SPECJALNE - Ranking

100 Singli 2000-2009 Na Świecie

9 listopada 2010



060Hot Hot Heat
Bandages
[2002, Sub Pop]

Jasne, jesteśmy teraz w zupełnie innych czasach, wszystko już jest murowane, a nie drewniane, ale trudno nie chcieć wbić do Deloreana i cofnąć się do momentu kiedy badało się z zacięciem dziewiczego odkrywcy takie sprawy jak Hot Hot Heat. Ja się wtedy śmiałem ze szczęścia i śmieję do tej pory jak słyszę "Bandages", bo po prostu nie da się inaczej. Goście z luzem wzięli i włożyli większość swoich wiązek energii w ten utwór: jest krzyczenie i wyginanie japy jak u jakiegoś Jaggera, synkopy, kicz z klawiszy, szczęście z basu i elektryka, przecież to wszystko to POWER STO TYSIĘCY PIĘCSET nieosiągalny dla większości pipek z jakiekolwiek Best New Music. No kaman, słysząc ten utwór chce się testować czy kręcenie wokół własnej osii jest na pewno takie złe, przepłynąć wpław ocean i dobiec na ich koncert po to, by robić w chórkach "uuu" w przeciwsłonecznych okularach. Wiecie dlaczego Delorean w Powrocie Do Przeszłości zostawiał ognisty ślad? Bo mieli to na głośnikach. –Ryszard Gawroński

posłuchaj »


059Dismemberment Plan
The Dismemberment Plan Gets Rich
[2000, DeSoto]

"Well, finally the year 2000 comes and the Plan is looking aces" – prawdziwszych stwierdzeń o samych sobie żaden band nie nagrał na długości całej dekady. Może Tede był blisko, Jay-Z, Pollard też miał momenty, ale w niewiele ponad pół roku po zmieniającym grę Emergency & I Plan znów zarządził, tym razem na niezobowiązującej splitce z kolegami z labela.

Jedynym tematem numeru jest dzisiejszy swagger, a ówczesny cool. Ta potykająca się wymowa "Antananarivo" zaraz przed klasycznym już wersem "Joe-got-caught-aboard-a-boat-with-seven-tons-of-opium", kiedy na moment zamiera frenetyczna paranoja bębnów, trąbienia (?) i gongu bokserskiego z kreskówek Disneya (??), żeby Morrison mógł wypowiedzieć każde, osobno punktowane handclapem, słowo do "akompaniamentu" tych kilku sekund czystego funku basu, który na odległość od |Joe" do "opium" zastąpił cztery dotknięcia struny zerżnięte z jakiejś gry na Atari... Takich momentów na płytach innych zespołów raczej nie ma za dużo.

Istotne, że każdy member ma tu swoje pięć minut. A to dużo jak na dwie i pół minuty. Travis narrację, Jason przeszkadzajki, Joe siedem ton nielegalnych substancji a Eric, poza nieudolnymi próbami skradnięcia show, za które każdy inny basista oddałby żonę i dom, "zrobił Malkmusa"* na jachcie kolesia od funduszów powierniczych. Zasłużył. Jak chłopakom udało się zachować zimną głowę i wesprzeć najbliższych ("Gave a quarter mil to the soundman Phil so he could run for Senate / He lost in the primary / But we still love him!"), do dziś nie wiem. Imaginujcie: "a quarter mil to the soundman Phil". Jeśli kiedyś nie będziecie wiedzieli jak zdefiniować zajebistość, powiedzcie, że słuchacie Dismemberment Plan, bo to właśnie oni będą wtedy zajebiści. –Mateusz Jędras

*plotka głosi, że wokalista znanego zespołu indierockowego "Pavement" obnosił się z byłą szmulą wokalisty znanego zespołu britpopowego "Blur" w jego własnym domu.

posłuchaj »


058Serena Maneesh
Un-Deux
[2006, Honeymilk]

Będzie honorowo (o honor, honorowy zakład) – skoro track trwa 1:59, to ja też krótko. Jeśli jacyś Skandynawowie wyciosali kształt, który każe mi się zastanowić jak brzmiałaby pop-rockowa piosenka z dwiema zwrotkami i dwoma refrenami "ułożona" przez kwadrans na wspólnej popijawie Berio, Gubajduliny i Lutosławskiego, to moja rola ogranicza się do stwierdzenia, że każdy zbywający "Un-Deux" terminem "shoegaze" idzie na łatwiznę. "Shoegaze" to w drugiej połowie 00s zaczęły słuchać nastki na lastku. I o ile "canto" daje się jeszcze jakoś sprowadzić do strumienia słodyczy wytryskającego z pudełka bez poszanowania prawa powszechnego ciążenia, to chorus pozostaje tajemnicą do zgłębienia przez panią od fizyki, a nie krytyków muzycznych. Imitujący efekt wirowania wszystkiego dookoła, zaprzecza nie tylko grawitacji, ale i (dzięki nieodgadnionemu ciążeniu akordów – w obu seriach po trzy jest co innego) Faradayowi, superpozycji oraz (drugiemu) Kirchhoffowi. Czyli wyjątek potwierdzający regułę, że w gitarowym graniu ciężko wymyślić coś nowego. –Borys Dejnarowicz

posłuchaj »


057Death From Above 1979
Sexy Results (MSTRKRFT edition)
[2001, Ersatz Audio]

Jesse F. Keeler, postanowił pomanipulować przy fragmencie truchła swojej dance punkowej kapeli i wreszcie potracić trochę czasu na bycie, powiedzmy, subtelnym. Pod kraftwerkowym nickiem MSTRKRFT remiksuje tu siebie i kolegę Graingera z czasów, kiedy jeszcze zamiast nosa mieli lynchowskie trąby i nie przeszkadzało im syjamsko stykać się głowami pełnymi wiadomych ideałów oraz wycierać nimi parkietów. Proto-balearyczny trybut dla serii Emmanuelle, rozszeptana frankofonia, wybrzmiewa wyraźniej i dłużej, niż w pierwotnej wersji, rozluźniając palce basisty. Do tego dochodzi lewicowo-liberalna apoteoza czynności określonej tu po wielokroć i z zacięciem mianem ‘work’, ale chociaż lecą drzazgi, to na sofach wokół już nie siedzą drwale. Całość wyzwala zadowalająco seksi rezultaty – po roku od wypuszczenia zawierającej oryginał You’re a Woman, I'm A Machine, ale przecież, pozwólcie na czerstwość, prawdziwą machinę poznaje się po tym, jak kończy. A kończy tak, jak "Machina", że właściwie dopiero zacznie. I przy słuchaniu tego "[...] Edition" nawet kliknięcie w brzuszek Pajacyka wydało mi się jakieś takie lekko zabarwione. –Andrzej Ratajczak

posłuchaj »


056Interpol
Specialist
[2002, Matador]

Do niedawna mogłem twierdzić, że mam bujną wyobraźnię i w zasadzie niewiele jest w świecie rzeczy, których nie potrafię sobie wyobrazić. Niestety, historia grupy Interpol boleśnie weryfikuje to przeświadczenie, nie pozwalając mi zrozumieć jak zespół o tak kosmicznym potencjale mógł stoczyć się do poziomu karykaturalnego boysbandu pod krawatem. Zawsze ciężko jest przewidzieć upadek gigantów, ale gdy taki Ikar przynajmniej rozbijał się o taflę szafirowego morza, nowojorski kwartet nurkuje grzywką w gównie. Niesamowite, biorąc pod uwagę, że wydany osiem lat temu Interpol (EP) nie zawierał zbędnej nuty. Nawet jeśli zawartym na nim piosenkom trudno przypisać nowatorstwo, to za zmysł kompozycyjny, nośność refrenów, groove i charyzmę należał się Interpolowi bezwzględny szacunek i bezgraniczna sympatia. Spośród tej nieskazitelnej trójki, wybijał się "Specialist" – rozbudowany, trochę nowofalowy, trochę indie-rockowy brylant, któremu do miana "hymnu pokolenia" zabrakło chyba tylko zmieszczenia się na debiutanckim Turn On The Bright Lights (chyba już nigdy nie zrozumiem tej decyzji). "You make me lose my buttons, oh yeah you make me spit / I don't like my clothes anymore" śpiewał Banks w towarzystwie osamotnionej linii basu, udowadniając, że nowy Curtis może być nie tylko tragiczny, lecz również pobudzający w tym najbardziej pierwotnym sensie. O tym, w jakim sensie pobudzający jest teraz wolę przemilczeć. –Jan Błaszczak

posłuchaj »


055Lil Mama
Lip Gloss
[2007, Jive]

Pamiętam, że byłam jedyną osobą w polu widzenia, która otwarcie ripitowała "Lip Gloss" – Stylusa nie liczę, bo były to jego ostatnie podrygi. Jędras mnie wyśmiał, Borys siedział w ambiencie, Paweł Nowotarski dopełnił goryczy wyceniając Lil na nędzną czwórczynę, o zestawieniu z Seanem Kingstonem nie wspomnę. Kraków Płaszów pamięta. Pobłażliwość dla kawałka wynikała poniekąd z założeń programowych. Podkład niczym wodzionka, składa się z dwóch elementów: klapu-klapu oraz łup-łup, serwowanych w dodatku w porcji dziecięcej. No i, nie zapominajmy o najważniejszym, koniec końców jest to osławiony na-czym-świat-stoi numer o błyszczyku. Nienajlepsze zawiązanie akcji. Wtem, przełamując fale szyderstw i pojazdów, przebija się wyjebany tankowiec szacunku – kto mu z drogi nie zejdzie, ten pała. Lil Mama nakłada błyszczyk z aplikatora, gwałtowny powiew brokatu targa drzwiczkami szkolnych szafek, prawda wychodzi na jaw. Rapując o czymkolwiek, do jakichkolwiek dwóch dźwięków na krzyż, dziewczyna potrafi doszczętnie przebossować zwrotkę za zwrotką. Zmierzch, w oddali zaczynają pobrzmiewać pierwsze takty fristajlu do "A Mili". Co, jeśli nie to właśnie, można nazwać udanym startem w dorosłe życie? –Aleksandra Graczyk

posłuchaj »


054Lupe Fiasco
Kick, Push
[2006, Atlantic]

Choć sam nigdy nie byłem przedstawicielem, to wyjątkowo miło wspominam wzbogacenie się przestrzeni miejskiej o zawieszonych kolesi w luźnych spodniach. Poszerzenie spektrum subkultur o skate'ów miało w sobie coś z pojawienia się w obiegu gum do żucia, Coca Coli czy kawiarenek internetowych. Ten kolorowy pierwiastek Ameryki dotarł nawet na głęboką prowincję, gdzie realizował się na rurkach, schodach a nawet (później) funboxach. Co było fajne w skate'ach, to fakt, że nie było z góry narzuconego soundtracku do deskorolkowej rzeczywistości. I tak, jedni słuchali hip-hopu, drudzy punku a trzeci czegoś tam jeszcze innego. Do pierwszej kategorii zaliczyłbym pewnie Lupe Fiasco, który za sprawą staro-szkolnego beatu wyrusza w nostalgiczną podróż nie tylko do początków swojego deskorolkowego żywota, lecz również złotych lat rapu. Taka mieszanka brzmi iście zachwycająco, niemniej Fiasco straciłby u mnie trochę street-credu, gdyby nie potrafił zanucić takiego "Freak Scene". Wracając zaś do skate'ów z polskiej prowincji, to zdecydowanie przestali już robić wrażenie – dziś mamy tu już prawdziwych Murzynów. –Jan Błaszczak

posłuchaj »


053Cassie
Me & U
[2006, Bad Boy]

Potwornie imponuje mi sposób, w jaki Ryan Leslie potrafił niewielkim nakładem środków otrzeć się o producencki absolut w tym kawałku. Pozornie sprawa przedstawia się do bólu prosto – mamy minimalistyczny, fajnie śmigający sobie podkładzik, znienacka atakujące synthy i lekkie ożywienie w obrębie refrenu, ale to wszystko nie trzymałoby się kupy w tak świetnym stylu gdyby nie absolutnie bossowska maniera w jakiej Cassie nam tu zapodaje cały temat. Wiadomo, że jej timbre to potencjalny przyczynek do niejednego poważnego eseju, ale fakty są takie, że nie mając powalających warunków wokalnych ta dziewczyna umie stworzyć klimat tak intymny jak mało kto na tej planecie. Nastoletnia naiwność podszyta sporą dozą pewności siebie, w połączeniu ze szczytami produkcyjnymi współczesnego r'n'b, sprawiają, że ten kawałek od 2006 roku po prostu nie ma prawa wylecieć z głowy. –Kacper Bartosiak

posłuchaj »


052Ayuse Kozue
Sundae Love
[2007, Toy's Factory]

Kiedy literalnie dziesięć minut przed podsumowaniem dwa tysiące siódmego "Sundae Love" podbił serca naszej redakcji, wydawało mi się przez chwilę, że pochodzić musiał ów kawałek z odległej przyszłości w kosmosie – czasów, gdy komercyjne japońskie gwiazdki-roboty revivalują sobie muzykę Maxa Tundry z sentymentalnych najpewniej pobudek. Błąd, błąd, błąd. Ayuse Kozue (no dobrze, Towa Tei) słuchał(a) bowiem w dzieciństwie nie Maxa, a Rangers ze stajni Olde English Spelling Bee. Do dziś dzień nie potrafię zkonceptualizować, że ten nieogarnialny cover Papa Dance opiera się praktycznie na jednym, *czterosekundowym* motywie perkusji i basu. Repetycja genialnego hooku i rzucający muzyczną skalą po ścianie wokal mogą służyć nam jako kolorowa (róż, żółć i akwamaryna) ilustracja równania melodia + harmonia + kontrapunkt na okładce naszych zeszytów do songwritingu 101; Ayuse Kozue uczy nas także, że teksty tak naprawdę trochę nie liczą się w ogóle. "Sundae Love" to klucz do rozwikłania zagadki, jak zajawiać się można równocześnie Neu! i Las Ketchup. I jest też teledysk. –Patryk Mrozek

posłuchaj »


051Junior Boys
Birthday
[2003, Kin]

Co za dramaty, laptop się pali, a właściwie nie pali, co na imprezie dostaje żółądkową gorzką miętową od spodu, obraża się i odmawia działania, a awaryjny komentarz do "Birthday", wraz z innymi komputerowymi obowiązkami muszą poczekać, aż przybiegnę z przeprosinami i spirytusem salicylowym. Kiedy już wszystko jest okej, a przynajmniej wydaje się być, mogę w końcu nie bez trudu zabrać się do napisania już chyba ostatniego tekstu do podsumowania dekady. W pocie czoła odpalam "Birthday", by szybko napisać ten tekst, w końcu nie wiadomo, czy stan sprzętu jest stabilny, ale nagle cała sytuacja jakoś traci swoją moc dramatyczną i wydaje się, że nawet gdyby za mną miał miejsce pożar, to nie przejąłbym się tym słuchając "Birthday". A przecież "I can't believe this. You fucking missed my birthday", to chyba nie jest temat do żartów. "Birthday" stanowi najlepszy przykład stylu Junior Boys, do którego przez kolejne lata regularnie wielu się odwoływało, to znaczy artyści w swoich utworach, a my w recenzjach ich dzieł - łączy w sobie oszczędny i staranny dobór dźwięków, syntetyczny chłód, wycofany, delikatny wokal i charakterystyczną poetykę, czyniące utwór nieludzko czystym i intymnym. Ten mały, cichy utwór singiel już pełni rolę prawdziwego klasyka - ciężko nie umieścić go na takich listach, a sam stał się bezpośrednim punktem odniesienia dla brzmienia electro-popu w latach zerowych. Czasem jednak nadal bywam zaskoczony - jego subtelna skromność nie idzie w parze z wyobrażeniami o wielkich klasykach, nawet jeśli bije z niego zimna precyzja i artystyczna pewność siebie. –Kamil Babacz

posłuchaj »


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1   

Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
GasRausch
Tłusty Piątek: 15 czerwca 2018