SPECJALNE - Ranking

100 Singli 1990-1999

20 sierpnia 2012

 

 

090Shanks & Bigfoot
Sweet Like Chocolate
[1999, Jive]

Figlarny numer Shanks & Bigfoot frenetycznie przyjęty zarówno przez wymęczony obscenicznością i topornym basem brytyjski underground, jak i mainstream, szukający parkietowego uzupełnienia dla miłośników Westilife i Boyzone, był pierwszym podziemnym hitem, od którego można datować erę komercyjnego 2-stepu.

"Sweet Like Chocolate" kondensuje w sobie całą bezpretensjonalność późnego uk garage'u, będąc najlepszym przykładem na to, jak trafnym pomysłem jest stworzenie utworu poprzez umiejętny blend nowatorskich rozwiązań rytmicznych połączonych z melodyjnymi formami ekspresji. Kawałek wchodzi gładko jak nóż w masło, w czym swój spory udział ma również lekkość seksownego à-la-italo-disco wokalu Sharon Woolf, która wdzięcznie porusza się po smukłych, synkopowanych strukturach perkusji, wysypując ostatnie kontrargumenty z rękawa skwaszonych konserwatystów popu. Jak duża była produkcja Stevena Meade'a i Danny'ego Langsmana, doceniły w końcówce ubiegłego stulecia nawet Brit i Bee, które ponoć miały chrapkę na własne kompozycje od tych brytyjskich chłopaków, ale ostatecznie do żadnego kolabo nie doszło. Warto wypunktować, że banger Shanks & Bigfoot to jeden z najlepiej zachowanych kąsków lat 90-tych, przez co można go bezpiecznie odpalać bez obaw, że grozi nam zgniecenie pod ciężarem zespołów reminescencyjnych. Co najwyżej pojedynek ze światłami stroboskopowymi, jeżeli akurat usłyszymy tę piosenkę w klubie, wkomponowaną w set pomiędzy Jacquesem Greenem, a remixem "110%" Jessie Ware. –Iwona Czekirda

posłuchaj »


089Mariah Carey
Emotions
[1991, Columbia]

Tu jak w soczewce skupia się wszystko co najlepsze w młodej karierze tej perspektywicznej wówczas wokalistki. W 1991 roku Mariah pewnie nie myślała jeszcze zbyt mocno o żadnych operacjach plastycznych – jechała na wizerunku trzpiotki typu "girl-next-door" i wiedziała jak dobrze grać tą kartą. Naturalność naturalnością – złego słowa nie powiem, podobnie jak o tym inspirowanym 80-sowym disco podkładzie, ale co Carey odkurwia tu na wokalu, to się po prostu w głowie nie mieści. Zwłaszcza w końcówce, kiedy wkracza w rejestr gwizdkowy… Nadprzyrodzone sprawy, jedne z najśmielszych eksperymentów w obrębie wokalistyki zaadaptowane do estetyki radiowego popu. –Kacper Bartosiak

posłuchaj »


088Sea And Cake
Jacking The Ball
[1994, Thrill Jockey]

Jeśli miałbym coś do zarzucenia Sea And Cake jako ogólnemu zjawisku, to nieśmiałość. Muzyka składu dowodzonego przez Sama Prekopa była i jest paraliżująco, rozpaczliwie nieśmiała. Na temat slackerskich Pavement krążyły komentarze, że gdyby tylko trochę bardziej się przyłożyli, odnieśliby gigantyczny sukces; Sea And Cake tymczasem mogli byli być jednym z najlepszych zespołów lat dziewięćdziesiątych, gdyby tylko przełamali swoją potulność i speszoną rezygnację. Za wzór "wygrywającego" Prekopa mógł właśnie posłużyć "Jacking The Ball", paradoksalnie pierwszy utwór na pierwszym albumie grupy. Rozpoczynający riff kawałka, który mógłby stanowić całe tło dla przeciętnego jamu S&C, jest tu tylko zgrabnie naszkicowanym wstępem: utwór rozwija się w zaskakującym tempie z zaskakującą pewnością siebie i tupetem. Gdy Prekop dochodzi do refrenu, "We aaaaare / Jacking the ball", brzmi on niczym "With the lights out / It's less dangerous" aksamitnego uniwersum Sea And Cake. "Jacking The Ball" posiada wszystkie elementy, które zdefiniowały zespół na następne kilkanaście lat: mistrzowską sprawność instrumentalną, wypolerowane, light-jazzowe brzmienie i kameralnie marzycielski wokal Prekopa; jednakże, w odróżnieniu od gros późniejszego materiału składu, posiada także gruntownie przemyślaną, esencjonalną strukturę, w której każda nuta ma swoją funkcję i cel. Śmiem twierdzić, że nigdy później nie byli Sea And Cake tak precyzyjni, skoncentrowani i nieustraszeni. –Patryk Mrozek

posłuchaj »


087Duran Duran
Serious
[1990, EMI]

Hmm, ciągle nie wiem, jak z tym Duran Duran. Kim oni są? Co chcą osiągnąć? Co możemy na ich temat UJAWNIĆ (cyt. za Michałem Karnowskim)? New Romantic? Zdecydowanie opowiadam się za romantycznością w muzyce, wielu moim ulubionym wykonawcom śpiewam piosenki o miłości (nie ten kawałek CKOD, to były raczej piosenki o nienawiści), a oni później przepuszczają to przez różne filtry, dodają szumy, a na koniec wszystko kojarzy się ze śnieżącymi telewizorami z dzieciństwa. To są dobre wspomnienia, #hauntology. Ale "Serious"? Czy ta pokraka zasługuje na rehabilitację? "(#)Why so serious?" Ten jeden typ od nich ma rzeczywiście trochę fryzurę jak Paweł Stasiak, ale czy to o czymkolwiek świadczy? Czy tylko ja mam wrażenie, że to mógłby być jakiś b-side Pearl Jam czy innego paskudztwa? O co chodzi z tymi gitarami, przyciemnioną melancholią? Moi bohaterowie to Pet Shop Boys, Scritti Politti i wczesna Madonna, jeśli Duran Duran to takie smęty, to ja dziękuję – mam wystarczająco innych zaległości do nadrobienia z lat dziewięćdziesiątych. Znacie np. Bjork? Zawsze kojarzyła mi się ze skandynawskim chłodem, ale nie słyszałem żadnej jej płyty. Ostatnio widziałem na YouTube teledysk do "It's All So Quiet". I wiecie co? Jestem przyjemnie rozczarowany... –Jakub Wencel

posłuchaj »


086Bomfunk MC's
Freestyler
[1999, Sony/Epidrome]

Wbijam na skrzynkę, a tam piszą, że mam ogarnąć "Freestylera". "Ej, ale o tym numerze nie da się napisać mądrych zdań" – przebiega przez myśl od razu, więc ubieram super-tajny kombinezon i na kryptograficznie powyginane hasło zjeżdżam windą na dół do sekretnej bazy, gdzie ustalaliśmy szczegóły podsumowania. Nie wykrywają nas tutaj radary, więc dział "lobbowanie singli" bywa odważny. Przewijam, przeszukuję i nicuję kartotekę wraz tysiącami notatek i w końcu znajduję "Freestylera".

Borys napisał, że wjazd gitarki slidem na dwudziestej trzeciej sekundzie to jak Zeppelini i że melodyjna narracja na modłę Roniego Size'a. Ej, chwila, co się dzieje, to wykracza kompletnie poza moje pojmowanie tego utworu. No, nie o to chodzi, by tu szukać niuansów i jakichkolwiek motywików! Jak sobie obetnę siekierą z trzy palce u dłoni, to może wtedy na jej palcach będę mógł policzyć liczbę znajomych, którzy usiądą na kanapie i zaczną analizę "Freestylera". To od samego października 1999 roku był ogromny energetyczny pocisk, w którym ginie szczegół, kulturalny kontekst czy cokolwiek zahaczające o jakąkolwiek mądrość.

Był sam ostry środek gimnazjum, my spędzaliśmy każdy dzień jeżdżąc po osiedlu i znaleźliśmy na ulicy patyk. Daliśmy mu na imię Fafik, traktowaliśmy jak żywą osobę i ważnego członka grupy. Długo nie da się na czymś takim pociągnąć kolejnych spotkań i rozmów, więc stwierdziliśmy, że nakręcimy o film. "Fafik. Pogromca wampirów" bez kamery, scenariusza i żadnego planu był znakomitym projektem i tematem zastępczym na następne miesiące. No jaha, że to była nierealna zajawka, żeby sobie tylko ubarwić na chwilę życie, ale wtedy tego nie wiedzieliśmy i godziny spędzaliśmy wymyślaniu oderwanych od siebie scen. Najbardziej byliśmy dumni z finału, który polegał na tym, że wszyscy nasi znajomi z gimnazjum spotykają się na polu znajomego, napierdalają się i w tle leci "Freestyler". Kolega z równoległej klasy jak to usłyszał, to usiadł przed kamerką internetową i zaimprowizował breakdance na siedząco do utworu. Jego fragmenty miały lecieć na przebitkach podczas finału. No jaha, że z perspektywy czasu siedzę i mam wrażenie, że opisuję tutaj największe kretynizmy świata, a jakby "Fafik. Pogromca wampirów" powstał to byśmy się spotykali w memotechnice na gazeta.pl w artykule o viralowych filmikach w kategorii obok Star Wars Kida. "Freestyler" spośród ludzi, których znam, zawsze wywoływał spontaniczność, głupawe zużywanie nadwyżek energii i lekko nieudany taniec. Dla tego ogromnego tłumu zainteresowanego głównie swoją wąską muzyką nie było miejsca na rozkminki. I nie powinno być miejsca, bo to do cholery "Freestyler" – zajebista pierwotna dyskoteka na szkolnym korytarzu. –Ryszard Gawroński

posłuchaj »


085Artful Dodger feat. Craig David
Re-Rewind
[1999, Blessed]

Kto wie czy moment, w którym pomysłowi Brytyjczycy zaczęli obowiązkowo przesuwać w prawo pitch na swoich gramofonach za każdym razem gdy w głośnikach pojawiał się Todd Edwards, nie należy do najważniejszych chwil muzyki elektronicznej w ogóle. Oczywiście bardzo łatwo tak pisać, kiedy co drugi producent wisi tantiemy MJ Cole'owi. Tak czy inaczej, od tych czasów mija już jakieś półtorej dekady i wciąż nikt nie wymyślił nic lepszego nad vocal science i łamane hi-haty. "Re-Rewind" to w wielkim stylu witanie się Artful Dodger z mainstreamem na koniec lat 90. Pod rękę z Craigem Davidem, który zapewne w piekle odpokutuje za to, że przestał nagrywać na takich bitach. W chwilach słabości wrzucam to na decki, na głos błagam samego siebie o rewind i nawet nie jest mi z tego powodu specjalnie wstyd. –Marcin Sonnenberg

posłuchaj »


084Moby
Porcelain
[1999, Mute]

Co mnie urzeka akurat w tym kawałku z Play? A może co mnie urzeka w Moby'm z tamtego okresu? Raczej to pierwsze, ale i tak nie potrafię owej sympatii punkt po punkcie wytłumaczyć. Ambientowe syropy ciężko ekstrahować na czynniki pierwsze, a nawet gdyby, to na końcu dostaniemy coś, co i tak nic nam nie powie. Miękko to wszystko brzmi, pasuje do siebie, muzyka ilustracyjna zawieszona gdzieś między trip hopem a elektroniką + łysy everyman na majku. Słuchasz i myślisz – hej, ja też coś takiego wysampluję, wyrecytuję, sprzedam miliony płyt i zapiszę się w historii popkultury. Powodzenia, poprzeczka jest coraz niżej. –Jacek Kinowski

posłuchaj »


083Vanessa Amorosi
Absolutely Everybody
[1999, Transistor Music Australia]

Mając za plecami ekipę weteranów doświadczonych znojami współpracy nie tylko z Temptations czy Quincy Jonesem, ale i Davidem Hasselhoffem tudzież Boyzone, można osiągnąć wszystko. Vanessa, wówczas wschodząca gwiazdka australijskiego teen-popu, miała więc jak najbardziej mięciutki start. Po ogromnym sukcesie na listach przebojów, została jedyną (jak podają źródła w internecie) artystką, której powierzono wykonanie własnego materiału podczas ceremonii otwarcia i zamknięcia tych samych igrzysk (w Sydney). Ani chybi, druga Kylie. I choć ostatecznie nie stała się uosobieniem marzeń większości nastolatek (nie pomogły długie lata bez sofomora), zostawiła po sobie jedną z najbardziej porywających piosenek końca wieku. "Absolutnie Wszyscy" to niegubiąca tempa, ekstatyczna laurka dla inkluzywności dobrej zabawy. Pozytywnie aspiracyjny ton dominuje do pierwszej do ostatniej sekundy, a jego nośnikiem solidne skille wokalne Vanessy – szaleńczo zapętlona fraza tytułowa – oparta na znanej, choć nie tak znowu oczywistej progresji I-V-IV – większość swojej mocy czerpiąca z doskonałej intonacji, mogłaby właściwie funkcjonować tylko jako a capella, bo na podkład (w literalnym znaczeniu) składa się tu w zasadzie wyłącznie, charakterystyczna dla epoki, dance'owa siekanina o neutralnej wartości. Trudno pojąć jak takie cuda ludziom wychodzą. –Mateusz Jędras

posłuchaj »


082Backstreet Boys
Everybody (Backstreet's Back)
[1997, Jive]

Pojechałem alfabetycznie, rozpocząłem słuchanie od literki B i... trochę mi słabo. Czy może nie załapałem się na jakiś prima aprilisowy żart porcysowy? To nawet w Wabędziu częściej się zdarza dobry kawałek usłyszeć. Nie no, może pechowo trafiłem... Ale chciałbym skierować swój żal do "zarządu" serwisu. Bo to jest po prostu OBCIACH kurwa – nie da się tego słuchać, nie da się tego skomentować... Kurwa! Ej, ja lubię dicho, ale Backstreet Boys???? Czy ktoś nie zna tego kawałka i to będzie fajnie tak promować serwis, że damy na liście jakiś ich kawałek, gdy wszystkie są DO DUPY, albo w ogóle ich nie ma? Nie no, litości. Niech mi ktoś porówna "Boys & Girls" Blura z dowolnym kurwa żartem Backstreet Boys. O co kaman zaraz?

Nie mam pojęcia kto to jest Max Martin i co mi pan zrobisz? Ale mamy tu wolność słowa i mi po prostu jest smutno, że takie kawałki są na liście Porcys. Moim zdaniem to jest obciach i koniec. To jest po prostu denny kawałek i żaden producent mnie tu nie przekona. Kasę trzeba zarabiać, więc może być i mistrzem świata, ale kawałki takie jak "Everybody" to jest dno i jak taka ma być lista, to będzie to żałosne. Takie jest moje zdanie i po prostu nie ogarniam tego. Nie jest tak, że się czepiam, bo mam takie widzimisię, ale w tym wypadku pragnę rozedrzeć szaty i powiedzieć, że takie rzeczy mogą zepsuć całą listę, cały wasz wysiłek... Takie jest moje zdanie. Ktoś wchodzi na listę i widzi kawałek "Everybody" i... wychodzi, bo szkoda na to czasu. Koniec kropka, takie jest moje zdanie, pomyślcie o tym z tej strony. Chyba, że faktycznie sądzicie, że to są świetne tracki, to sorry – nie chcę nikogo obrażać... Ale uważam, że są CHUJOWE!

Ale spoko: wybierzcie "Everybody" na numer 1 i przybijcie sobie piony... I nie staram się kreować na autorytet – wyraziłem tylko swoje ubolewanie i mimo wszystko zaskoczenie, cenowy SZOK i zniesmaczenie. Nie bierzcie tego do siebie, ale "Everybody" – BEZKOMENTARZA. A z tym strachem przed powielaniem "jakiegokolwiek" kanonu to też uważajcie, bo wyjdzie wam kanon transgresywnych króli teenpopu z zajebistym backgroundem, którzy uciekali od kanonu... Nie no dobra, grunt żeby podobała Wam się lista. Aha, rozumiem że fani Nicka Cartera to wrażliwcy, ale nikt się chyba tu nie obraża? Ot, jakiś gościu obniża poziom polemiki, to jest nieunikniony element każdej dyskusji. Ogólnie myślałem, że niewiele mnie już może zaskoczyć i nie chcę psuć zabawy, w którą włożyliście tyle pracy. Ale poczułem się zaskoczony, moja wina – powinienem więcej czytać obecnego Porcys, może byłbym bardziej świadomy. Ze sportowym pozdrowieniem. –Jacek Kinowski

posłuchaj »


081Mary J. Blige feat. Notorious B.I.G.
Real Love
[1992, Uptown]

"Real Love" poprzez twardą, podskórną wrażliwość Blige wraz z jej charakterystycznym, noszącym znamiona flow stylem akcentowania sylab, odkrywa nieznaną wcześniej niszę na poletku pomiędzy kobiecym rapem a r&b, na której to części rozbije się później szereg wokalistek od Faith Evans po Aaliyah. (mizoginiści opuszczają klasę, geje zostają)

"Real Love" odżegnując się od cukierkowatego popu diw new-jack-swingu i pierdyliarda poprawnych piosenek z tego okresu, w momencie wypuszczenia na rynek nie było przede wszystkim kliszowo-nudne, nawet jeżeli może się takim wydawać z perspektywy czasu. Mary J. Blige obiera tu gorzki punkt widzenia świeżo porzuconej kobiety, która dojrzała do dystansu i głupoty (zamiennie), ale ostatecznie nie jest w stanie zdominować sielanki genialnego, upbeatowego riffu klawiszowego, zsamplowanego z old-schoolowego instant klasyka Audio Two's. "Real Love" to też pierwszy duży feat Biggiego, który swaggerskimi wejściami informuje nas, że już się dobrze znamy. 20 lat później na featuringu zastąpi go naczelny ekshibicjonista emocjonalny Stanów Zjednoczonych – Frank Ocean, samplując "Real Love" na swoim albumie Channel Orange i naprawdę powinno to okazać się koszmarkiem, budzącym po nocy jak Clint Mansell grający Chopina albo teksty piosenek Lany Del Rey, ale Ocean wychodzi z tego konceptu obronną ręką i nawet potrafi rozkleić. Kończąc tę reporterską notkę dodam jedynie, że to chyba jedyny numer Blige, którego jestem w stanie słuchać z większą przyjemnością i mój ulubiony kobiecy hip-hop w dekadzie. Jeżeli kiedyś trafi wam się w panoramicznej – to "Real Love" ukoronowało Mary J.Blige na królową hip-hop-soulu. –Iwona Czekirda

posłuchaj »


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1   

Listy indywidualne   

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Wywiad z Young Leosią
Ala|ZastaryJutro?