SPECJALNE - Ranking

100 Singles 2000-2004

11 lipca 2005

 
040Café Tacuba
Puntos Cardinales
[2003, MCA]

Stosując podobny trik jak Polysics w "Black Out Fall Out", mający niechybnie wielkie nadwyżki energii krajanie Alejandro Gonzalesa Inarritu (Amores "10.0" Perros anyone?) połączyli tu naiwne brzmieniowo, plastikowe plumkania, z rasowym, zaraźliwym haczykiem w refrenie, oraz kapitalnymi harmoniami dźwięcznych gitar. Napędzany zapamiętale oklepywanymi talerzami track siłę czerpie także z niebywale gładkiego, trochę chłopięcego głosu raz po raz krystalicznie czysto wydzierającego się Elfego Buendia. W zasadzie głosów, bo ilekroć wydrze się on na dobre, w tle jakby wtórują mu partie pozostałej trójki muchachos. Blasku dodaje specyficzny klimat nagrań śpiewanych w egzotycznym, z punktu widzenia muzyki popularnej języku, oraz warty zauważenia komputerowo generowany, przypominający gwizdanie motyw z drugiej części kawałka, w której to chwilami bierze ciężar gry na siebie. Końcówka jest popisem inwencji i charakterystycznej żywiołowości zespołu. Fajnie, że chłopaki nie wymiękają i w ostatnich sekundach potrafią jeszcze przyśpieszyć – zawalczyć o wyciągnięcie z kompozycji wszystkiego co się da. Dzięki temu numer nabiera wymiaru osobnej całości, jawiąc się jako perełka w doborowym towarzystwie kamratów z rewelacyjnego Cuatro Caminos. –Jacek Kinowski

039Arcade Fire
Neighborhood #1 (Tunnels)
[2004, Merge]

Amazon i jego system rekomendacji. Arcade Fire polecani są wszystkim i na przekór wszystkiego. Teatralne wokale Wina Butlera, emocjonalne rozedrganie, dramatyzm kompozycji, bogactwo smykowych aranżacji, dużo przestrzeni, ale przede wszystkim potęga kolejnych hooków (choćby zaraźliwa gitara, która w pewnym momencie wygrywa melodie z dalszych fragmentów albumu) – wszystkiego dopełnia retrospektywny, nieco surrealistyczny tekst. Podoba mi się to, że młodość została tu odmalowana raczej jako czas traumy, a niekoniecznie "Days Of Being Wild". Młodość jako strefa przejściowa, pełna frustracji i przepoczwarzania się, "wybijania na niepodległość", marzycielstwa, z którego potem nic nie wynika ("We forgot all the names that we used to know"). Wynika co najwyżej rozczarowanie, gdy zostajemy z pustymi rękami. Może to decyduje o sile kawałka? A może to, że całość przekonuje, mimo braku jakiegokolwiek cynizmu? "Tunnels" uruchamia jednocześnie wiele rodzajów wrażliwości. W chwili gdy układam te słowa, ktoś w jakimś zakątku globu z pewnością zapala świeczkę [i] i wpisuje miasta. –Piotr Kowalczyk

038Shins
Kissing The Lipless
[2003, Sub Pop]

"This song will change your life" – to akurat na temat innej piosenki Shins. *Tej* piosenki. Byłem skrajnie zdesperowany – interweniowałem nawet telefonicznie u Borysa w sprawie "New Slang". To trochę słabo, że nie ma w tym rankingu "Sounds Of Silence" naszych czasów. Bolesna, zaiste, nieobecność, więc poczytajcie może sobie lepiej blogi, których autorzy o "New Slang" rozpisują się chętnie i bardzo osobiście. Frustrację pozostaje mi wyładować na openerze albumu Chutes Too Narrow. Nie wiem, czy "Kissing The Lipless znalazłoby się w dziesiątce moich ulubionych piosenek Shins, ale nie zmienia to faktu, że ten trzyminutowy opener idealnie wyznacza letni, zmysłowy, słodki, kolorowy, beztroski, a tylko chwilami melancholijny klimat płyty. "Kissing The Lipless" brzmi radośnie – z tak zwanym pozytywnym wykopem – jak pierwsza piosenka, którą rozpoczynamy podróż na letni festiwal, koncert ulubionej kapeli czy alkoholowo-imprezowy wypad poza miasto. 180 sekund przemija błyskawicznie. Tekst jest z kolei enigmatyczny, ale nawiązuje do wielu trudnych kwestii, takich jak pożądanie cielesne między przyjaciółmi, psychiczne tortury na ex- i wzajemne upokorzenia z podtekstem łóżkowym. Podmiot liryczny to miotający się chłopczyk w typie tego z "Garden State". Z życia wzięte. Klasyczny geek-pop. –Piotr Kowalczyk

037Talib Kweli
Shock Body
[2002, Rawkus]

Talib najbliżej ma do soulu, i dlaczego termin "vintage" musi występować w każdym tekście na temat tych co lepszych hip-hopowców. A wiem. Ale dalej: rozładowanie napięcia w słonecznym hicie "Shock Body" na wysokości refrenowego: "What you gonna do when we come through" kiedy uderzenia w bębny wzmacniane są akurat euforycznymi talerzami, oraz kiedy laska jak z czarnomuzycznych komentów Kinola (patrz pozycja 079, tylko bardziej niewinnie tu) zaśpiewuje "look up in the sky recongnize it's sunshine" skrajnie jednoznacznie montuje się w trzydziestokilkustopniowe poranki przy braku chmur (zakładając, że też nie wstajecie przed 13), w roli elementu napędzającego. Z takim hakiem daleko się zachodzi. Tysiące podobnych tracków już napisano, jednak ten ma przewagę nad przynajmniej 3345 innymi w jednym (trzech) drobnym aspekcie (aspektach): jest tu Kweli z charakterystycznym wyczuciem nie pozwalającym na buractwo, są wspomniane euforyczne talerze i jest kobiecy wokal stawiający etykietki "vintage" i "fresk" obok siebie. –Mateusz Jędras

036Twista feat. Kanye West & Jamie Foxx
Slow Jamz
[2004, Atlantic]

Oczywistym, że znakomity jest kawałek ten muzycznie. Ale tekst, tekst! W końcu troska o nie-anglojęzycznego czytelnika jednym z naszych priorytetów. Sytuacja jest taka, że Ona życzy sobie "some Marvin Gaye, some Luther Vandross" (trochę gorącego soulu), jeśli Kanye chciałby "set this party off" (by wieczór się udał). Kanye ma też własne pomysły ("Imma bring da cool whip / Then I want you to strip"), lecz spełnia żądania swojej kobiety ("Imma play this Vandross..."), nie całkiem bezinteresownie ("...you gon' take these pants off"). Mija refren, po czym dochodzi do jednego ze śmieszniejszych momentów ostatnich lat. Na dyskretnie zasugerowane "do it faster baby, do it faster" (szybciej), zmieszany Kanye odpowiada kultowym: "Damn, I can't do it that fast, but I know somebody who can..." (haha), no i wtedy wpada do pokoju Twista, z "the most beloved machine-gun verses since 'The Crossroads'", podejmując narrację o gorącej grze wstępnej toczonej do dźwięków czarnoskórych Mistrzów, w konwencji "When my Earth and the Wind smoke a Fire / Let me get your sheets wet listening to Keith Sweat". A jeszcze słynne "She got a light skinned (...) Michael Jackson" było wcześniej, heh. A perfect hip-hop love ballad. –Piotr Piechota

035Libertines
Up The Bracket
[2002, Rough Trade]

Libertines byli znani głównie za sprawą wiecznie przyćpanego Pete'a Doherty'ego. Liczne skandale i awantury, będące głównie jego dziełem, sprawiły, że zespół dosyć regularnie gościł na łamach brytyjskiej prasy. Odnoszę niestety wrażenie, że pośród tego całego zgiełku zgubiła się gdzieś sama muzyka, a przecież ich debiut to płyta naprawdę świetna, zaś tytułowy "Up The Bracket" to bez wątpienia wskaźnik potencjału jaki tkwił w zespole. Owszem, unosi się gdzieś nad tym kawałkiem duch The Clash, ale jednocześnie trudno odmówić zespołowi świeżego, a przede wszystkim własnego podejścia do wydawałoby się "zuużytej" estetyki punkowej. To nie jest jakaś tam bezsensowna rypanka czy też niby-zbuntowani kolesie z irokezami, wciskający kit nastolatkom. Melodyjnością refrenu, genialnym instrumentalnym mostkiem z tym jakże zajebistym okrzykiem "fuck off!" czy też tym niezwykle charakterystycznym, niechlujnym wokalem Doherty'ego, Libs udowodnili, że dając coś z siebie można naprawdę wiele wnieść do wzorców z przesłości. Teraz, tak sobie słuchając "Up The Bracket" robi mi się trochę żal, że już ich nie ma. –Łukasz Halicki

034Sophie Ellis-Bextor
Music Gets The Best Of Me
[2001, Polydor]

Wpierw kiepskie info dla fanów Sophie: walkę o listę przegrał "Groovejet" Spillera, wymarzone preludium przed najmocniejszym atutem w talii artystki. Obdarzona idealnie gładką, woskową twarzą oraz niesforną, reagującą na zaloty słońca sexy rumieńcami (świnka, raczek, przy czym zero opalenizny!), typową dla Marchewki cerą, potrafi eksponować oryginalność swojego seksapilu, wzbijając się na poziom nimb mimo potencjału predysponującego raczej do stąpania po plaży. Jak każda laska chętnie podkreśla swoją niezależność, z udawaną powagą winą za zerwane romanse obarcza zawsze byłego, pilnując spokoju serca nie pozostawia także złudzeń w kwestii zasadniczej ("Oh my baby / You know you make me smiley smile / But it's the music we're making / That's really driving me wild"), wciąż na wysokości "But guess who gets the rest of me" przypomina, że coś tam jednak potrafi facetowi zaoferować (w tej sekundzie kultowego teledysku ujęcie kolesia na motorze, znaczy odpowiedź obrazem, fajne). Dopracowane video wraz z misternie zbudowaną apoteozą radosnej samotności to zaledwie przygrywka do meritum – majstersztyku produkcyjnego. Jak przystało na hit, mucha nie siada na stronie aranżacyjnej, gdzie tysięcy smaczków w rodzaju backgroundowych wokali "c'mon, c'mon!", klaśnięć, zawirowań basu, delikatnej elektroniki, fletu, syczących pejzaży, kliknięć, partii gitar etc. można doszukiwać się z pewnością latami. Osobna historia to tandem: fraza "Music Gets The Best Of Me" + motyw przewodni z melodią tak czystą i silną, że jeśli zapragniemy poszukać porównań, to tylko wśród największych popowych tuzów. Oczywiście wszystko w klasycznej budowie. "Music Gets The Best Of Me" przebojowy refren, "Music Gets The Best Of Me" trzymająca w napięciu zwrotka, "Music Gets The Best Of Me" znowu (i znowu i znowu) refren, a nawet liryczny mostek. To o czym w końcu jest ta piosenka? –Jacek Kinowski

033Junior Boys
Birthday
[2003, Kin]

Trochę trudno pisać o utworze tak osobistym, że zdaje się być częścią samego ciebie. Towarzysząc mi od dostatecznie długiego już czasu, by sprawdzić się w najprzeróżniejszych kontekstach i pełnej gamie codziennych (lub mniej) sytuacji, nabieranie coraz to nowych, zaskakujących skojarzeń "Birthday" ma jakby codziennie zagwarantowane. Sęk w tym, że wypadałoby jeszcze umieć wychwycić prawdziwy charakter singla spod jakże grubej powłoki powstałych z nim, uczuciowych więzi. A jest chyba tak: klubowy, hipnotyzująco jednostajny bit, eightiesowa warstwa uroczych, klawiszowych motywów i anielski głos Jeremy'ego Greenspana, nie licząc tych wszystkich elektro-przeszkadzajek w tle. I nie wspominając o genialnej melodii. Cała ta mieszanka równocześnie piorunuje i urzeka, a niezaprzeczalna chwytliwość numeru gwarantuje szybkie i trwałe doń przywiązanie. Od siebie dodam tylko, że akurat od "Birthday" warto się uzależnić. –Patryk Mrozek

032Out Hud
Hair Dude, You're Stepping On My Mystique
[2002, Kranky]

Taneczna muzyka przyszłości? W momencie wydania Street Dad, jednej z najbardziej barwnych, porywających płyt ubiegłych lat, wszystko na to wskazywało. Podczas gdy większość przedstawicieli dance-punkowej mody koncentrowała swe wysiłki na "utanecznianiu" muzyki stricte rockowej, Out Hud miał już własny pomysł na ten specyficzny rodzaj grania, dogłębnie eksploatując pierwszy człon nazwy nowopowstałego genre. Wybuchające nieposkromioną pasją, porażające kawałki kalifornijskiego składu, takie jak "Hair Dude" – jeden z moich absolutnych highlightów poł-dekady, szokowały oryginalnością brzmienia i aranżacji. Miksując funk z progresywnym post-punkiem, czy avant-gardowy dub z żywymi elementami etno, "Hair Dude" był ożywczym powiewem na całej muzycznej scenie, przywracając wiarę w ciągłe istnienie takiego "mało istotnego elementu", jakim zdaje się być ostatnio prawdziwa kreatywność. –Patryk Mrozek

031Tok Tok Vs. Soffy O.
Day Of Mine (Ludicrous Idiots)
[2002, Fuel]

Więc spoglądasz w repertuar, patrzysz na naszą listę singli 00s i zastanawiasz się jak DOCURVY ten kawałek znalazł się poza pierwszą piątką. Nie, ale fuck you all w tym momencie i nara frajerzy. Co wy, pedały jesteście? Wiem, wiem, chodzi tylko i wyłącznie o wasz jebany >>>wstyd<<<, malutki jebaniutki >>>wstydzik<<<, skryty strach przed społeczną opinią, obywatelskie *tchórzostwo* i generalnie bLAzA. Do kurwy pizdy. Wasze zapchlone małe ego, obawa przed kompromitacją qrde. Sraka. Btw – sramy. Uwaga koment zawiera wyrazy uznane powszechnie za przekleństwa. Nie czytać nie czytać nie biadolić. Tekst się sam komentuje. Meta. Ej, ale nie!! Słyszeliście wy kiedyś? Jak jedną z najbardziej kurewsko chwytliwych linii basu od czasu Hołdu Pruskiego zagrano na Rolandzie prosto z kapeli weselnej i cały świat płonął, choć wiedziało o tym 7,6352 osoby? Statystycznie biorąc, dupa. Ten numer jest tak zaraźliwy, że załamie was brakiem taktu i przypomni się na łożu śmierci. Możecie się bronić, udawać że wcale nie podobają się wam dresiary w różowych bluzeczkach, pierścionkach na kciukach i małych palcach u stóp, łańcuszkach na kostce i kolczykach w pępku, ale laska was nakryje pod kołdrą ze sprośnymi myślami, oznajmiając "The one and only / Miss Soffy O. / Ooooh". Bo prawda jest taka, że podobnie jak dresiary są najbardziej podniecającymi istotami (choćby i szlachetni gentlemani odwracali kota ogonem), tak i chamski dresiarski dance, jeśli obdarzony power-hookiem, wrywa się w łeb nie chcąc iść precz. Próbowałem blilionkrotnie zapomnieć, ale czepia się toto ciągle, co parę minut, wszędzie i w każdych okolicznościach. Nawet nie znam faktografii wykonawcy, a resztę płyty mam W DUPIE. Za to opener to najgównianiejsza porcja geniuszu – albo najgenialniejsza porcja gówna, ganz egal – jaką słyszałem w życiu. Pojazd opuściło czterech panów w strojach sportowych. I chuj. –Borys Dejnarowicz

#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1

Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019