SPECJALNE - Ranking

100 Singli 2000-2009 Na Świecie

9 listopada 2010


Oto nasze ulubione kawałki z ubiegłej dekady stworzone przez "resztę świata". Podobnie jak w rankingu polskim, słowo "singiel" oznacza pojedyncze nagranie muzyczne, które zwykle często repeatowaliśmy i/bądź traktowaliśmy na zasadach odrębnych, pozapłytowych.


100Róisín Murphy
You Know Me Better
[2007, EMI]

Dlaczego TO nie jest największy przebój Róisín Murphy? No bo zdecydowanie jest najlepszy, nie? A przynajmniej zmiata konkurencję samą siłą swojej bezpośredniości. "You Know Me Better" nie potrzebuje intro, nie potrzebuje się skradać, jak jej powściągliwa kuzynka "Let Me Know", nie potrzebuje Herberta i jego cięcia sampli, za którym umysł nie jest w stanie nadążyć. Oczywiście, te wszystkie rzeczy są super, ale tutaj tylko by przeszkadzały w pochodzie chwały. Bezwstydne dyszenie i bezczelna disco zwrotka mówią ci, że zaraz pojawi się wielki refren, jeszcze zanim go usłyszysz. Kiedy się już pojawia, widać go z kosmosu. Wszystko wokół niego się obraca, nie liczy się nic oprócz tego refrenu, wystrzeliwującego euro-pop w stratosferę. Zostawmy już nawet kanon tej artystki – "You Know Me Better" powinno być największym przebojem dekady, wszędzie i o każdej porze i mimo, że nim nie zostało, to właśnie tak brzmi. –Łukasz Konatowicz

posłuchaj »


099Cut Copy
Hearts On Fire
[2007, Modular]

Jędrzej niedawno napisał, że In Ghost Colours się mocno zestarzało i że w ogóle hype. Pewnie ma trochę racji, bo jeśli kiedykolwiek przesłuchałem ten album w całości, to chyba głównie z przyzwoitości. Mniejsza z tym, zwłaszcza że wraz z Jędrzejem dalej nam do targetu Cut Copy niż Kolejorzowi do mistrzostwa, w tym tekście chodzi o to, aby potwierdzić obecny status największego bangera z omawianej płyty. "Hearts On Fire" dalej kopie, być może nie jak Tomek Hajto, ale wciąż potrafi poruszyć łydką, ręką czy tym, no, szyją. Nośność beatu z gatunku oczywistych, synthy naiwne jak trzeba a saksofon, że się tak wyrażę, dopełnia. Być może, gdyby takie kawałki hulały po antypodach dziesięć lat wcześniej, to nie czytałbym teraz Flanagana, bo ten sprzedałby maszynę za turkusowe drinki i bananowy t-shirt. No, jak to jest Richardzie? –Jan Błaszczak

posłuchaj »


098Jensen Sportag
Jackie
[2009, Midisport]

Koniu pisał kiedyś, że to kawałek, przy którym wszyscy ochoczo tańczą. Hmm, możliwe, ale jest to w sumie podejrzane. Aktywność duetu z Nashville (ale o co biega w ogóle?) sprowadza się bowiem do syntezy post-disco zadłużonego u Chic i ich epigonów z progresywnymi irregularnościami na modłę Yes. A jedyny odpowiednik takiej filozofii w ostatnich latach = Max Tundra. Rozpatrując sprawę w tym świetle, nawet jeśli proporcje komplikacji do groove'u są tu inne (Tundra w kategorii pojebstwa gra w jednej lidze ze Squarepusherem, mind you), to raczej muzyka "do słuchania" (nawet jeśli w gronie znajomych przy drinku), niż pląsów. A i wśród Jensenowych singli lepiej na parkiecie śmiga taki "Cocktease" czy "Power Sergio". Samo pierwsze wejście wokalu jest tak specyficznie przesunięte w stosunku do bitu, że łatwo się potknąć. Aha – najlepszy element kawałka: ta "syrena" odpowiadająca zaśpiewowi "city... city... city...". –Borys Dejnarowicz

posłuchaj »


097McEnroe & Birdapres
Nothing Is Cool
[2004, Peanuts & Corn]

Tu nie miało być tekstu, za komentarz miał służyć fejkowy teledysk o ostatnich przepierniczonych dniach wakacji, ale nic nie jest cool, więc nie wyszło. Przegrywanie z gimnazjalistami w piłkę nożną, zjadanie hot-dogów na czas, jakieś znudzone chodzenie po osiedlu - to wszystko miało zdefiniować "Nothing Is Cool", ale zamiast tego sami sobie to wszystko wyobraźcie, bo nic a nic nie jest kozackie. Ten kawałek totalnie swoim luzem, niby-zwykłym refrenem i lekkim cukierkowo-lekkim podkładem totalnie zagina moją filozofię i sprawia, że tytułowa fraza nabiera chce się wpleść do rozmów, na koszulkę, gdziekolwiek. To niesamowite, jak jakichś dwóch prawie-bejów przypadkowo nagrało jeden z najbardziej luzackich utworów poprzedniej dekady, a potem nikt a nikt oprócz Porcysiaków nie zakumał sytuacji. Nie ma tego w serialach o znudzonej młodzieży, żadne próby wznoszenia tego do głosu pokolenia nie zachodzą, nic, a nic, żadnego poruszenia. Nic nie jest cool. –Ryszard Gawroński

posłuchaj »


096M.I.A.
Paper Planes
[2007, XL]

W natłoku dobrego trudno o rozważne i skrupulatne decyzje, ale sądzę, że "Paper Planes" jest moim ulubionym przebojem tej niebagatelnie ważnej dla współczesnego popu artystki. Może po części dlatego, że albo mi się wydaje, albo jest najłatwiej, szeroko chwytający, a w zjawisku M.I.A. chodziło raczej o chwycenie i spopularyzowanie pewnych rozkmin, a nie o wąską jarankę blogów muzycznych, czy czego tam. Może po części na złość, w kontrze niesprawiedliwości kojarzenia tego utworu z oskarowym Slumdogiem. Mi samemu kawałek zaczął przez to całe halo pachnieć indyjskim żarciem z budki, ale jednak rozsądek błaga, aby go nie bagatelizować, bo jest świetny! Bezpretensjonalnie trafne sample z broni palnej i kasy fiskalnej, bicik skaczący naprzód, brzęczenie przesterowanego basu, chór w refrenie i raczej luzacki, ale charyzmatyczny i charakterystyczny sposób nawijania Mayi – po co o tym pisać skoro słyszeliśmy to tyle razy, aż za dużo, co, podejrzewam, wielu z nas pozwoliło zapomnieć o fajności tego utworu. –Radek Pulkowski

posłuchaj »


095Uffie
F1rst Love
[2007, Ed Banger]

Kiedy po kilku pierwszych agresywno-imprezowych singlach stojących głównie pod znakiem deklaracji własnej zajebistości Anna-Katarzyna pokazała nam swoje bardziej liryczne oblicze, część odbiorców, co zrozumiałe, mogła być w dużym szoku. To, co wówczas było czymś zupełnie nowym, z pespektywy czasu zaczęło jawić się jako logiczne uzupełnienie postaci ostrej imprezowiczki, która jednak ma jakieś uczucia i nie wstydzi się o tej osobistej stronie opowiadać. W "First Love" świetną robotę wykonał także Mr. Oizo, który ładnie posklejał sample z mało znanego 80sowego kawałka F. R. Davida zatytułowanego "Don't Go", otwierając tym samym przed Uffie możliwość dokonania retrospektywnych zwierzeń związanych z tym pierwszym "panem tajemniczym". Jest w tym i autentyzm, i nastoletniość, i naiwność, czyli wszystko to, do czego w trakcie ubiegłej dekady zacząłem mieć tak wielką słabość. Nie mówiąc w ogóle o skojarzeniach osobistych, bo jakkolwiek pewnie każdy ma inne, tak zawsze jest przecież dobra pora na chwilę zadumy w temacie pierwszej miłości. –Kacper Bartosiak

posłuchaj »


094Röyksopp
Poor Leno
[2001, Wall Of Sound]

Podobno norweski jest jednym z najprostszych języków Europy. Panowie z Tromsø (czyli Tromsønie?) rzeczywiście nie stosują zbyt wyszukanych czy też skomplikowanych środków wyrazu. Spytacie, czy długo myślałem nad tą błyskotliwą analogią, ale na szczęście to internet więc nie muszę odpowiadać. Brundtland i Berge przyzwyczajają w każdym razie słuchacza lubiącego Air do dance'u (tak się jeszcze wtedy mówiło). Robią to bardzo sprytnie – i przednie wino spijane z lśniącego kieliszka syte, i dęs cały. Co do ciekawostek a propos Norwegii, to ponoć do przyjętego zwyczaju należy, że od 18 urodzin rodzice zaczynają wystawiać swoim dzieciuchom rachunek za wynajmowanie pokoju. Tylko nie mówcie Włochom. –Jędrzej Michalak

posłuchaj »


093Nelly Furtado feat. Timbaland
Promiscuous
[2005, Geffen]

"Promiscuous" w swoim aspekcie romantycznym, jako najbardziej bijący po oczach imaginary hook-up od czasów Jacko i Priscilli, zawsze pachniało mi lekko Nową Fantastyką. Nie znam Nelly Furtado, ale wydaje mi się ostatnią dziewczyna, którą wypadałoby posądzić o rozwiązłość. "Maneater" mógł zamydlić światu oczy - w głębi duszy Nelly wciąż nosi mentalne dzwony, nie goli nóg i kocha wszystkie leśne zwierzątka. Mamy więc żeński składnik utworu, tak mało wiarygodny w swojej rozpuście, że przypomina mi jedną z ulubionych zabaw na wysokości czwartej klasy, kiedy to z najlepszą przyjaciółką pod nieobecność dorosłych namiętnie przebierałyśmy się za "żula i prostytutkę". (Pytanie wisi w powietrzu, więc odpowiem: koleżanka nosiła już wtedy biustonosz, a ja - ja wciąż bardzo lubiłam mój kubek na drobne.) Ale wróćmy już do tych dwojga erotycznych nieudaczników. Trzeba przyznać, że prostytutka Furtado znalazła na potrzeby przebieranki godnego siebie żula. Timba w amorach, mówiąc oględnie, bynajmniej nie bombarduje seksem. Dla lepszego zobrazowania problemu przytoczę kolejną anegdotę. Otóż Chaz Bundick na tegorocznym Offie opuścił ponoć wieczorem vipowskie kazamaty i, cytując tych, którzy go spotkali: "Wyszedł do ludzi z ewidentnym zamiarem jebania. Ale wszyscy chcieli go tylko przytulać". Nie zdziwiłabym się, gdyby Timbaland pokiwał w tym momencie głową i posmutniał. Pomyślcie tylko o wszystkich tych dziewczynach, które, zwabione do apartamentu na najwyższym piętrze i rozebrane do samych majtek, z piskiem rzucały się nagle na jego mięciutki, sprężysty brzuch i zwinąwszy się, zasypiały na nim jak Mei na brzuchu Totoro. "Promiscuous Girl" jest utworem tak cudownym dlatego, że daje ludziom nadzieję. Nieważne, że jesteś Nelly Furtado, nieważne, że jesteś Timbalandem. Teraz każdy może zaruchać. –Aleksandra Graczyk

posłuchaj »


092Junior Boys
Teach Me How To Fight
[2004, Kin]

Wszyscy wiedzą, że Junior Boys to duet nie lada a jego debiut to już w ogóle czołówka listy dekady. Pewnie nie każdy podzieli jednak pogląd, że o wielkości Last Exit nie stanowią bardziej (wybaczcie) hitowe "Bellona" czy "Birthday" a zamykające album melancholijne perły w postaci "Teach Me How To Fight" i "When I'm Not Around". Dla mnie to oczywiste. Pamiętam, że kiedyś, przemierzając, słabo wówczas znaną, okolicę, uderzyła mnie, wyłaniająca się zza drzew, neogotycka bryła kościoła św. Michała Archanioła, która w swojej posępnej dostojności odcinała się wyraźnie od bordowego zmierzchu. Skrzętnie przechowałem to wrażenie zderzenia zimnej formy z kojącym tłem wieczoru, mając nadzieję, że wykorzystam je, gdy przyjdzie mi pisać o Last Exit. Minęło kilka lat, usiadłem przed komputerem, napisałem jakąś nieznaczącą linijkę i to wspomnienie uderzyło mnie nagle w całej swojej mocy. Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłem w tamtym rejonie, ale wiem, że gdy Jacek stwierdzał, że ta muzyka ma duszę to, naprawdę, wiedział co pisze. Materiały syntetyczne już dawno nie dostarczały tylu wzruszeń. –Jan Błaszczak

posłuchaj »


091Outkast
Ms. Jackson
[2000, Arista]

Ten numer mi siebie wywija, czasem nie lubię jego refrenu, tak scarakterystycznego, zapamiętywalnego, że aż coś szczególnie we mnie nim znużonego podczas kolejnych odsłuchów zaczyna się domagać oddzielnych apologise’ów i zapomnienia go. ...ee, mija godzina od otwarcia edytora tekstu, a ja wciąż nie mogę przesiąść się z Cupid & Psyche na panią Jackson, dziwicie się? No "Absolute"... Taa, widocznie i mnie przychodzi partcypować w procederze niedoceniania wizjonerdów, i to jako obywatelowi "obcego kraju", tyle że padło na wybujale listowo utalentowanych wizjonegrów i ogólnie ludi kak bogi & "abracadabra". Więc mamy w zakresie słowa śpiewanego wyznaczenie targetu, który pozwolił grupie osiągnąć szczyt rodzimego chartostwa. Synthy budujące klimat jak z programów interwencyjnych o patologicznych rodzinach, wejścia pianina jak z filmów o takiej tematyce, chociaż odgrywa się na nim urywki popularnego na Zachodzie "marszu weselnego" Wagnera. Ambiwalencji dopełnia atmosfera "skeczowości" kawałka, humor stylowo przeżuwanych nawijek. No i oczywiście "my wszyscy z nich", z ziółek pani Jackson "ciągniemy treści" i OutKastowe "oddychamy gorycze" na afro kolektywnie naszym, również listowym "Przepraszam". –Andrzej Ratajczak

posłuchaj »


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1   

Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
GasRausch
Tłusty Piątek: 15 czerwca 2018