SPECJALNE - Ranking

100 Singles 2000-2004

11 lipca 2005

 
020Basement Jaxx
Romeo
[2001, XL]

Jak bardzo symetryczny może być wymiatający kawałek? Zdaje się, że "Romeo" wyznacza tę granicę. Poza zaskakująco emocjonalnym wyrzutem "You used to be my Romeo!", gdzieś w pobliżu 1:50, nader tu łatwo przewidzieć można przebieg poszczególnych wątków. Sam sposób ich przedstawienia swoim prymitywizmem przywołuje (tak złowieszczo pokazane w książkach o Tomku Wilmowskim) tam-tamy. Motywy, na czele z przewodnim, są "uderzane", a nie prezentowane na zasadzie sztafety, płynnego przekazania pałeczki. Piosenkę bardziej niż napisano – poskładano. No takie odnosi się wrażenie, "sorry-batory" jak to ktoś mi kiedyś powiedział, szczelnie zapychając przedział w pociągu. I cóż do cholery z tego? Nawet ja, zdziadziały emowiec, który z ciekawości i braku czasu ściąga koncertowe nagrania Architecture In Helsinki, połykam ten składający się z jednej, bardzo za to kolorowej, kliszy, świat. Przynajmniej gdy posłyszę "Romeo". W końcu szkieletem jego konstrukcji jest temat, który wydaje się tak samo dobry za dziesiątym przesłuchaniem, jak i za pierwszym. A po czterdziestym szóstym sprawa wygląda tak samo. Trudno w takich okolicznościach przyrody nie być przebojem w najlepszym znaczeniu tego słowa. Nośność "You used to be my Romeo" niejednokrotnie o mały włos nie doprowadziła mnie do wrzucenia tych słów na status gie gie. Nieobeznani z piosenką niechybnie zaczęli by sobie coś podejrzewać, ale czy w ogóle są tacy? Podwójna chwała im za to, że nie. –Jędrzej Michalak

019Dismemberment Plan
The Dismemberment Plan Gets Rich
[2000, DeSoto]

Plan nigdy nie dostąpili luksusu oszałamiającej sprzedaży płyt, a i trasy koncertowe po świecie grywali w roli supportu – Pearl Jam w Spodku, anyone? (Zabrzmieli wtedy wyjątkowo paskudnie, by być uczciwym.) "Gets Rich" to trzy centy zespołu w kwestii freestyle'owych przechwałek o zamożności. Kawałek ochrzczono Planowym "B.O.B." (oba zwijają się jak w ukropie i korzystają z narracyjnego strumienia świadomości), lecz kolażowa tekstura imitująca paradę zakorkowanych ulic, z jarmarcznymi dzwonkami i klaksonami generowanymi z syntezatora składa się na ich "Good Morning Good Morning" – wybuchający młodzieńczym spontanem, ekstatyczny komentarz do (nie)codzienności. Sporo malkontentów narzekało na metaliczny, irytujący timbre Travisa, ale nie wyobrażam sobie, żeby inną manierą wypluwał w amoku zdania pokroju "We were running weapons to a Cuban in Miami that just kind of flaked on us" czy "Opened up affiliates in Nagasaki, Venice and Antananarivo". Autotematyzm w wykonaniu Dismemberment umiejętnie bryluje na pograniczu self-indulgent onanizmu i kabaretowej samo-kpiny. Generalnie się nie nadąża. Kolesie są z Marsa, ze Snickersa. Choćby startowe nabicie bębnów zasiewa taki groove, że gacie spadają z tyłka no. (Ale dziwnym w sumie nie jest, skoro "Joe got caught aboard a boat with seven tons of opium"... Może NIE SKOMENTUJĘ tego edycyjnego tricka.) Piłująca blachę gitara w chorusie kojarzy się z bezprodukcyjną masakrą Is Terrified, zaś zakończenia zwrotki przywodzą na myśl "8 ½ Minutes". Zaufajcie mi: NIE MA zespołu, który potrafiłby zrobić tak oderwany od podłoża numer. Oto ich najbardziej wariacki, nieprzewidywalny, komediowy singiel, i pod względem powtórnych odtworzeń ciężko go chyba przebić. –Borys Dejnarowicz

018Kanye West
We Don't Care
[2003, Roc-A-Fella]

Niby Nas był Scarface ("The World Is Yours"!), a Jay-Z Manolo, ale to temu pierwszemu przytrafił się pedalsko-gówniano-zerowy przebój dla dzieci z podstawówki (i z udziałem dzieci z podstawówki), samplujący Beethovena "I Can", a temu drugiemu pamiętny wymiatający hicior odsyłający klimatem do nieśmiertelnej Ulicy Sezamkowej. Co chciałbym przez to powiedzieć? Że patent z dzieciakami nie stanowi jakiegoś novum, ale można to albo zrobić fajnie, albo dokumentnie spierdolić. Dziwnym nie jest, że "We Don't Care" Kanyego to udane odniesienie do pamiętnego "Hard Knock Life" – równie zaraźliwe, a bardziej wyrafinowane, bo dotknięte czarodziejską różdżką wybitnego producenta. Ok, West bezczelnie kalkuje Jaya, inaczej nie potrafi, jednak zerknijcie sekundkę na ten podkład: po błogim intro śmiało wkracza pozytywny klaskany bit, przegryzając się z bezbłędną przewodnią pętlą: eklektyczną sklejką trzech pierdów klawiszowych uciętego, kolektywnego żeńskiego afro-zaśpiewu i efektownie to wieńczącego fragmentu grzechotnięcia saksofonu. Perfekcyjną harmonię udało się stworzyć. Klu programu to rzecz jasna dzieciarnia: Kanye nie przepada za szkołą, a kto pomoże mu to lepiej zamanifestować niż sami uciemiężeni? Smaczek polega oczywiście na ironicznym "Oh yeah, I've got a perfect song for the kids to sing" i następującym tekstowym performansie panów chórzystów i pań chórzystek, czyli 10-latków śpiewających niewinnie i łagodnie o "drug dealin' just to get by" i "we wasn't suppose to make it past twenty five" (five byłoby bardziej na miejscu). Bardzo udana prowokacja i w dodatku jaki ciekawy kontrast ponurego w sumie liryka z plażową, boomboxową atmosferką. W lato katuje się non-stop. Fajny tornister kochanie. –Michał Zagroba

017Max Tundra
Mbgate
[2002, Domino]

Mimo, że trwa zaledwie 2,5 minuty, robi tyle zamieszania co szynszyl na wybiegu. Miąższ utworu zaczyna się właściwie w połowie – do tego czasu trwa wymulone, słone preludium, które słuchane oddzielnie jest tak naprawdę rękąud. Po przebiciu się przez tą skorupkę Max odwraca role i demoluje naszą okołomózgową skorupkę niespodziewanym gryźnięciem w ucho! Ani się spostrzeżemy, a nasze ucho znajdzie się w samym środku kłapiącego szczękami raz po raz rytmu, żującego coś w klimacie Metro Area. Co prawda utwór nie jest groovy, ale przeciążenie, którego doznajemy w trakcie drogi z dołu-początku do środka-miąższu jest tak wyjątkowe, że adrenalina niesie nas już po osiągniętym płaskowyżu na bezwładzie. Władziu jeszcze jednego proszę! Finezyjny jak Homelife i sprawny jak Prefuse 73 Max już dawno nie wydał płyty, prawda Władziu? Prawda Włodziu. –Krzysztof Zakrocki

016Missy Elliott
Get Ur Freak On
[2001, Elektra]

"Timbaland we loove youu, we loove the thiings youuu doooo". Wiadomo. W komercyjnym hip-hopie zorientowanym na hooki od czasów So Addictive rządzi niepodzielnie (niemal, bo od dwóch lat ostra konkurencja) Timbo, biorąc jeszcze niedawno 275 tysięcy zielonych za bit. Da się wyodrębnić moment, w którym sięgnął ów boss po rytmiczne patenty z egzotyczniejszych części uniwersum brzmieniowego i na orientalnych figurach jął układać n-stepowe konstrukcje łamiące podstawowe wzorce geometrii w przygniatająco przyjemny wzór. Walił nas w płat czołowy kolumną maczaną w mandarynkowej wódce, a my dawaliśmy mu zarabiać i kupować nowe wille z basenem, mimo ogłuszenia impulsów odreceptorowych. Da się, ale praktycznie dopiero "Get Ur Freak On" stał się "el manifesto", w stylu: "rozłupię ci czaszkę i rozessam (cokolwiek by to miało znaczyć) mózg". Pobudził resztę co bardziej kreatywnych podkład-makerów i się zaczęło. Zrewolucjonizował podejście do r&b i ustanowił się punktem odniesień do orientalu w mainstreamowym światku black popu. Ot tak. Mamy piłeczkę i odbijamy zachowując minimalne odległości między uderzeniami (d'n'b-owe patenty się kłaniają w nieznacznym umiarkowaniu częstotliwości drillów), a Missy z niespotykanym u niej zaangażowaniem i powierzchowną tajemniczością rytmicznie (tempo też niespotykanie wysokie) wypluwa wersy jak archetypowy emce do membrany: "listen to me now" czy o statusie kultowym już "Get ur freak on / Get ur freak on / Get ur freak on". Wszystko na tut-tu-tu-tu-tutu-orientalnym motywie i zabójczej pętli breaków. Kluby pękają, tłumy szaleją. –Mateusz Jędras

015Talib Kweli
Get By
[2002, Rawkus]

O, a kto to wyprodukował? No kto? Popaćcie. "Just to get by", ale tu wcale nie biega o "drug dealing" panowie. Tu chodzi o coś wręcz przeciwnego – pozytywne wibracje, odrodzenie, śpiewanie pełną piersią, gospel flava. W nieciekawej rzeczywistości murzyńskiego getta, skrajnego ubóstwa, a także konsumeryzmu, sztuczności i duchowej pustki Kweli odnajduje siłę i natchnienie do życia, współtworząc porywający hymn nadziei. To wszystko należy traktować z przymrużeniem oka – klarownego przesłania nie ma. Jedynie gość ze świętego obrazu mówiący: "miłość". Ale jakimś cudem realizacja tekstu i warstwa muzyczna uwiarygadniają ukryty patos przekazu. Żywy jazz-hopowy podkład pianina i nakładające się na siebie melodie r'n'b realizują pulsująco-bulgoczącą muzyczną modlitwę slumsów. Multiwokalna moc czarnego kolektywu przenosi magicznie w klimaty Parliament, Funkadelic czy Earth, Wind & Fire, pozwalając, już nie liznąć, a przez parę dobrych minut zasmakować legendy. To rodzaj numeru, który każe z kopyta ruszyć na Harlem i bratersko przytulić na chodniku trzy pierwsze napotkane osoby. Typując potencjalnie ponadczasowe współczesne tracki soul, trudno wyobrazić sobie poważniejszego kandydata. Nominowany z miejsca. –Michał Zagroba

014Johnny Cash
Hurt
[2003, American Recordings]

Reznor to ćwok, ale akurat closer Downward Spiral udał mu się jak rzadko – to wywołująca drgawki rozprawa z masochistycznym aspektem bytu i tragiczny, pełen niemocy manifest strachu przed samotnością. Cash przywłaszczył sobie ów psalm, dokonując rzeczy niebywałej. Nie tylko zastąpił post-industrialną instrumentację aranżacyjną ascezą (akustyk, pianino, smyki), a neurotyczny szept ciepłym, mądrym croonem, co wtem nadało utworowi wszelkie znamiona ponadczasowego standardu folk-country, ale także – a może przede wszystkim – jakby "zabrał" znaczenie słów z oryginału i nadał im własne. To niesamowite i w przeróbkach zdarza się raz na kilkaset przypadków. Przez dwieście dwadzieścia sekund świętej pamięci bard wikła się w rozważania o przemijaniu z pozycji osoby, która jedną nogą czuje się już w grobie. Oryginalna refleksja egzystencjalna "I hurt myself today / To see if I still feel / I focused on the pain / The only thing that's real" u Casha funkcjonuje po prostu na zasadzie "Jeżeli budzę się rano i mnie coś boli, to wiem że wciąż żyję". "Try to kill it all away / But I remember everything" w wersji NIN chwyta nabrzmiały teraźniejszy moment; tu natomiast spogląda wstecz z perspektywy siedemdziesięciu jeden lat na karku. "Everyone I know / Goes away in the end" pierwotnie markowało paraliżującą pustkę i osamotnienie, by w omawianym opracowaniu dotknąć bezceremonialnie nieuchronnej Prawdy. Dziś to porażające przekontekstowanie, reinterpretacja, przekształcenie wynika ze słuchania w świadomości, że narrator tych słów przeszedł już na drugą stronę. Długo nie zapomnę jak kiedyś na imprezce (czy posiadówie, yeah, whatever) u Kinola poleciał teledysk do tego coveru dekady i się cisza zrobiła, i zamurowało nas po prostu. Wkradła się transmistyka, substrady neuronowe i śmiertelność: "I See A Darkness, Pt. 2". Sorry, w necie sie o takich rzeczach nie rozmawia. –Borys Dejnarowicz

013Broken Social Scene
Almost Crimes
[2003, Arts & Crafts]

Mimo, iż na rewelacyjnym You Forgot It In People inny kawałek zawiera słowo "anthem" w swym tytule, a spektakularny "KC Accidental" pełnił swego czasu takową funkcję w kręgach serwisu Porcys, prawdziwie niezależnym hymnem roku 2003, jak i całego pięciolecia, był dla mnie właśnie "Almost Crimes". Utwór, który można by rozpatrywać na kilku różnych płaszczyznach: od swobodnego wakacyjnego hitu (z kategorii tych nie opuszczających człowieka nawet na sekundę), przez drapieżny i zadziorny, punkowy wymiatacz, aż po najbardziej doniosłe znaczenie: esencjonalnej melodii pop-rockowej estetyki. Sposób, w jaki diabelna melodyjność kawałka współgra z brudnymi i szorstkimi, punkowymi motywami, a majestatyczna emocjonalność wsparta jest nonszalanckim biciem perkusji czy prostym wokalnym jazgotem, zakrawa na absolut. Niespotykana, wręcz parząca intensywność przebija z każdej sekundy "Almost Crimes", aby w czasie wyniosłego finiszu dosięgnąć rejonów dostojności i równoczesnej przyswajalności osiągalnych jedynie dla nielicznych popowych geniuszy. Takie właśnie powinny być rockowe hymny: precyzyjnie atakujące genialnymi hookami, ale przede wszystkim – pełne pasji i żaru, wpadające w ucho i pochłaniające bez reszty. –Patryk Mrozek

012Rapture
I Need Your Love
[2003, DFA]

''I Need Your Love'' to takie Rapture w wydaniu bardziej dance niż punk. Takie niezal-dance powiedzmy, jeśli już szukać na siłę jakiś konkretnych określeń. Mocny beat, wspomagany momentami zdaje się, że odgłosami klaskania oraz jakby urywane, niesamowicie rytmiczne dźwięki syntezatorów i klawiszy formują wyrazisty trzon utworu, nie ulegający drastycznym zmianom aż do samego końca. Wszystko pulsuje wraz z muzyką. Chcąc, nie chcąc, świat wokół podryguje zgodnie z rytmem. Nieco piskliwy głos Jennera doskonale wchodzi w tę stylistykę, dodając całości trochę posmaku kiczu lat osiemdziesiątych. A przecież dokładnie o to w tym utworze chodzi. Kolesie powiedzieli sobie: "wskrześmy ducha tamtych lat" i tak też zrobili. Jednak nie postąpili tu odtwórczo, bo podeszli do sprawy niezwykle ambitnie, modyfikując i rozwijając stare patenty na własne potrzeby, przystosowując je tym samym do wymogów dzisiejszych czasów (wiem, okropnie to brzmi). Toż ta gitara, bezpośrednio po pierwszym refrenie, rozkłada na łopatki, podobnie zresztą jak te słodkie (tak, to dobre określenie) cymbałki pojawiające za każdym razem się wraz z tytułową frazą. Cały geniusz polega tutaj na niewiarygodnej wręcz prostocie i jednostajności utworu. Bo, przecież tak się robi hity, parkietowe wymiatacze odpowiedzialne za obolałe stopy następnego dnia. Im się ta, wbrew pozorom trudna, sztuka udała. Ba! I to nawet nie ten jeden raz. –Łukasz Halicki

011M.I.A.
Galang
[2003, XL]

"Galang" to połączenie dwóch gatunków: science-fiction i turpizmu. Szpetne wykoślawienia rytmiczno-soniczne odznaczają się urodą zmuszającą karaluchy w zsypie najpierw do epileptycznych cybertanecznych drgawek, a następnie podjęcia podróży międzyplanetarnej. Aha, o dziwo kawałek działa też na ludzi! Mam krótki message do wszystkich, którzy odnajdują autentyczną przyjemność w słuchaniu produkcji córy Cejlońskich imigrantów: "lol?". Bo na przykład grime w wykonaniu Rascala akcentował pierwiastek duchowy; obleśnie zimny, bezosobowy grime w wykonaniu M.I.A. kładzie nacisk na egzotykę, "etniczność", wykalkulowaną postmodernistyczną obrzędowość, oddane między innymi samym brzmieniem rytualnie, szamańsko powtarzanego słowa tytułowego. Pogańskie, ceremonialne, opętańcze, potępieńcze zaśpiewy na zakończenie coś z pewnością obwieszczają. Może to, że braliśmy udział w czymś ponadczasowym, a może po prostu bardzo cholernie dziwnym. Moje doznanie przy "Galang" nie bierze się z serca, lecz z rozumu. Dlaczego nie wpadam w euforię? Uznaję wielkość tego utworu w kontekście wszechderywatywnej muzycznej rzeczywistości i tyle. Tak, do czegoś takiego nie powinno się wracać, a jednak funkcjonuje bardzo singlowo. –Michał Zagroba

#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1

Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019