SPECJALNE - Ranking

100 Singles 2000-2004

11 lipca 2005

 
050LCD Soundsystem
Losing My Edge
[2002, DFA]

No jak by mogło zabraknąć utworu, który swym głośnym wybuchem rozpoczął katalog DFA. O tym się mówi. "Losing My Edge" i "House Of Jealous Lovers" Rapture są dziś chętnie wymieniane razem w szeregu ze starymi detroitowymi klasykami jako najlepsze utwory w historii muzyki klubowej. Odrębnym aspektem składającym się na istotę tego piorunującego piłata jest tekst, który doczekał się już największej ilości opracowań w historii internetowych serwisów. "Losing My Edge" ze swoim mistrzowsko zbudowanym napięciem, prowadzącym do finałowego "spiralnego zasysacza przy odpowiednim natężeniu dźwięku przyjemnie miażdżącego wyobraźnię" oraz wieloznacznym, prześmiesznym tekście będącym znakiem czasu to ogromny skarb wpisany na listę światowego dziedzictwa Ponadprzytomnej Twórczości w roku 2002. W roku, w którym Simon Reynolds traci ogarnianie tego co ogarniają pocieszne dzieciaki, które w 2002 z nabytą przez internet bujną wyobraźnią drepczą mu po piętach, chwaląc się rezolutnie, że znają wszystkich członków wszystkich kapel z lat 68-72 i że pracowali przy syntezatorach w '74 na pierwszych próbach Suicide, dj'e, e-writerzy, znawcy, kronikarze, kondoniarze, wszyscy są nieskazitelnie zajebiści, wszyscy są umoczeni. –Krzysztof Zakrocki

049At The Drive-In
One Armed Scissor
[2000, Grand Royal]

Energia neergia enregia. Często nie umieją sobie poradzić z jej pokładami rodzimi recenzenci post-punku. Z rozpędu mianem "ach jakże energicznego grania!" nazywa się dziewięć na dziesięć zespołów odnajdujących się w tej wysublimowanej estetyce. Zupełnie jakby nieznanym był zespół At The Drive-In, a zwłaszcza ich najprzedniejsze cacko, "One Armed Scissor", dookreślające ideał pojęcia "energia" wespół z dorobkiem PGMG. Toż to sok z właśnie wyciśniętej tony cytryn niesie ze sobą mniej agresywnych treści niż ten oszałamiający numer (eh że też później kolesiom focused pomyliło się z unfocused). Przy precyzji rozróżniającej poszczególne molekuły każdego riffu nawet dokładne ręce Religi dają dyla, wraz z całą resztą profesora, w las. (Acz nie białobrzeski, tam już chowa się butny Cimoszewicz.) Misterny majstersztyk rozżarzonej konstrukcji "One Armed Scissor" wdeptuje w ziemię również i porażonego Kaczyńskiego, uważającego się dotąd za najznamienitszego budowniczego rewolucji. Oh bugger. Jak widzicie nie trzeba nawet kochać wszystkiego, co amerykańskie, jak sam pretor Liwiusz Ilasz, by dać się zmieść i móc później kontemplować a także rozpamiętywać ten błogi akt. –Jędrzej Michalak

048Yeah Yeah Yeahs
Maps
[2003, Interscope]

PJ Harvey ma "Oh My Lover", YYYs mają "Maps". Skąd się bierze wielkość tego kawałka? To uniwersalny szantaż emocjonalny, żerujący na ckliwości i skrywanej głęboko kiczowatości naszych wnętrz. Wykonanie Karen O, twardej skądinąd babki, co najlepiej słychać na 9/11 z Fever To Tell, wyraża, a właściwie reprezentuje poświęcenie, bezradność i desperację. Ona się tu załamuje, wywala go z domu, a potem krzyczy, żeby wrócił. To jest break-up song; łamiący się głos jest puentą toksycznego związku. Zachwyca powtarzany jak mantra refren, zachwyca celna fraza "My kind's your kind / I'll stay the same”. Monumentalna gitara Nicka Zinnera w zwrotce wchodzącej zaraz po refrenie (piosenka jest mocno niedorobiona, surowa, odarta właściwie ze wszelkich ozdobników), wybuch jak u Sonic Youth, perfekcyjne bębny, ale przede wszystkim nieskończony smutek tej dziewczyny, przypominającej Basię Niepołomską, niezrównoważoną bohaterkę pewnej powieści młodzieżowej. I znów, jak to się dzieje, że po dwóch latach jeszcze mi się nie znudziło? "Wait, they don't love you like I love you" i przecież "Don't you know / There's no modern romance". Ktoś, komu nie podoba się "Maps", nie jest dla mnie Człowiekiem. –Piotr Kowalczyk

047Decemberists
Here I Dreamt I Was An Architect
[2002, Kill Rock Stars]

Jest w albumie Castaways And Cutouts jakiś unikalny, wyjątkowo łatwo przyswajalny klimacik, który sprawia, że podoba się on praktycznie każdemu. Kolejne kawałki zaskakują (i nie, że tak mówię, tylko naprawdę) coraz to nowymi znakomitymi kompozycjami, nie powodując przy tym, co istotne, wrażenia przesytu i nie zmuszając mniej doświadczonych słuchaczy do przerastającego ich możliwości wysiłku intelektualnego. Castaways po prostu nie ma prawa się nie spodobać, obojętnie ile płyt się w życiu przesłuchało. (Wymagane jest co prawda minimum wrażliwości.) Obecnie Decemberists mają zresztą w swym dorobku już trzy generalnie zbliżone poziomem wydawnictwa, na których Colin Meloy i spółka oprócz wspomnianej już niesamowitej przyswajalności zawarł całkiem sporo naprawdę świetnych utworów (na przykład "Los Angeles I'm Yours" z Her Majesty, który też znalazł się na mojej liście). Jednakże nawet na tak wyrównanej płycie jak Castaways kawałek taki jak "Here I Dreamt I Was An Architect" musi się wyróżniać. Oprócz nastrojowej melodii wokalu (Meloy nazywany jest przez fanów NMH spadkobiercą talentu Jeffa Manguma) najbardziej wymiata od samego początku towarzyszące wokalowi prościutkie, ale idealnie dopasowane arpeggio (genialność tych harmonii!). Całość spajają rozlane staromodne organy i może na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżniający bas (proponuję jednak wsłuchać się w jego partię w refrenie i dostrzec jej niepozorną oryginalność). –Paweł Greczyn

046Tussle
Don't Stop
[2003, Troubleman Unlimited]

Fala ogólnej fascynacji dance-punkowym nurtem zdaje się odchodzić w zapomnienie równie gwałtownie, jak napłynęła wraz z "House Of Jealous Lovers", pozostawiając za sobą dwa potężne albumy i szereg pomniejszych grup, "którym się nie udało". Wyraźnie zainspirowanych Street Dad, jednym ze wspomnianych opus gatunku, Tussle można by teoretycznie zaliczyć do grupy drugiej; problem w tym, że taki "Don't Stop" bezsprzecznie im się UDAŁ. Jako lekka i zwiewna, dubowa wariacja na tematy około-"Hair Dude"-owe, singiel oferuje przede wszystkim pędzący, acz minimalistyczny instrumentalny groove, owinięty wokół transowej, bassowej improwizacji. Można zarzucić eksplorowanie przejedzonej już nieco stylistyki, jednak ostatecznie zwycięża oryginalność faktury i aranżacji, oraz fakt, że naprawdę genialnie się tego słucha. –Patryk Mrozek

045Jay-Z
99 Problems
[2003, Roc-A-Fella]

Kwestia klipu do tego kawałka, że kontrowersyjny, coś tam MTV cenzurowała, że brutalny i tak dalej (motyw z kulami w tak zwanej kurtce puchowej oraz reszta kryminalnych wstawek) przesłaniała w mediach jego potencjał. A przecież to główny walec na The Black Album, odpowiedź na pytanie "do czego dojdzie kiedy Rick Rubin połączy swoje siły z samplerem wysysającym potencjał z hard-rockowej operetki?". Ale odpowiedź dość zaskakująca, bo starą szkołą zalatuje rytmiczne rusztowanie, a przesterowane, rozmywające się wiosełko wcale nie przyznaje się do swoich korzeni tkwiących w power-balladowym ciotostwie sprzed lat czy wcale nie kiczowatych pierdołach stadionowego śpiewaka (dobra, wybaczcie fani Squiera, chylę czoła tak naprawdę; puszczam tylko oko allmusic.com, luz). Rzężenie strun podpiętych do obskurnych pudeł i uderzenia w bębny głuche jak za najlepszych lat nowojorskiego rapu pod kozacką nawijką Jaya wystarczą, żeby było dobrze. A nawet lepiej. "If you're havin' girl problems I feel bad for you son / I've got 99 problems but a bitch ain't one”. Taaa no. Jego akurat zawsze (często) charakteryzowały punchline'y dobrej jakości ("Jay miał zawsze dobre pancze"), słynne "If you don't like my lyrics you can press fast forward", wszystko tu trzyma się albumowej konwencji: "Got beef with radio if I don't play their show / They don't play my hits / Well I don't give a shit / SO". Nic nie jest lekkie, za to przyjemności w przysłowiowe "pizdu". –Mateusz Jędras

044Badly Drawn Boy
Once Around The Block
[2000, Twisted Nerve]

Jest problem. Normalna Zajebista Popowa Piosenka opiera się zazwyczaj na Nośnym Hooku, czyli motywie przewodnim (może być ich kilka), który decyduje o stopniu naszego przywiązania do numeru. I tak "Can't Get You Out Of My Head" Kylie zapisane jest w mózgu jako "na na na / na na nana na", podobnie jak "Just The Way You Are" Milky przechowujemy w szufladce z napisem "tu ru tuuu turururu tu". Tytułowy problem mam Ja, gdyż usiłuję wam przybliżyć utwór, kojarzący mi się z "ti di du ta tididudi taraaa tidudidaaa, tidudi TAA rat ta, tidudidudidaa da da ta, tadada tarararara, tudiduda, tididudidu tidu tada tidi du ta ti di ta". Już pominę Tekst, pominę jazzujący Werbelek, pominę czuły i ciepły Kontrabas, pominę Chórki. Pieprzony problem w tym, że "Once Around The Block" przez pełnych dwanaście taktów wciera nas w ziemię tak niebiańsko piękną linią wokalu, że chyba nikt żywy jeszcze się od niej nie uwolnił. Będziecie płakać ze szczęścia, będziecie ją pochłaniać bez końca i nigdy nie zaznacie sytości. Miłość? Dobro? Piękno? Oh yeah. Wierzcie mi, co bym nie powiedział, będzie za mało. –Kuba Czubak

043Kylie Minogue
Can't Get You Out Of My Head
[2001, Parlophone]

"Na na na / Na na nana na”. Doznaję, jasne, że doznaję. Już choćby sam tytuł to nie tylko proste wyznanie miłosne, ale chyba przede wszystkim autokomentarz. Tak, ten kawałek rzeczywiście prędko nie opuszcza. Nawet po czterech latach nieustannego bombardowania w narodowych środkach przekazu. Jak oni to zrobili? Recepta Cathy Dennis i Roba Davisa, współautorów szlagieru, jest zaskakująco i niedorzecznie prosta: przesuwająca się jak sinusoida z prędkością około 132 bpm, pulsująca, twarda, syntetyczna słodycz plus głos Kylie, który mógłby zmieścić w sobie dowolną ilość epitetów – zarówno tych pozytywnych, jak i tych podważających jej hmmm... dobre prowadzenie się. Nie podejmuję się oceny Kylie jako ikony, pomnika i jej wpływu na popkulturowy krajobraz. Nie przez przypadek hołd seksownej Australijce składają dziś Beth Orton, Coldplay, Flaming Lips czy Basement Jaxx – artyści z różnych bajek, którzy mleka pod nosami nie mają już od dawna. –Piotr Kowalczyk

042Dntel
(This Is) The Dream Of Evan And Chan
[2001, Plug Research]

Proszę państwa, od tego wszystko się zaczęło: wymienianie Jimmiego Tamborello i Bena Gibbarda w gronie najciekawszych, najbardziej zgranych duetów ostatnich lat, wspólne nagranie kolesi w postaci skądinąd świetnego Give Up, a także (choćby w moim przypadku) nagły wzrost zainteresowania twórczością macierzystego zespołu Benjamina, niezal-popowego Death Cab For Cutie. Na ironię, z powyższych najwięcej klasy miał jednak sam Dntelowy protoplasta: cudowny przykład, jak wyglądać powinna elektronika "z duszą", czy też "ludzkim pierwiastkiem". Można pokusić się o stwierdzenie, że ten łagodny, "ludzki" element wprowadza właśnie Gibbard, wygładzając rozdmuchane, noisowe brzmienie Tamborellowych loopów swą głęboką, ciepłą wokalizą. Mimo, że prawie każdy utwór na Life Is Full Of Possibilities charakteryzował się unikalnym klimatem, a goście Jimmiego dawali z siebie wszystko, to właśnie obecność Gibbarda potrafiła uczynić z highlightu płyty kawałek funkcjonujący na własnych prawach, kierując palec w stronę kultowego już przycisku "repeat" po każdorazowym przesłuchaniu. –Patryk Mrozek

041Destroyer
The Bad Arts
[2001, Misra]

Zawżdy! Nie każdy wokalista obdarzony jest taką barwą jak Daniel. A dokładnie nikt. Daniel Bejar, our man in Vancouver, wydobył nową jakość z załamania głosu w momencie przechodzenia w falset. O, oooa wiecie żee "The Bad Arts" to najlepszy numer z najlepszej płyty Destroyera? Gitara, bas, perkusja, pianinko. Po staremu. Ile już takich piosenek powstało? Miliard? Słabe, fajne, przeciętne, absoluty i gówna. I zapuszczamy sobie po raz dwusetny "Bad Arts" i znów dziwujemy się, jak do cholery przeszedł z A do B przez C. I już widzę Dżada zciszającego odruchowo Yarisowy odtwarzacz w kulminacyjnym momencie udawanej rozpierduchy. Goooooooola niema jezus maria. O to chodzi. Ha ha ha hah! Ladies and Gentleman wasn't she just great, ah? Wasn't she just great? Now, seriously, I would like to present you one of the most unique groups [pause] in the world, today. Ladies and Gentleman – Daniel Bejar, and his Musical Band!!! –Kuba Czubak

#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1

Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019