SPECJALNE - Ranking

100 Singles 2000-2004

11 lipca 2005

  
060Kylie Minogue
Come Into My World
[2001, Parlophone]

B: Panowie, porozmawiajmy sobie trochę o tej pioseneczce...
M: Cóż, let's begin by stating the obvious: to piosenka o pewnym podtekście seksualnym. O ile wiadomy przebój Emmy Bunton komunikował pewne sprawy podprogowo, Kylie wykorzystuje (nie po raz pierwszy i pewnie nie ostatni) słowne konotacje, do których aż wstyd się przyznać. Sodoma i Gomora.
K: No pogadajmy, bo mieliśmy odtworzyć tę gadkę z melanżu u mnie.
M: Właśnie, bo Borys twierdzi że była kiedyś jakaś pikantna gadka o Kylie, a ja sobie nie przypominam wcale.
B: Nie no była no. Siedzieliśmy we trzech i tłumaczyłeś nam z angielskiego "cum into my world" jako... No wiesz Michale.
M: Nie wiem... Ja się nie znam na dziewczynach zbytnio... Może Karol coś będzie wiedział.
B: Ej no zabij mnie, chyba jeszcze nie ochujałem do reszty no. Nie wykręcaj się. Pamiętam.
M: Ee niemożliwie żebym kiedyś taki wulgarny był.
K: Też uważam że raczej nie. A przynajmniej że ja nie mówiłem nic o "look, look at that red pussy man" i niby... jak to sobie wyobrażacie na Porcysiu.
M: Może to były jednak jakieś bardziej wyszukane zastępniki. Zresztą wcale mnie kwestia jej genitaliów nie pochłania, kompletnie. Jeśli już, to okolice rektalne, a i też nie w medycznym sensie, tylko estetycznym bardziej. Choć teraz zapuściłem, no i bez dwóch zdań w sumie jej najbardziej erotyczny numer – czasami subtelnie jak sound (miękko-wilgotny podkład elektro) czy zmysłowe "nanana" (razem z "lalala" jej trademark właściwie), czasem mniej subtelnie jak lubieżna zachęta ukryta w tytułowym refrenie. Producent szczytował wespół z Kylie, osiągając realizacyjny Olimp komercyjnego popu. Ten hit stanowi jej "Out Of Time", wieloplanowe cacko rekomendowane do odbioru głośno i na dobrej jakości kolumnach. Słuchanie tego – jakby ktoś wstawił cię pomiędzy cztery Kylie. Surrounded by Kylie.
K: No, że było pięć Kylie i sobie chodziły po ulicach w takich zajebiście jaskrawych kolorach. Sportowe ciuszki, jak Nike'a. Dobrze jej w nich, w sensie prędzej niż jakieś suknie balowe.
M: Może mały sondaż? Co byś powiedział Kylie gdybyś ją spotkał hehe?
B: "Skąd ta zaduma na twojej twarzy, dziecinko?".
K: Tak, Kylie i jej zaduma. Tylko taka, że rozpalony samiec może się na nią nabrać. No, ale jak jej słucham (a tym bardziej jak oglądam), to ja kupuję tę jej zadumę. Wy też, co. –Borys Dejnarowicz, Jacek Kinowski & Michał Zagroba

059Outkast
Ms. Jackson
[2000, Arista]

"Ms. Jackson" towarzyszyła mi w czasie hurraoptymistycznej wiosny 2001 – mnóstwo jarających mnie płyt, najlepszy okres istnienia "Radiostacji" (zaraz potem zeszła na psy), seria świetnych osiemnastek, zwycięstwa drużyny Engela. Outkasta nagrałem sobie na radiostacyjną kasetową kompilację razem z artystami takimi jak Radiohead (wczesne emisje "Pyramid Song"), Slut, Pidżama Porno (duh!), Paktofonika, Partia, Youth Brigade, Łoskot, Roger Sanchez. Nieważne. O tym kawałku powiedziano już chyba wszystko. Tytułowa pani Jackson to fikcyjna teściowa, która wysuwa pod adresem zięcia (partnera córki i ojca nieślubnego dziecka) wygórowane roszczenia finansowe. Czarni w Ameryce często żyją w niesformalizowanych związkach, to dla nich archetypiczna sytuacja – tak jak dla młodych małżeństw nad Wisłą piekło wspólnego mieszkania z rodzicami. Ostatnio Boi i Andre mieli kolejny raz problemy sądowe – zostali oskarżeni o plagiat przez niejaką Jacqueline Jackson, która jak twierdzi napisała ten kawałek z okazji ciąży swojej córki. Jest na pewno o co walczyć, a my kibicujmy (lub nie), bo może "Ms. Jackson" będzie samospełniającą się przepowiednią – oto na gigantycznym sukcesie duetu Boi / Andre wreszcie wzbogaci się jakaś pani Jackson. –Piotr Kowalczyk

058Annie
No Easy Love
[2003, 679]

Generalnie jestem zdania, że najpopularniejszy temat w piosence popowej został już poniekąd zamknięty na Pet Sounds. Mowa nie tyle o tekstach, notabene napisanych przecież przez Tony'ego Ashera (choć pod kierunkiem mistrza Wilsona) – zresztą sam album nie jest "tylko" o miłości (poza tym, że miłość to "wszystko") – ale raczej o emocjach ukrytych w nutach, podejściu do tematu, sugerowanych wnioskach. Nie chce tu broń boże próbować wdrażać jakieś taniej analizy DZIEŁA w pigułce. Chodzi o to, że skrzący od misternych easy-listeningowych hitów, dynamiczny Anniemal za sprawą "No Easy Love" znienacka, na te cztery magiczne minuty, ląduje w rejonach rozważań natury tak intymnej, że strach mówić o nich wprost nawet kochanej osobie, a podejmowanie ich publicznie wiąże się z niemal pewnym zubożeniem opisywanego uczucia. Co z tego, skoro mężna i niewinna jak Mila w Joannie D'Arc Annie podjęła wyzwanie i za wzór mając dziecięcą wiarę w cuda zaprzeczyła regule. "There is no easy love / The one I'm thinking of / I miss you every day" nuci delikatnie do wyczarowanej wraz z kolegami z Röyksopp, rzewnej melodii godnej ucha Briana, wskrzeszając ducha najpiękniejszego krążka w dziejach ludzkości. O samym tekście autorka wypowiada się ze zrozumiałą powściągliwością, ale i właściwą sobie bezpośredniością: "The lyrics are... well, there is no easy love. It's about being in love and having a difficult time, something I can relate to very much". I tu należy wstawić tytuł closera Is Terrified D-Planu. –Jacek Kinowski

057Junior Boys
Teach Me How To Fight
[2004, Kin]

Nieodparte skojarzenie: bohaterka powieści papieża literatury cyberpunkowej Williama Gibsona Rozpoznanie Wzorca, pracująca dla prestiżowej agencji reklamowej łowczyni trendów Cayce Pollard trafia w internecie na tajemnicze filmiki, "em-efy". Wyglądają one na krótkie fragmenty perfekcyjnego dzieła sztuki: "niesamowicie dopracowanego w szczegółach i dziwnie wciągającego". Ten opis wspaniale pasowałby do Loveless – hipnotyzujący nastrój tajemnicy, niedopowiedzenia, komunikacji pozawerbalnej, drugiego, trzeciego, ósmego dna. Ale gdyby Cayce była fanką muzyki, to w dzisiejszych realiach rozkminiałaby raczej zagadkę "Teach Me How To Fight" – bo coś nieoczywistego jest też w dziewiątym kawałku z Last Exit, w jego subtelności, wymruczanym, niepewnie wchodzącym, a zarazem hmmm... metroseksualnym wokalu, pościelówkowych arpeggiach syntetyzatora, trzeszczącym jak zerojedynkowe marakasy automacie perkusyjnym. Tutaj cisza jest równie ważna, co dźwięk. I po dłuższym zastanowieniu i lekturze sieciowych tekstów na temat Junior Boys stwierdzam, że słowa w przypadku "Teach Me How To Fight" ponoszą spektakularną klęskę. –Piotr Kowalczyk

056Go! Team
Bottle Rocket
[2003, Memphis Industries]

Generalnie nie popieram szprycowania się dragami, ale tego spróbować musicie. The best stuff from UK. Wieczorową porą zostawcie "Bottle" cztery razy na repeacie i czekajcie spokojnie na efekty – błogość i głupawy uśmiech nadejdą niepostrzeżenie. Widzę wasze niepewne miny, pytacie się czy to bezpieczne? Cóż, nie. Otrzymacie działeczkę diabelskiego, chorego w swym eklektyzmie kompotu – rap, sampling, musicalowa orkiestracja, niezal-rockowy duch "i wiele, wiele więcej", wszystko zamknięte w jednej, parominutowej pastylce. Lecz warto, zachęcam wszystkich odważnych podróżników – wycieczka będzie wesoła. Kolorowa niczym teledysk do "Lucy In The Sky With Diamonds", ospała niczym klip do "Gantz Graf" Autechre, hehe. A te początkowe dęciaki to chyba jakaś praca magisterska z ekonomii jest. Oszczędność środków – jednosekundowy motyw rytmiczny niesie w sobie ze dwadzieścia synonimów słowa "radość". Ejże, a ta kulminacja, która przychodzi na wysokości 2:44?! Ogarniacie ten hałas? Uczucie euforii zaklęte w jedną ścianę dźwięku? "Nie przedawkujcie" przestaje być efektowną metaforą, a staje się realnym ostrzeżeniem przed siłą Go! Teamu. –Piotr Piechota

055Schneider TM
Frogtoise
[2002, City Slang]

Spierałem się z Michałem o wzajemną relację singli Schneidera. "Zi" twierdzi, że "Reality Check" to najlepsza IDM-owa piosenka wszechczasów. Well, ok, track istotnie pomyka w rejony gdzie żadna elektroniczna nucajka nie zapuściła się wcześniej – pośpieszny, acz lekki bicik w 7/4, stłumione struny akustyka i przyrodnicza, vocoderowa melodyja lepią pokrytego rosą stunnera. Lecz jeśli "Reality Check" przestrzega przed Matrixem i rozpoznaje empiryczną rzeczywistość (albo jej brak), to "Frogtoise" (mistrzowska sekwencja na Zoomerze) ucieka w podświadomość i paralelny, bajkowy świat. A raczej stwarza go na bieżąco przy naszej obecności (niczym poeci po omacku wykuwający krajobraz-przestrzeń dla opisywanych zdarzeń) i dzięki temu sięga po wspomnianą wyżej koronę: żaden inny numer z pogranicza syntetycznej instrumentacji nie ma w sobie tyle miłości. Przewaga "Żabołwia" polega na wielości poziomów percepcji – to nie tylko pamiętny zaśpiew pochłaniający letargiczną hipnozą; to także głęboki nur w wir niejasnych i uruchamiających wyobraźnię symboli.

Tkwi coś wzruszającego w absurdalnych wyznaniach Dirka, który zwierza się "I had a dream / Cut a frog in half / And a turtle too / Oh oh oh oh oh / To plant the top / Of the tortoise on / The poor frog's base / Oh oh oh oh oh". O co kurde chodzi? Zwłaszcza, że linijkę później mamy zwrot akcji o 180 stopni: "Sometimes I dream of nothing / Next morning's even worse / Feels like I'd just given birth / Sometimes I don't wake up at all". Metaforyka zahacza o skojarzenia kreacjonistyczne. Jeszcze mocniej wprawia w osłupienie continuum do "I'd love to meet you out there / To pet your heart and soul / Discover all your beauty". Autor kontempluje jakby moment surrealnego wyczarowania wyśnionej zjawy i pod tym kątem fuzja zwierzątek nabiera złożonych, piętrowych sensów. Naturalnie, znacie mnie, i ta cała tandetna historyjka nie poruszyłaby mnie o milimetr, gdyby nie czuły jak obiektyw kamery obrazek dźwiękowy, który rezonuje podwodną ambientową powłoką i drill'n'bassowym breakiem pod wielogłosowymi harmoniami wokalnymi, nastrojem wyjętymi wprost z tych elegancko nostalgicznych, smutnawych fragmentów Surf's Up czy Holland. No spójrzcie na tę okładkę, czy to nie słodkie? Najdelikatniej uzależniający singiel półmetka dekady, "Frogtoise" to definicja piękna abstrakcji. –Borys Dejnarowicz

054Underworld
Two Months Off
[2002, V2]

Kumpel relacjonował mi niedawno jak wygląda "zabawa" w reprezentatywnym angolskim klubie. Dziewczyna odchodzi od baru z dwoma drinkami i piwem pod pachą, zatrzymuje dowolnego pacjenta, wręcza mu piwo, strzela se drinki, bierze piwo, wychyla piwo i śmiga na kwadrat. Na kwadracie co leci? Dziś pewnie – jak raportuje inny znajomek – jakieś grime, jakieś 2step. Na milenijnym zakręcie leciało Underworld. Zaliczenie ekipy w poczet najcenniejszych asów w historii house'u to sprawa dość oczywista, a wizjonerskie, prekursorskie albumy Dubnobasswithmyheadman i 2nd Toughest In The Infants spoczywają honorowo w galerii legendarnych osiągnięć gatunku. Jednak ten singiel z 2002 roku kondensuje być może każdy element poświadczający o klasyczności wydawnictw formacji z 90s w sposób, jaki nie dokonał tego żaden z jej poprzednich utworów. "Two Months Off", ze względu na markowe narastanie napięcia i rozciągniętą do barier niemożliwości intensję transu nazywany był kopią słynnego "Born Slippy". Cholera, wybaczcie jeśli teraz zbluźnię i zszargam świętość narkotyzujacych się co weekend brytyjskich klubowiczów, ale ta taneczna fuga jest jeszcze lepsza. Maksymalistyczna progresja minimalnego wątku serowych synth-brassów, speedowe tupanie ibizowego bitu i polifonia perkusjonaliów zazębiają się w monolit. Jak zawsze, liryki Underworld nie znaczą nic, operując wyświechtanymi hasłami pozwalającymi na sprawniejsze ocieranie się o partnerkę w pląsach ("You bring light in / To a dark place"). Ale jak się ten watek rozwija, osiągając czystą rozkosz pod koniec. To co, "jebniem dansa"? –Borys Dejnarowicz

053Röyksopp
Eple
[2001, Wall Of Sound]

Zasady zasadami (ho ho), czasem jednak chciałoby się zrewidować podejście do niektórych spraw. Spośród wszystkich konsekwencji odurzania się alkoholem nie znajdywałem od kilku lat żadnej przekonującej na "tak” i pewnie by tak zostało, gdyby Piotrek nie uświadomił mi, jak niebotycznie rośnie (i tak pokaźna przecież) wartość Röyksopp, gdy nadchodzi afterparty time. Zresztą niezależnie o jakim stężeniu napoje się spożywa, melanż to melanż – pod koniec zawsze jesteś nieswój. Kilka godzin snu rzadko kiedy remontuje nas z tego "przybrudzenia" głośnym towarzystwem, rytmami i chichotami. Znacznie skuteczniejsze są dźwięki Melody A.M. Roztaczana przestrzeń niemal dorównuje tej od profesorów z Basement Jaxx; o ileż za to więcej tu spokoju, nikt za nikim nie goni, "można iść na około". Nie jesteśmy nakręcani, a odkręcani – jeśli by oddać się tylko lekkiej przesadzie, to można stwierdzić, że niewymowna świeżość ciepłej elektroniki MAGICZNIE kontrastuje z mgiełką rozmazującego się coraz bardziej melanżowania. Ponadto w bród tu motywików, o które nasze uszy – gdyby tylko były jeszcze w stanie – by się biły. I tu tkwi geneza mocy, której inwazję sprowadza na nas "Eple". Oto jeden z dwóch fragmentów albumu, obok "Poor Leno", gdzie skondensowanie pierwszoligowej przebojowości z chill-outem ewokującym z delikatnych, niekiedy Moon Safari-alike, tekstur, wychodzi arcymistrzowsko. Huh, jakich wrażeń dostarczyć musi przebudzenie z "Eple", gdy przywraca ono nas życiu po odurzeniu! A zatem nie dziesięć do zera, a dziesięć do jednego. –Jędrzej Michalak

052Killers
Mr. Brightside
[2004, Island]

Ludowa legenda głosi, iż "Mr. Brightside" stanowi jedną z owych piosenek, których napisanie zajęło nie więcej jak godzina lekcyjna w polskiej szkole. Jeśli jest w tym choć ziarnko prawdy, wszystkich wielbicieli zespołu powinien dopaść strach o dusze panów Flowersa i Stroemera. Coraz więcej znaków na niebie i ziemi wskazuje, iż wzorem doktora Fausta dokonali oni archetypalnej transakcji, doczesne owej benefity w dziedzinę muzyki popularnej przelewając. Za co z kolei jestem im głęboko wdzięczny. Zawsze wierzyłem w ten zespół, a szczególnie w to, co w stosunku do większości brytyjskich gwiazdek roku 2004 wydawało się zaiste wielce wątpliwe. The Killers przetrwało próbę czasu i do dziś gości w moim odtwarzaczu. Dzieje się tak między innymi za sprawą drugiego numeru na krążku, będącego bohaterem niniejszej recenzji. Obok "Somebody Told Me" i "Jenny Was A Friend Of Mine" jest to kolejny postpoprockowy blockbuster prosto z Zachodniego Wybrzeża. Pełen spontan – muzycznie i tekstowo – sprzęga się tu z rzadkim (aczkolwiek dla Killersow charakterystycznym) fenomenem przekazywania artefaktu "klimatu" drogą fal dźwiękowych. Nawet jeśli singiel ów radiowo nieco przepadł (prawdopodobnie w dużej mierze przez nieznaczne przekroczenie limitu 3:30), nic nie może mnie powstrzymać przed wyrażeniem aprobaty dla zakończonej artystycznym (i umiarkowanie komercyjnym jeśli mówimy o singlu) sukcesem próby połączenia klimatów lat 80-tych, brytyjskiego indie-rocka (swoja droga jestem w szoku – w USA znają 3 bandy z UK, z których najnowszy to Sex Pistols) i osobliwej liryki, która mi osobiście przypomina późne tekstowe dokonania Lou Reeda. Nie chcąc być posądzonym o zabijanie muzyki, poprzestanę na docenieniu prostoty harmonii wokalu i oszczędności aranżu, które czynią piosnkę nietrudną do słuchania i przyjazną do nucenia. No i czego tu więcej od chłopaków wymagać? –Marcin Wyszyński

051Von Bondies
C'mon C'mon
[2004, Warner]

Zdradliwa wena, raz jest, raz jej nie ma. Tym zalatującym nieco blogiem cytatem można całkiem trafnie określić Von Bondies. Weny starczyło im właściwie na jeden hit. Tym samym zespół zapewne dołączy do sporego już grona artystów jednej piosenki, wraz z upływem czasu stosunkowo popadając w niepamięć. Jednak trzeba przyznać że ''C'mon C'mon'' to perełka sama w sobie. Ogromne pokłady energii skupione w nieco ponad dwóch minutach. Utwór pędzi z niesłychaną wręcz szybkością, tracąc z prędkości jedynie chwilami, i to chyba tylko po to, by dać odetchnąć mimowolnie podrygującym kończynom. Sprytnie umieszczone w refrenie chórki momentalnie powracają w różnorodnych sytuacjach w postaci nuconej pod nosem tytułowej frazy. Wszystko skonstruowane przy pomocy niesłychanie prostych środków (ta perkusja!) i paru pomysłów wygrzebanych gdzieś tam z przeszłości czy też skopiowanych od którejś z wielu garażowych kapel. Niektórym udaje się nagrać w karierze wiele takich kilerów, im wyszedł zaledwie jeden, ale i to starczyło by zakosztować trochę sławy oraz znaleźć się w paru podsumowaniach. Oczywiście tych singlowych, bo żadne inne w grę nie wchodzą. –Łukasz Halicki

#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1

Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019