SPECJALNE - Ranking

100 Singli 2000-2009 Na Świecie

9 listopada 2010



040Justin Timberlake
Senorita
[2000, Kranky]

Dzisiaj powszechne uwielbienie dla Justina Timberlake'a wydaje się może oczywiste, ale w 2002 nie zawsze takie było. To był jakiś szósty rok w podstawówce i dziewczyny i chłopcy jarali się raczej Xtiną taplającą się w kałużach w mrocznej piwnicy, czy mizdrzącymi się w deszczu Tatu. Dzisiaj nikt właściwie nie pamięta ich piosenek, ale Justin, mimo znacznie lepszych kompozycji, pozostawał dla ówczesnych szóstoklasistów dalej chłopcem z poprzedniej epoki, stającej się synonimem obciachu – grzecznych dzieci z boys- i girlsbandów przywiązanych do dziewiczych wartości (kto wtedy umiał odczytać erotyzm wczesnych piosenek Brit). Zresztą nawet Britney zaczynała się szmacić, a Justin rejestrujący swoje pocałunki kamerą w porównaniu wypadał dość niewinnie. Przyznanie się do słuchania Timberlake'a mogło cię łatwo zdyskredytować wśród kolegów z klasy i podwórka, a dziewczyny może i sobie wieszały plakaty w pokojach i dyskutowały między sobą, ale publicznie wolały udawać zdziry. Sam pamiętam brak przekonania do "Cry Me A River", czy "Like I Love You", ale "Senorita" to była zupełnie inna bajka. W czasach świetności guilty pleasure ten utwór stanowił pewien przełom – zawsze kiedy trafiałem na niego w telewizji miałem problem ze zmienieniem kanału, choć odczuwałem też pewien niepokój – dość powiedzieć, że to chyba pierwszy męski celebryta, który mi się fizycznie podobał i nie wiem, czy wstydziłem się przyłapania na słuchaniu tej piosenki, czy na wgapianiu się w jego buźkę. Kiedy pojawiał się na scenie w tym małym latynoskim klubie, definiował na nowo pojęcie cool – oto do niedawna z politowaniem przyjmowany chłopak zmuszał do śpiewania z nim zarówno kobiety jak i mężczyzn, tak że klub tętnił większym seksualnym napięciem, niż jakakolwiek obszczana piwnica Xtiny. Nie miałem wtedy pojęcia, kim są Neptunes, ale ciężko było się oprzeć genialnemu intro Pharrella, luzu z jakim przedstawiał Justina na tle tych niesamowitych klawiszy. Nie wiem, czy jesteście podobnymi latynofobami, co ja, ale ciężko mi ominąć ten element guilty pleasure, który nagle przestał być guilty. To wszystko wydaje się dzisiaj cholernie cool – lepiący się, rozgrzany słońcem, bujający organiczny przebój z latynoskim feelem, a wtedy jeszcze miałem wątpliwości, choć i tak już na tyle małe, żeby nie móc nie doznawać jak niesamowicie wciągający jest to utwór i jak długo pewnie jeszcze nie będę mógł się oprzeć, żeby nie nucić razem z tłumem. –Kamil Babacz

posłuchaj »


039Avalanches
Frontier Psychiatrist
[2000, XL]

W pojedynku dwóch legendarnych singli Avalanches "Since I Left You" w każdej rundzie pokonuje na punkty "Frontier Psychiatrist" (choć, faktycznie, nigdy nie było nokautu), ale to sędziowie są stronniczy. Samplowanie to grzebanie w odpadkach i lepienie z tych odpadków nowych rzeczy i, niezależnie od mocy kawałka z górnikiem w teledyskach, to właśnie we "Frontier" formacja z Melbourne wspięła się na wyżyny kreatywności. Człowiek jest gotów uwierzyć, że wszystkie te elementy pochodzą z jakiejś offowej produkcji o skrzypaczkach, ptakach i wielkim ptaku. Mocarne ucho, ogarnięcie w temacie wszystkich dźwięków nagranych na wszystkich płytach świata i fakt, że całość osadzona jest raptem na kilku samplach, sprawiają, że synergia, synestezja etc., a "Since I Left You", choćby nie wiem jak dobre, pozostaje zbiorem sampli (powiedział i na znak protestu skreślił ze swojej listy). –Filip Kekusz

posłuchaj »


038Blur
Out Of Time
[2003, Parlophone]

No dobra, więc to leci tak, że z dekady na dekadę utwory z charyzmą i gitarą i nie było już Coxona, mój caps lock jest prawej starty, marokańska orkiestra w tle, co ona wyczynia, o, zaraz dam jakąś historię z dzieciństwa, najlepiej o dziewczynach, walnę sobie trzy kawy, to był już ich siódmy album, a wiadomo co my myślimy o takich co wydają siódmy album, o, jakaś internetowa zabawa:

Day 01: Your favorite song – Blur "Out Of Time"
Day 02: Your least favorite song – Blur "Out Of Time"
Day 03: A song that makes you happy – Blur "Out Of Time"
Day 04: A song that makes you sad – Blur "Out Of Time"
Day 05: A song that reminds you of someone – Blur "Out Of Time"
Day 06: A song that reminds of you of somewhere – Blur "Out Of Time"
Day 07: A song that reminds you of a certain event – Blur "Out Of Time"
Day 08: A song that you know all the words to – Blur "Out Of Time"
Day 09: A song that you can dance to – Blur "Out Of Time"
Day 10: A song that makes you fall asleep –Blur "Out Of Time"
Day 11: A song from your favorite band – Blur "Out Of Time"
Day 12: A song from a band you hate – Blur "Out Of Time"
Day 13: A song that is a guilty pleasure – Blur "Crazy Beat"
Day 14: A song that no one would expect you to love – Blur "Out Of Time"
Day 15: A song that describes you – Blur "Out Of Time"
Day 16: A song that you used to love but now hate – Blur "Out Of Time"
Day 17: A song that you hear often on the radio – Blur "Out Of Time"
Day 18: A song that you wish you heard on the radio – Blur "Out Of Time"
Day 19: A song from your favorite album – Blur "Out Of Time"
Day 20: A song that you listen to when you’re angry – Blur "Out Of Time"
Day 21: A song that you listen to when you’re happy – Blur "Out Of Time"
Day 22: A song that you listen to when you’re sad – Blur "Out Of Time"
Day 23: A song that you want to play at your wedding – Blur "Out Of Time"
Day 24: A song that you want to play at your funeral – Blur "Out Of Time"
Day 25: A song that makes you laugh – Blur "Out Of Time"
Day 26: A song that you can play on an instrument – Blur "Out Of Time"
Day 27: A song that you wish you could play – Blur "Out Of Time"
Day 28: A song that makes you feel guilty – Blur "Out Of Time"
Day 29: A song from your childhood – Blur "Out Of Time"
Day 30: Your favorite song at this time last year – Blur "Out Of Time"

Hm. –Ryszard Gawroński

posłuchaj »


037Las Ketchup
Aserejé
[2002, Sony Music]

Jak ktoś słusznie zauważył, w minionej dekadzie niemal co sezon mieliśmy do czynienia z hitem, który zdawał się testować jak daleko ludzie są w stanie posunąć się w akceptacji i promowaniu muzycznej durnoty. Chociaż w pierwszej chwili byłem skłonny przystać na pogląd, że "Aserejé" jest jednym z ogniw w takim właśnie łańcuchu kretyńskich przebojów (obejmującym między innymi "Macarenę", "Blue", O-Zone i Crazy Frog), hipoteza kompromituje się wraz z założeniem słuchawek – piosenka ujawnia zupełnie nowy wymiar, gdzie wesoła latynoska słoneczna atmosferka okazuje się przykrywką dla wielofakturowego cudeńka, którego poszczególne elementy wypunktował sam Kazio Górski w swoim playu. Co prawda przytoczony esej wywołał swojego czasu lawinę demaskatorskich komentarzy, sugerujących autorowi nieczyste intencje, oraz zaowocował wysypem stanowczych, przekornych deklaracji, że "nikt kurwa nigdy przenigdy nie zmusi mnie do przesłuchania tego gówna", ale MYLICIE SIĘ! To właśnie fakt, że ktoś cacko o Steely Danowym wyrafinowaniu przyrządził w odmóżdżającej otoczce ("wymachiwanie nóżką" i przedszkolne słowne zabawy w refrenie) jest tutaj właśnie tym żartem i kpiną, a nie szczegółowa rozkmina i zachwyt dla tego tracka. Poza tym to żaden girlsband, widzieliście te panny? –Michał Zagroba

posłuchaj »


036Snoop Dogg
Sensual Seduction
[2007, Doggystyle]

Miałem pomysł, żeby rozpocząć od cytatu z O Haszyszu Waltera Benjamina, który opisuje mechanizm uczucia uczestnictwa we "wspólnocie wtajemniczonych", ale książka niestety pozbawiona jest indeksu i nie mogę go znaleźć, a zresztą po drodze zacząłem przypuszczać, że być może część lub całość tego cytatu sobie w myślach dopisałem, więc uznałem, że nie warto szukać. "Sensual Seduction" czerpie jednak nie tylko z rewelacyjnie, świetnie, błyskotliwie użytego „wtajemniczenia” (zwłaszcza, gdy rozpatruje się singiel w połączeniu z rewelacyjnym, świetnym, błyskotliwym klipem!). Widzimy oczywiście, że wytężenie zmysłów przydaje się Snoopowi głównie w seksie; każdy wie, że pierwotnie kawałek nazywał się "Sexual Eruption" (osobiście akurat niespecjalnie płaczę z powodu zmiany tytułu, choć z tego co wiem, sporo osób tak). Przewiduję, że "Sensual Seduction" nie uplasuje się w rankingu tak wysoko, jak bym tego chciał, proszę pamiętać, że jakkolwiek wysoko by finalnie wylądował – liczyłem na więcej. Jakie jeszcze karty przetargowe dostrzegam? Pamiętajcie, że Snoop jest raperem, nie muzykiem! I to raper, nie muzyk, skomponował tak dobry, wpadający do głowy za pierwszym razem, a nie mający w sobie nic z prostactwa popowy przebój (choć właśnie, w trzecim nawiasie zresztą, podejrzewam, że o tym, że RAPERZY, nie MUZYCY – przeczytacie więcej w opisie "Hey Ya!"). Inny atut: "Sensual Seduction" jest w jakiś sposób estetycznym pre-chillwavem, z miejsca mrużącym na siebie oczy, a nawet w przystępny, przyjazny gawiedzi sposób podejmuje wątki hauntologiczne. Mam nadzieję, że widać to wyraźnie, ale nawet gdyby nie: fakt niezbity, że piosenka jest jednym z przebojów dekady, doskonale zapowiadającym popowy przewrót, a poza tym jest nie tylko śmieszna, ale i dziesiątkowa. Podejrzewam, że brak mojego widocznego, wykrzyczanego entuzjazmu w tekście wynika z tego, że Snoop także zrobił to całkiem na pewniaka. –Radek Pulkowski

posłuchaj »


035Kylie Minogue
Spinning Around
[2000, Parlophone]

Odkładając na bok złote "hot pants" z teledysku, szczerze wzruszającą melodię zwrotki i stadionowych rozmiarów refren, spójrzmy jak same słowa komentują ówczesną sytuację K i zapowiadają jej rynkową przyszłość. "You like it like this" – "nareszcie złapałam wizerunek idealny i już go nie wypuszczę z rąk". "Threw away my old clothes / Got myself a better wardrobe" – chyba nie muszę nic dodawać, pamiętacie jej klipy i fotosesje z 00s. "I got something to say" – meta-wtręt o profetyczności. "Did I forget to mention that I found a new direction" – z perspektywy dekady nie ma wątpliwości, że lead single z niedocenionego Light Years antycypował unikatową fuzję disco, dance, electro i popu obecną na Fever. "Do you like what you see" – przeczucie swojego statusu seksbomby w showbizie lat dwutysięcznych. "You like it like this" – skuteczne pranie mózgów mas, które zaowocowało szczytem kariery wokalistki w minionej dekadzie. Nigdy więcej nie mówcie, że teksty komercyjnych przebojów gówno znaczą... Chociaż, zaraz, autorką jest Paula Abdul – ten numer miał być jej wielkim comebackiem. To w takim razie ja cofam to, co cofnąłem i wracam do "hot pants", hi hi... –Borys Dejnarowicz

posłuchaj »


034Knife
Heartbeats
[2002, Rabid]

Bardzo możliwe, że Jose Gonzales jest dobrym ziomkiem, który za zarobione pieniądze dokarmia koty i szakale. Jeszcze bardziej prawdopodobne jest to, że Karin i Olof dorobili się bardziej na reklamie Bravii niż na sprzedaży Deep Cuts i generalnie cieszy ich zastana sytuacja. Tym niemniej nie potrafię się nie wkurwiać, gdy uświadamiam sobie, że ten nic nie wnoszący akustyczny smęt zna pół świata a kawałek Knifów jest w dziewięciu przypadkach na dziesięć kwitowany nonszalanckim: "heh, śmieszny cover". Jak bardzo kuriozalnym jest świat, w którym tona kolorowych piłeczek wywołuje katharsis? Jeśli widzicie w tym wszystkim pewną niedorzeczność i wydaje wam się, że jesteście w stanie wycisnąć odrobinę więcej ze swojego poczucia estetyki, to polecam electro-popowy oryginał, serwujący refren o współczynniku zapadania w pamięć wyższym niż nazwisko waszej pierwszej polonistki. Syntezatory na poziomie adresu tejże podstawówki. –Jan Błaszczak

posłuchaj »


033Les Sins
Lina
[2009, white label]

Mam kolegę, którego mama ma na imię, no cóż, Izalina. Pamiętam, że kiedyś opowiadał, jak to została wylegitymowana przez funkcjonariusza prawa:
- Imię i nazwisko, proszę.
- Izalina…
- Aha, dziękuję.

Otóż drogi panie policjancie – nie. "Lina" to zupełnie inna sprawa, która legitymuje się jako singiel roku 2009 (jeśli przyznawać punkty za każdą linię melodyczną osobno). Wasze trzy ulubione kluby w mieście znajdują się w odległości 15 metrów od siebie. Niezdecydowani stoicie na zewnątrz – pośrodku. Dźwięki wydobywające się ze środka łączą się dokładnie w tym miejscu. Brzmi świetnie, ba rewelacyjnie, ale jednak chcecie gdzieś wejść, wypić piwo, usiąść. Wchodzicie do pierwszego – Bundick. Drugiego – Bundick. Trzeciego – Bundick. Nie pytajcie mnie jak on to robi. –Jan Błaszczak

posłuchaj »


032Daft Punk
One More Time
[2001, Virgin]

Rozmiękczająco wystawna kompozycja, do której bardziej niż termin house pasowałby palace. Nieznośnie lekkie 30 ton plastikowego baroku "mega hitu" z Discovery kusi, by chociaż w trakcie słuchania "One More Time" uznawać Thomasa Bangaltera i Guy’a-Manuela de Homem-Christo za monarchów absolutnych tanecznego hedonizmu. Ich plastik chce się wręcz jeść. "One..." wytwarza iluzję zaspokojenia apetytu na poznawanie czegokolwiek innego "w tym stylu", bez ironii. Cokolwiek podobnego wydaje się po prostu niepotrzebne.

"Na ficzurze" Anthony Moore, w którego wokalu przenikają się beztroska młodzieńczość i vocoderowa beznamiętność, wyświetlając wizję pół-człowieka, pół-maszyny ze wszczepionymi implantami, wzmacniaczami wrażeń i dopalaczami umożliwiającymi "don’t stop dancing", nieustającą celebrację tego, że jest "oh yeah, all right". Ale od połowy to wrażenie jest przełamywane, osłabiane ufundowanymi na bazie jakby post coitum zwolnieniami, zmęczonymi westchnieniami, hedon się rozpikselizowuje – "ascetyczne" liryki zyskują drugą warstwę znaczeniową, a Daft Punki etykietkę ironistów rozsadzających bity od środka. Gdzieś tu lokowałby się peak cywilizacji śródziemnomorskiej? Nieco dalej, słońca wy moje, poszedł tylko duet Berlusconi & Topolanek? I co z tego, że zaraz na początku kolejnego na płycie "Aerodynamic" jak memento spada na rozgrzane głowy ponury dźwięk ściennego zegara w mieszkaniu Kierkegaarda, skoro good-shitowość i przekaz "One More Time" definiują użycie funkcji "repeat track" i totalne ignorowanie wspomnianej ironii. Zresztą na pohybel drwiącym uśmieszkom autorów, nawet chwalącego bojaźń bożą Duńczyka można podciągnąć do roli patrona "One... ", bo w końcu nie komu innemu, jak jemu stwierdziło się, że "prawdziwym mężczyzną jest ten, kto pragnie powtórzenia". –Andrzej Ratajczak

posłuchaj »


031Jessica Simpson
If You Were Mine
[2006, Epic]

''If You Were Mine'' chyba na zawsze pozostanie dla mnie łabędzim śpiewem komercyjnego popu, główną atrakcją jego hucznego pogrzebu sprzed 4 lat. Nieodżałowany rok 2006 obfitował bowiem w premiery wymiatających propozycji (Loose, Cassie, Back To Basics, Paris, no i rzecz jasna A Public Affair, a to wszystko na przestrzeni niecałych stu dni), które wbrew rozbudzonym oczekiwaniom uśmierciły, zapoczątkowały proces eksmisji dobrej, pisanej ze swadą muzyki poza popowy nawias, przynajmniej w albumowej perspektywie. Dobre złego początki, niestety. Piosenkowe opus magnum Jessiki Simpson wykazuje właściwości skrajnie wybuchowe, zawsze gdy gości w moim odtwarzaczu zapieram się o coś nogami, żeby fala uderzeniowa eksplodującego refrenu przypadkiem nie wypchnęła mnie na orbitę. Uruchamiający raz po raz swoje kompozytorskie supermoce Greg Kurstin (tej postaci oczywiście nie mogło tu zabraknąć) wyszedł w tym miejscu na lekko obłąkanego, acz perfekcyjnego psychopatę, to on pod niewinne ''I Should Be So Lucky'' podłożył wzbogacony uran, przywiązawszy doń potem zaspidowanego perkmana. W tej przebojowo skażonej strefie rozfunkowany do granic przyzwoitości Prince ukradkiem gra w kanastę z młodą, pełną wigoru Janet Jackson i uroczo piejącą, wysyłającą refrenem ogłoszenie matrymonialne Jes. Dobra ulatniam się stąd, nim Simpson dowie się, że nie żyję. –Wojciech Sawicki

posłuchaj »


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1   

Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
RobynHoney
Steve HauschildtDissolvi