SPECJALNE - Ranking

100 Singli 2000-2009 Na Świecie

9 listopada 2010



070Britney Spears
Why Should I Be Sad
[2007, Jive]

Tylko z pozoru jest sensacyjne, że numer nie-singlowy to kandydat do miana najlepszego kawałka Miss Spears w całym jej dorobku, nafaszerowanym chartsowymi pociskami niczym Pacino na koniec Scarface. Bo gdy przyjrzeć się genezie jego powstania, to już na papierze, ze zwykłego matematycznego równania, wychodzi max: najlepszy "melodyjny" producent urban ostatnich kilkunastu lat i największa w tym okresie gwiazda muzyki popularnej na świecie. Może niejasno się wyraziłem, więc powtórzę: GENIUSZ, człowiek którego wzięliśmy już granted, przyzwyczailiśmy się i tylko dlatego nie doznajemy w 2010 jego wirtuozerii "za gałkami" oraz laska, która jako jedyna postać w dziejach była "drugą Madonną" sensu stricto, nieogarnialna manufaktura do trzaskania takich hitów, że "mój kumpel płacze do dziś" po tym jak nie trafiła do naszego Guide To Pop. Mamy chyba jasność. Pharrell i Brit zostawili po sobie kilka wspólnych jamów – "Boys", "Slave 4 U", parę innych jeszcze – ale "Why Should I Be Sad" ma nad nimi jedną, za to kardynalną przewagę: namacalne uczucie. Jak to jest, że Williams zawsze wybiera tak aksamitny, acz charakterny sound klawisza pod tak niereformowalnie zajebiste, czwórdzielne sekwencje harmoniczne? Dlaczego wokalne przeplatanki i post-kolonialne perkusjonalia sprowadzone do absolutnego minimum wywołują wrażenie studyjnego majstersztyku? Skąd tak kanciasty bridge siedzi między refrenami jak recydywista za morderstwo policjanta? Ile można, no? Brit dorzuca coś, co niektórym nadal wstydliwie przyznać, nawet dziś, a więc soczysty sex appeal wynikający z tego boskiego cartoonowego głosiku, który stara się być niegrzeczny i efekt jak zwykle jest tak komiczny, że aż podniecający, niezależnie od obleśnych zdjęć, jakie tu i ówdzie objawiali paparazzi. Istotnie, istnieje coś perwersyjnego w tym, że to właśnie Spears (sfabrykowana, konfekcjonowana gwiazdka z próbowki wsparta miliardowym budżetem, synonim złaaa) śpiewa ten przejmujący, śliczny lament z 2069 roku, który Dreijerowie nagraliby, gdyby byli tak DOBZI, a nie są i wolą dwupłytowe opery. Jakimże pozytywnym szokiem jest po przebrnięciu fascynującego konceptualnie, ale dla mnie niesłuchalnego i męczącego urban-manifestu Blackout usłyszeć to cudo. I w kontekście powyższego chyba nikogo nie dziwi, że jeśli w 2007 ktoś miał pod zdjęciem NA GRONIE (hehe) opis o treści "Britney let's go" (przypominam, kawałek nie był singlem), to aż chciało się przejrzeć całą tego kogoś galerię. –Borys Dejnarowicz

posłuchaj »


069Roots feat. Cody ChestnuTT
The Seed (2.0)
[2003, MCA]

Tak szczerze, to ja nie lubię neo-soulu. Nie lubię tego, co stało się z soulem po hip-hopie i w związku z hip-hopem. To znaczy tak mi się wydaje, że o to chodzi, bo niestety brak mi konkretów. Nie starcza mi zimnych nerwów, żeby wnikać, przenikać i doznawać. Po prostu nie rozumiem. Nie chce mi się rozumieć. Erykah Badu mnie męczy, D'Angelo w najlepszym razie nie przeszkadza i tak dalej. W tym wypadku "i tak dalej" jest zwrotem czysto stylistycznym bo moje "dalej" w kontaktach z neo-soulem kończy się na następnym wirażu widowiskowym upadkiem w przepaść obojetności. To zapewne zakrawa na jakieś niezdrowe uprzedzenia i resentymenty. To z pewnością są jakieś niezdrowe uprzedzenia i resentymenty. Ale żeby była jasność – dobrze mi z tym. Bynajmniej się tego nie wstydzę.

Wróćmy do the Roots.

Zostawmy the Roots.

Co stało się z Cody ChestnuTTem? (autorem tej kompozycji, dawcą jej kluczowych organów – wokal, gitara). "The Seed" w wersji oryginalnej ukazał się na The Headphone Masterpiece, To bodajże jedyny longplay Codiego i choć w całości to bym się za niego nie pociął, to jednak prezentujący wizję, która pozytywnie we mnie rezonuje. Wizję soulu w XXI. wieku, na którą mogę przystać. Lo-fi soulu, bedroom via. 4-ścieżkowiec soulu, stary dobry soul – choć ze starym dobrym soulem niewiele mający wspólnego.

Wróćmy do the Roots. Chłopaki wyłowili cymesik w dorobku ChestnuTTa. Diament należycie oszlifowali – tu porapowali, tam dodali żywą, upbeatową perkusje i jest. Najlepszy kawałek soul minionej dekady. Nie pozwólmy zatem by fakty przesłoniły nam urojenia. Neo bierz czerwoną pigułkę i spier... . –Paweł Nowotarski

posłuchaj »


068Kanye West
We Don't Care
[2004, Roc-A-Fella]

Mało kto pamięta, że Kanye West, jeszcze zanim został dyżurnym palantem tego świata, robił piękne bity, znośnie rapował i w opinii wielu uchodził za całkiem rozsądnego młodego człowieka. W owych dniach "We Don't Care" zapisało się złotą czcionką w długiej i usianej nudą historii refrenów typu śpiewające brzdące. Choć w przypadku rapu sprawa wygląda nieco lepiej, z reguły przytłaczająca część nurtu pozwala co najwyżej zatęsknić za czasami świetności Piccolo Coro dell' Antoniano. Nie wiem jakie dokładnie sztuki magiczne zastosował Kanye, dość, że udało mu się zamienić w garść cukierków to specyficzne poczucie dyskomfortu, które odkąd pamiętam towarzyszyło moim spotkaniom z "Another Brick In The Wall", "Aeroplane" Redhotów, czy nawet "I Can" Nasa". Kto wie, może dzięki Kanyemu dorobie się kiedyś podobnej gromadki maluchów, które będę odpędzać od siebie patelnią i wyganiać na ulicę, żeby w przyszłości każde z nich mogło zostać czy to baronem narkotykowym, czy hip-hopowcem. Prawdę mówiąc, dilowanie żeby dotrwać do pierwszego już teraz brzmi jak niezła zabawa. Nie udawajcie że nie. –Aleksandra Graczyk

posłuchaj »


067Basement Jaxx
Romeo
[2001, XL]

Hej, halo, biurowiec Porcys? Przełączcie mnie gdzieś tam do góry. Co? No bo, kazaliście mi tutaj komentarz napisać do "Romeo" i ja robię chyba z dziesiąte podejście i nic z tego nie wychodzi. No ja nie wiem, co wy mi możecie na to poradzić, to może nie wiem, ktoś inny napisze? Że ja tu robię za pop, więc mam nie narzekać, bo przyjebiecie mi z jazzem i wtedy dopiero się przytkam? A te trzy Skalpele to co to niby jest? Że jak już pocięte sample, to jest taneczna elektronika, a nie jazz, tak? Słuchajcie mnie uważnie, ja "Romeo" słyszałem tyle razy, że jak mam to opisywać, to czuję się jakbym miał pisać peany o sraniu, w sensie że dalej bywa to przyjemne, ale jakby przywykłem. Jak chcecie trafnych uwag, to sobie skopiujcie tekst Jędrzeja sprzed pięciu lat. I w ogóle co to jest za pomysł, każdy zna ten numer, to co ja mam tutaj niby napisać. Ja w gimnazjum do niego tańczyłem, to wy myślicie, że można wymyślić coś mądrego odnośnie kawałka, przy którym chlało się wódę w gimnazjum? Co? No, takie czasy niestety, nie jestem z tego dumny, ale nie będę nikomu mydlił oczu. Zresztą dobre soundtracki miały te imprezy czasem, jak już wszyscy wypili wystarczająco, żeby się dobrze bawić przy tym, co im puściłem, a nie za wiele, żeby odpierdalać do najgorszego gówna. Pod tym względem w sumie za wiele to się chyba nie zmieniło. A teraz przełączcie mnie do Carpigiani, potrzebuje kawałków na następną imprezę, bo jeszcze jak się upiję, to będę musiał puścić "Romeo". –Kamil Babacz

posłuchaj »


066Phoenix
Too Young
[2000, Source]

Znani kiedyś raczej jako singlowy zespół, Phoenix z czasem coraz bardziej wyrównywali poziom swoich albumów. No i tak, It's Never Been Like That i Wolfgang Amadeus Phoenix to faktycznie równe płyty, nie ma na nich zbędnych momentów, zdecydowanie je lubię. Jednak jednocześnie przestali pisać wspaniałe single, przykro mi, nic nie pamiętam z "1901". Za to ich stare single... za to "TOO YOUNG"... wyjmijcie ten utwór z katalogu Phoenix i zespół jak dla mnie w ogóle nie musiałby istnieć.

"Too Young" to jedna z tych idealnych soundtrackowych piosenek. Mogła być u Johna Hughesa, była oczywiście w "Lost In Translation". Ona nawet nie potrzebuje żadnego filmu, może być na przykład na ścieżce do twojego życia, w scenie, w której wracasz wieczorem ze swojej słabej pracy, która w ogłoszeniu wcale nie nazywała się "osoba na posyłki". Możesz też do niej tańczyć jakiś nie-całkiem-wolny taniec. Ten kawałek pewnie o czymś jest, ale tekst jest kompletnie przezroczysty – podstaw swoje własne znaczenie. To ten minimalistyczny riff (turututtutum – turututtutum, bez ustanku, jak jakaś mała subtelna francuska maszynka) i to "oooh yeah" wyrażają cały sens i wzruszają jak Bill Murray żegnający się ze Sca Jo. –Łukasz Konatowicz

posłuchaj »


065Kevin Shields
City Girl
[2003, Emperor Norton]

Lost in Translation miał w soundtracku "Sometimes", w filmie Scarlett w życiowej jak dla mnie formie, został świetnie przyjęty przez krytyków, dostał jakieś nagrody i pokazywał ładne obrazki z Tokyo. Spoko, mniej więcej owo "dzieło" pozostawiłoby we mnie tyle wspomnień, co zeszłoroczny Nicolay, gdyby nie "City Girl" (i Scarlett jednak). Ta w gruncie rzeczy prosta, leniwa piosenka, chyba najbardziej opytymalny i bezpretensjonalny pomysł na kontakt Boga ze światem, czy Shieldsa z fanami, w erze często bardzo udanych mutacji Isn't Anything dokonywanych przez młodych adeptów shoegaze'u uświadamia, że nie potrzeba następcy Loveless, by Kevin odciskał piętno na kolejne dekady. A nawet jego współpraca z Patti Smith trochę przyćmiła główną bohaterkę, co niby oczywiste, ale jakże wymowne. –Łukasz Łachecki

posłuchaj »


064New Pornographers
Letter From An Occupant
[2000, Mint]

Ech, Porcys... Czy rozumiecie tutejsze kryterium singlowości? Dla mnie to trudne i trochę oderwane od jakiegokolwiek kryterium obiektywnego, bo zobaczcie – taki "Letter From An Occupant" trafia na listę, a przykładowo "Comfty In Nautica" nie. Bo nie, prawda? Kto mi wytłumaczy? Jednego i drugiego słuchałem niezliczone ilości razy jako tracków oderwanych od płyt, osobno. Czy chodzi o to, że jeden jest "szybki", a drugi "wolny"? Że jeden "skoczny", a drugi raczej "medytacyjny"? Klipy mają obydwa; może chodzi o to, że tradycyjnie pojmowane single wydawane na krótkich płytkach i z klipami śmigającymi w telewizjach muzycznych się liczą, a te nowsze, ze zmienioną przez internet dystrybucją – nie. A które single Bundicka będą brane pod uwagę jako single, może tylko te które nie wejdą na płyty? Przyznam, że w czasach kiedy supergrupa New Pornographers rządziła podwórkami świata, było łatwiej niż teraz, choć nie do końca jednoznacznie mimo to. Czy ktoś mi to wyjaśni? Czy gdyby Mass Romantic wyszło w 2009, nie uwzględnialibyśmy tego Lance’a Armstronga melodii i energii, którego nazwano "Letter From An Occupant" w klasyfikacji generalnej tylko dlatego, że jeszcze paru rowerzystów obok niego było akurat równie mocarnych? Bo gdybym sam wybierał singla z Mass Romantic, chyba bym wylosował. Choć gdybym wyciągnął z maszyny losującej tego tu ancymona, ucieszyłbym się, bo Neko ma tu takie jaja, że nie wiem, a Newman, Bejar i reszta: sami wiecie… Gdzieś tu musi być silnik w tym rowerze i to silnik na dopingu. –Radek Pulkowski

posłuchaj »


063Lansing-Dreiden
A Line You Can Cross
[2006, Kemado]

Ja tę linię przekroczyłem chyba z trzysta razy i za każdym kolejnym razem, gdy to robię odczuwam tę samą błogość, wtulam się w ten sam kocyk nostalgii. ''A Line You Can Cross'' to prawdopodobnie jedyna znana mi kompozycja, która mnie uszczęśliwia, smuci, przypomina mi o kimś, o jakimś wydarzeniu, o pewnym miejscu, do której znam wszystkie słowa, która mnie opisuje, którą chciałbym usłyszeć w radiu, na ślubie, na pogrzebie, którą puszczam, gdy jestem smutny, wesoły, zły, która kojarzy mi się z dzieciństwem, choć w zasadzie nie powinna, która wreszcie jest moją ulubioną piosenką zeszłego roku jak i ever. Ten lśniący, wyperfumowany utwór to żywy dowód na to, że niektórzy ludzie podróżują w czasie już od ładnych paru lat, podbijcie do rozsmakowanych w 80s gości z Lansing-Dreiden to może wyjawią wam jak to się robi. Ten brylant w kolekcji dystyngowanych, melancholijnie usposobionych nowojorczyków z wyboru chwyta za serce mocniej niż twój dowolny ulubiony szlagier sprzed dwóch dekad. Obłędny, przetracający kark hook refrenu z kolei zdradza prestidigitatorskie inklinacje ich wygalantowanego songwritingu. Każdy takt tego chorusa uświadamia mnie, że konfrontowany tu jestem z siłami których do końca nie pojmuję. Harry Houdini byłby dumny. –Wojciech Sawicki

posłuchaj »


062Kate Ryan
All For You
[2006, ARS]

Wojny z rockistami to teraz ostre "p.n.e.", ale jeśli takowi ostali się jeszcze resztkami po flankach, to na starcie wytrącę im podstawowy argument z ręki: ta Belgijka, choć prezentuje się jak dresiarska lafirynda wyłoniona na kastingu lub w reality show, której każdy ruch (nie tylko muzyczny) dyktują smutne grubasy w garniturach – przeważnie sama pisze sobie piosenki. Zabolało? Co więcej, niestety w kategorii singli opowiadających o tym, że "ona szaleje na jego punkcie i wszystko, co robi, robi dla niego, tra la la" – żadne indi srindi nie potrafiłoby oddać tego stanu tak celnie i z adekwatną pompą, jak "All For You". A przynajmniej nie miałem przyjemności. W tym momencie oczywiście wyłania się wyszparowana główka MZ, który już w 2007 prawił mi kazania, że to zaledwie Stardust z panną na majku – ale hola hola. Rytmicznie chorus owszem tak, i tym lepiej dla niego, natomiast haki są nieco innych rozmiarów, innej firmy, z innej Castoramy – słup się obalił na Marchlewskiego i nie idzie przejechać, bo się rozsypały. Tak triumfalnych, gigantycznych, tęczowych-na-błękitnym-niebie hymnów w stylu "dance" lata dwutysięczne miały kilka (na przykład rok później Roisin parę razy próbowała, zresztą z powodzeniem, zaadaptować tę formułę na swoim sofomorze), ale żaden nie posiadał równie doskonałego, polimotywicznego mostka, deklasującego resztę i tak wybitnej kompozycji wstrząsającym zestawieniem chorej linii basu z bezczelnie wcelowanym w okienko pianem. ABBA mi się kojarzy. Jak przystało na głuchych, statystyczni fani artystki dopilnowali, by "All For You" było "the least successful song by Ryan ever" – sprawdziłem na Wiki, nie żebym nie wierzył, ale z nudów. I na koniec dygresja o recepcji lokalnej: podobnie jak Budgie, Red Box czy grupa Focus, Kate Ryan to postać szczególnie ceniona na domowym podwórku i... w Polsce. Dotąd wybierałem się na nią dwa razy i nie wyszło, ale za półtora miesiąca występuje na Sylwestrowym koncercie w samym centrum Białymstoku – cholera, rozważam, czy nie skoczyć po autograf. Raz się żyje. Czyżby do trzech razy sztuka? –Borys Dejnarowicz

posłuchaj »


061Max Tundra
A Truce
[2007, Tomlab]

Pochodzące z Worried Noodles "A Truce", przewija się podobnie jak wydry między wodorostami. Które, podczas niekończących się, podwodnych wojaży, zjadają jeżowce i mają setki nieokiełznanych ludzkim okiem przygód, a na końcu się w rzeczone wodorosty zakołtuniają, żeby morska fala nie była w stanie ich ruszyć. Nie daj, podtopić, w czasie, gdy będą smacznie spały. Jakby nieskażone otumanieniem, wędrują w ujarzmiające objęcia, wedle najszczytniejszego rozsądku. Taki jest Tundra w tym wypadku, nagmatwany, a jednak pod tytułem grzebienia, perfekcyjnie wiedzącego, na ile może sobie pozwolić wybujałe spaghetti. Syntezatory wirują tu jak na wentylatorowych wiatraczkach, raz są blisko, potem odlatują, więc słychac je gorzej. Ale zdecydowanie częściej działają tuż obok. Symultanicznie, bez zbędnych poszkodowań przeżywa się tu partie perkusyjne, chwackie jak nowo narodzone, wpinające się w głowę niczym mocno trzymające wsuwki do włosów. –Magda Janicka

posłuchaj »


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1   

Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
RobynHoney
Steve HauschildtDissolvi