SPECJALNE - Ranking

100 Singles 2000-2004

11 lipca 2005

 
030Justin Timberlake
Rock Your Body
[2002, Jive]

Choć chłopięcy falset automatycznie zapewnił mu porównania do Michaela Jacksona, pochodząca z 2002 roku płyta Justified nie przynosi brzmieniowego przełomu na miarę wydanego dwadzieścia lat wcześniej Thrillera. Produkcję Timberlake'a można jednak uznać za godne zwieńczenie trendów zapoczątkowanych przez mistrza popu o rozpadającym się wizerunku. "Rock Your Body", "hajlajt" albumu i popowe cacuszko najwyższej próby, słusznie okupuje wysoką pozycję na naszej liście. No przecież, jak to się idealnie zazębia: nośny motyw przewodni na klawiszach, aksamitny, swingujący bas, klaśnięcia plus westchnienia, tu umiejętne breaki perkusyjne, ówdzie filuterne pląśnięcia w cymbałki, tam wkradające się syntezatorowe drone'y – wszystko w idealnych proporcjach, jak kształty Angeliny Jolie. But we're not there yet: dopiero na tym tle falset Justina kontruje dziewczęcą linię wokalną w gorącym klubowym dialogu. A te perfekcyjne harmonie w mostku oraz zakończenie umiejętnym beatboxem jako wisienka na torcie? No niech mi ktoś po wsłuchaniu się powie, że ten kawałek nie "jedzie". Zwyczajnie nie ma takiej opcji. –Tomasz Gwara

029Mylo
Guilty Of Love
[2004, Breastfed]

Jak już zostało zauważone, nieźle się ten kawałek rozpoczyna. Rozłożone akordy septymowe, wijące się w nienormalnym tempie i w nieprzewidywalnych kierunkach – nie jest to standard, jeśli chodzi o melodie popowych kawałków. Jakaś gorączka czy podwyższone tętno autora podczas nagrywania piosenki wchodzi tu w grę. W ogóle to Myles MacInnes dzwonił, że przy drewnianym kamieniu to on się już dosyć nastał i nikt nie dotarł, więc on zmyka. Po futurystycznym początku, Myles przełącza radio (check out 49 sekunda utworu) na 100 i 1 fm*, zostawiając nas z lekko kiczowatymi klawiszami. Retro-tour nie trwa jednak zbyt długo, gdyż już po chwili okazuje się, że to jednak nie była ta stacja. Zaczynają się mnożyć kolejne znakomite ścieżki, wpędzając nasze uszy w przyjemny kłopot bogactwa (syndrom selekcjonera Brazylii tak zwany). Cóż, o ile opinie o "tanecznym albumie roku" były wątpliwe, a porównania do Avalanches śmieszne, to jednak album Mylo broni się jako zbiór wyluzowanych i nie nużących się szybko numerów, okraszony prawdziwą perłą (Robinho?) w postaci "Guilty Of Love". –Piotr Piechota

*Nie wiem, ta częstotliwość (radio pogoda złote przeboje) to tylko dla Warszawiaków będzie zrozumiała.

028Basement Jaxx
Jus 1 Kiss
[2001, XL]

Któryś z nich, Simon chyba, ale głowy nie dam, opowiadał przy okazji premiery Rooty, że napisał ten song po burzliwej kłótni ze swoją girlfriend – bo zrozumiał w mig, jak nieoczekiwanie niewiele trzeba, żeby się czule pogodzić i odnaleźć wzajemne ciepło. Wystarczą tylko szczere chęci z obu zwaśnionych stron, wystarczy odrobina zaufania i drobny gest miłości, a sprawy na pewno przyjmą pozytywny obrót. Nasze serduszka znów się połączą… I tu zbaczamy niby w rejony mazgajskiej bejówy, ale tym dwóm skurczybykom udało się w "Jus 1 Kiss" oddać perfekcyjnie ten stan, który chyba nikomu nie jest obcy. Wcale nie piję do warstwy słownej, dość oszczędnie i sztampowo roztrząsającej wspomniany topic (oferuje niewiele ponad wariacje na tytułowym buziaku). Ale muzycznie, Jaxx zrobili miód. Słodycz refrenu, płynność przelewającego się loopa i gęstość smakowitej aranżacji przenoszą do raju. W przenośni rzecz jasna. Te sławne tropikalne marimby materializują raj w postaci wakacji w Honolulu i perfidnie przemieniają post-sprzeczkowe przytulanie na intro gry wstępnej. Zawsze kibicowałem "Jus 1 Kiss" w rywalizacji z "Romeo" – trochę z przekory, bo "Romeo" pełnił raczej funkcję "hitu dla gawiedzi" i zajeżdżali go w "Radiostacji", a wysublimowany "Jus 1 Kiss" był moim cichym faworytem. Nie zrozumcie mnie źle, kocham "Romeo", ale od brutalnego rozpamiętywania zaprzepaszczonych związków wolę – jak zazwyczaj każdy – spokój i atmosferę intymnego porozumienia z partnerką. –Borys Dejnarowicz

027Avalanches
Frontier Psychiatrist
[2000, XL]

Dobra, żarty na bok (lol). Teledysk widzieli? Pewnie. Otóż najjaśniej się wyrażę od razu ogłaszając, że jest on całkowicie mojo-drużynowy, przy okazji obiektywnie moim zdaniem zahaczający o absolut z przymrużonymi oczętami (choć to gruba przesada). Dziś znalazłem dwa złote w przedpokoju, uprzednio potrącając starszego pana na chińskim skuterku. Wicie, rozumicie. Coimbra też cierpi na pożary lasów. Po raz kolejny Instytut Psychologii Stosowanej uznał, iż jestem nie dla nich ("poezja jest nie dla mnie"). Lekka profanacja tematu w następujących kolejno obrazach (i perka!) nie zmienia stanu rzeczy. Klip wymiata, czy też jedzie. A sam kawałek? Nie wiem, na niebie ze cztery chmurki wyglądające z perspektywy podłogi na czterocentymetrowe a tu błyskawica. Panie Janie. Pan mi powie dlaczczczego wszystkie moje komenty do porcysowej listy singli odnoszą się do kawałków z tak przyjemnymi bębnami. Ja nie.

Przypuszczałem, ze w końcu trafi mi się do napisania coś, czego przedmiot będzie całkowicie nie-do-opisania, i nieogarnialny imprezowy potencjał Avalanches generalnie wydawał się stawać na wysokości zadania (polegającego na nie dopuszczeniu mnie do stanięcia na wysokości zadania). Ale to nie to. Tym razem to implikacje psychosomatyczne ("purely, psychosomatic") bezpośrednio w ttrreeśśccii teledysku (i kompozycji) mające początek doprowadzają do konfrontacji zespołów odniesień. I co, symbiozo? Coś, co się oddala od rozważań na temat jakości. Hmm, i pomyśleć że mógłbym tam być. Mógłbyś. F-f-frontier psychiatrist. Ten kawałek i ja to idealny przykład niewymiernej miłości z wzajemnością. Lubimy spacerować przy zachodzie słońca, rozmawiać o życiu i jaszczurkach, jeść razem lody i leżeć obok siebie na autostradzie. That boy needs therapy. Wymieniać się wizytówkami. Charakterystyczne końskie rżenie, skrecze, dęte podnośniki i od cholery skrawków dialogów, wokali, "emce doktor", najbardziej hip-hopowy bit na płycie etc. 50 zł i proszę przyjść za tydzień o tej samej porze. Leki może pan już odstawić, ale w razie czego będziemy w. Some birds are funny when they talk. –Mateusz Jędras

026Interpol
Specialist
[2002, Matador]

Powiedzieć coś konkretnego o "Specialist". Hm, patrzę sobie na tę listę i w zasadzie to nie wiem, czy jako najlepszego jej utworu nie wybrałbym właśnie tego. Składający się z ledwie trzech miejsc na gryfie przewodni motyw basu katuję sobie na akustyku od roku. Podobnie z pierwszym wejściem gitary, melancholijnym jak diabli i równie przygniatającym. Heh to tyle streszczania kalendarium zdarzeń z okresu tych 6 minut i 39 sekund. Bowiem jeśli chodzi o kreatywność w songwritingu to Interpol zaprezentował tutaj swój pogląd na Abbey Road. Jestem za, a nawet za za za za za. No absoluty płyną jak woda Niagarą, ileśtam hekto-fuck!-litrów na minutę. A wirujący wśród nich chór poruszonych (jak później już nigdy, uwierzcie) Banksów, wzmacnia nieodparte poczucie – "hej, to jest dziejowe". "Love will get you down". Acha acha acha acha acha i ktoś mi powie że ten band nagrał kiedyś coś lepszego, pod jakimkolwiek względem. Tu nie ma progresji akordów "Exit Music", nie ma świerszczy, nie ma też "Now I'm outside your house / I'm alone". Nie no na pewno są jeszcze rzeczy na świecie, których tu nie ma. –Jędrzej Michalak

025Bran Van 3000
Astounded
[2000, Virgin]

Mają w sobie coś specjalnie nęcącego wykwintne dance'owe epiki i pół-epiki. Transy "Come Together" Annie czy też Luomo, często projektującego utwory o kwadransowych gabarytach, pozostają w krwioobiegu na dłużej. Nieokiełznany strumień groove'u płynący spod palców Brana Van 3000 wywindowuje "Astounded" jeszcze wyżej: do miana pieprzonego klasyka. Popatrzmy z przymrużeniem oka na zdziebko kiczowate intro, zagłębiając się czym prędzej w błyskotliwy hook smyków. Kto się nie podpisuje pod "I just wanna love you" (zsamplowany Curtis Mayfield), mistrzowsko płynącym po chwili z głośnika, rzeczywiście może nie doświadczyć wrażeń miłych i przyjemnych. Reszta towarzystwa niech przygotuje ciałka na kolejny ćwiczony przed lustrem wygibas, Branowi wyleciało bowiem ze słownika słowo "jednostajnośc". Wkradł się w zdanie banał, ale nie zdążacie zwrócić na to uwagi, już już bowiem szaleńczy (a przy tym całkowicie wolny od lirycznej czy też brzmieniowej wulgarności) hicior pędzi przez gęstą dżunglę smaczków ukazujących "the real" kunszt DJa. Jak i ambicję, by stworzyć budzącego euforię killera. "A dokąd? A dokąd? A dokąd? Na wprost!", czyli do przezajebistego meksykańskiego w wymowie outra, wieńczącego niemal sześciominutową suitę. Mamy tu do czynienia z pomysłowością i wszechstronnością, której nie powstydziliby się sami nasi bożyszcze z Avalanches. Tworzyć takie porównania jest genialnie, mówię wam. A jeszcze słowo odnośnie strumienia groove'u kawałka. Albowiem to jest jak w kreskówkach – sprawdzasz "co jest do cholery z tym wężem", zaglądając weń, i nagle WOOOOOOOOOHOOOOOOOOOO! –Jędrzej Michalak

024Kylie Minogue
Love At First Sight
[2001, Parlophone]

Ok, i tak, co bym nie napisał, zdjęcie obok będzie ciekawsze... Zakładam, że w temacie panny Minogue mamy jasność, oui? O czym tu mówić – album Fever to fenomen. W ramach gatunku, zdominowanego przez pozycje słabe i słabsze, tudzież reprezentujące model "dobry singiel + jedenaście wypełniaczy", powstało dzieło przepełnione niespotykaną inwencją melodyczną. A o to zazwyczaj nam chodzi. "Love At First Sight" – co wolicie; zwrotkę, mostek czy refren? Kolejny kłopot polega na tym, że słucham sobie właśnie piosenki po raz 520-ty i nadal jestem nią zachwycony, wciąż nie mogąc odnaleźć jakiegoś elementu poza melodyką, który wart byłby opisania. (Warta opisania byłaby uroda Kylie, gdyby nie to, że temat został już wyczerpany. Nie chcę psuć waszych osobistych kontaktów z Kylie zbytnią nachalnością.) Wątpiąc czy kolejne pięć przesłuchań zmieni ten stan rzeczy i naruszając, z bólem serca, zasady analizy formalnej dzieła muzycznego, zaprzestanę więc dalszych swych poszukiwań. Dodatkowy problem przy opisywaniu Fever, no a już szczególnie tej piosenki, stwarza mi mój pozbawiony dystansu stosunek do "Love At First Sight". Wiecie jak to jest, gdy piosenka łączy się wam z pewnymi wspomnieniami. 521. –Piotr Piechota

023Hot Hot Heat
Bandages
[2002, Sub Pop]

Spośród wszystkich nowo-falowych kapel, dumnie, acz trochę pochopnie obwoływanych wskrzesicielami pierwotnego rockowego grania, Hot Hot Heat jedyni mieli "to coś". Młodzieńczy luz, leciutkie gitarowo-klawiszowe brzmienie, czy niesamowicie chwytliwe kompozycje, najeżone mocarnymi, precyzyjnymi hookami? Wszystkie te elementy miały swój udział w kreowaniu bossowskiego oblicza zespołu, ale skupmy się na tych "zjawiskowo, piekielnie, kosmicznie chwytliwych numerach", bo taki właśnie jest "Bandages". Niby prymitywna melodia refrenu, śmiesznie kiczowaty, przewodni hook syntezatora, a jednak nie było chyba w ostatnim pięcioleciu kawałka równie mocno naładowanego pozytywną energią, tryskającego nieokiełznanym żarem i pasją, a równocześnie tak strasznie przebojowego, jak jakiś zagubiony popowy klasyk sprzed kilku dekad wstecz. Repeat, repeat, repeat, i może jeszcze raz repeat. –Patryk Mrozek

022Beyoncé feat. Jay-Z
Crazy In Love
[2003, Columbia]

Yo ziomuś, klabing był wczoraj całkiem teges, obczaj, baunsuje z taką jedną małolatą, romantycznie wszystko, wiesz, na górze róże, na dole fiołki, już się przymierzałem, żeby jej nutkę macho zapodać, a ta jak nagle zaczęła wywijać dupiszonem, jakby duracella dostała, jak te opalone niunie z teledysków! Zawżdy podwika nowy hit Bijonse posłyszała, kojarzysz, ten z tryumfalną orkiestrą dętą, tam, tada-da-da-dam, tada-da-da-dam, dwoma masywnymi liniami basu, właśnie ten bas w tle rypał niemiłosiernie jak kule dum-dum, dum dum dum dum dum dum dum dum dum dum i jej dupala zelektryzował. O-o-o-imprezka była. O-o-o-imprezka była. Staszek mówił, że był na łorken trawelu na Florydzie i że nawet się o parę takich bijonse w klubie poocierał, normalnie spooooox! O stary, na teledysku widziałem tą Bijonse, jakbym ja snadnie taką sierściuchę obłapił, nie masz pojęcia. Ale hicik spox, na mp3 mam, jadę na chrzciny do Staszka niedługo to w remizie zapuścim, wieśniary jakie muzą podochocim do bezeceństw, Bijonse rulez! No mówię Ci no. –Tomasz Gwara

021Yeah Yeah Yeahs
Bang!
[2002, Touch & Go]

Nie no Borys przestań, ja mam pisać "Bang!"? "As a Fuck son, you sucked / As a Fuck son, you sucked / As a Fuck son, you sucked / As a Fuck son, you sucked / As a Fuck son, you sucked / As a Fuck son, you sucked / As a Fuck son, you sucked / As a Fuck son, you sucked". Jeśli to jest moja drużyna to Mandaryna umie cokolwiek. I do tego jak panna O(h) strzela tymi jęknięciami, ona tam bidula wpadła w wyuzdaną schizę. Pewnie w całym budynku, w którym mieściło się studio, nie było przedmiotu, z którym nie chciała tego zrobić. Przy tym PJ Harvey wychodzi na zakonnicę. No dobra, "You ain't a baby no more baby", dżezi. I wiadomo, ten riff – w żadnym kawałku YYYs (nawet reszta self-titled EP-ki odpada) coś tak, za przeproszeniem, napierdalającego w mózgownicę już się nie zdarzyło. Z genialnie prostacko zrealizowanego motywu błogosławieństwo bossostwa spływa nie tylko na cały kawałek ale i na słuchającego. Coś jak Zbyszek Nowak, ręce które leczą. Tyle, że nie w telewizji, a w odtwarzaczu. Zapuszczasz i niezależnie od tego, jakim bejem jesteś, już nim... nie jesteś. Dobra, to piszę. –Jędrzej Michalak

#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1

Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019