. Abstrahując od tajemniczo nostalgicznej warstwy lirycznej, siłą tej piosenki jest niesamowicie chwytliwa linia basu, którą, jak wielu redaktorów Porcys (na marginesie – między innymi po tym poznajemy się w tłumie), jestem w stanie zanucić obudzony o dowolnej porze dnia lub nocy. Szalone tempo tego kawałka w połączeniu z bogatą warstwą instrumentalną sprawiają, że do dziś mam ogromny problem z dosłownym opisywaniem tej muzyki. Na szczęście ocena wartości artystycznej od blisko roku nie pozostawia najmniejszych nawet wątpliwości i jestem pewny, że pod tym względem nic prędko się nie zmieni. Szkoda tylko trochę biednego męża Ramony, któremu musi być trochę głupio słuchać tak szczerego, wzruszającego lamentu na tematy, o których wolałby pewnie nie wiedzieć. –Kacper Bartosiak

posłuchaj »


011Justin Timberlake
Rock Your Body
[2003, Jive]

Ktoś może powiedzieć, że to jakiś żart, żeby Błaszczak pisał o Timberlake'u. Stwierdzić nawet, że to policzek wymierzony niewątpliwemu przebojowi. Zamach na falset. Splunięcie w twarz zgrabnemu, funkującemu basikowi. Wreszcie, potraktowanie z buta ociekającej z każdej sekundy seksualności. A przecież o co chodzi? W końcu "rock", co nie? –Jan Błaszczak

posłuchaj »


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1   

Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
RobynHoney
Steve HauschildtDissolvi