SPECJALNE - Ranking

100 Singles 2000-2004

11 lipca 2005

 
070Nas
Get Down
[2002, Columbia]

Dla mnie nie tyle God's Son stanowiło wielki comeback Nasa, a ten jeden kawałek konkretnie. W sensie gdyby płytki nie otwierał "Get Down", chyba by ten powrót jakoś po mnie spłynął. Główne spostrzeżenie: koleś jest automatem. Znaczy istnieją dwa rodzaje automatu. Pierwszy model to ludzie-boty, jak pani z ZTM nakazująca klasycznie skrzekliwym głosem uiszczenie kary, bo nie uznaje innych dowodów studiowania niż legitymacja. Drugi to Nas. Jak ma dobry, konkretny podkład, to masakruje flowem, gdzie każda sylaba zdaje się być wymierzona stoperem co do dziesiętnej sekundy. Określenie "tight" traci tu adekwatność – "tightness" prezentuje ekipa Cyne, Nasty Nas natomiast posiada korbkę na karku. Wystarczy nakręcić i kolo zasuwa niczym króliczki Duracella. Ze wszystkich znanych mi raperów wywodzących się z nurtu gangsta, jedynie Biggie nie wypada(ł) przy nawice Nasa jak niechlujny prostak. Ponadto, w odróżnieniu od większości dzieci ulicy Nasir Jones dysponuje niesamowitą intuicją fonetyczną, popisując się timingiem i wyczuciem w odpowiedniej artykulacji dźwięków oraz sprawnym wykorzystywaniem wariantów bogatej amerykańskiej wymowy do składania wyrafinowanych rymów. "Get Down" kondensuje i prezentuje wszystkie jego mocne strony. Zaryzykuję, że tekstowo, warsztatowo obcujemy z poziomem Illmatic. Zaraźliwy loop gitary dostarcza mistrzowego groove'u, który autor podchwytuje i w natchnieniu jedzie przez cztery minuty jakby na jednym tchu, w sposób zdyscyplinowany, ale podszyty bouncem (niewielu tak potrafi powiadam wam). Poetyckie ujęcie dynamicznego przeglądu ulicznego życia przykuwa uwagę finezją formalną: miło zobaczyć znowu rymy wewnętrzne, podelektować się głęboką jak Bajkał leksyką i nacieszyć uszy tekstem najeżonym jak skurczybyk aliteracjami. Przeważają naturalnie spółgłoski zwarto-wybuchowe, bo pacjent wraz ze śliną wypluwa opowieść z pasją, zaangażowaniem i precyzją jakiej najstarsi niggersi nie pamiętali od 94 roku. To najlepsza riposta na niewybredne dise Jaya. –Michał Zagroba

069Broken Social Scene
Cause = Time
[2002, Arts & Crafts]

Niesłychana naturalność i ciepło, które przebijają z ''Cause = Time'', są doprawdy urzekające. To jeden z tych utworów, słuchając których odczuwa się radość czerpaną przez muzyków z samego faktu wspólnego grania. Warto w tym miejscu wspomnieć o świetnym klipie, który doskonale oddaje stosunek tych ludzi do tego co tworzą: widać że dla nich to czysta przyjemność oraz dobra zabawa, a takie podejście trzeba docenić. Kevin Drew z maską gazową na twarzy, śmiesznie bujając się i gestykulując, spokojnie wyśpiewuje kolejne linijki tekstu, ot tak po prostu, jak gdyby urodził się śpiewając. Sekcja rytmiczna (to część tych ludzi z torbami na głowie) śmiało prowadzi utwór, by podczas czysto instrumentalnych partii oddać się odrobinie szaleństwa i przejąć całkowicie ster. Muzyka rozwija się, dążąc do rozpoczynającego się na wysokości 3:42 swego rodzaju punktu kulminacyjnego, zakończonego słowami: ''And they all want to love the cause / They all need to be the cause / They all want to dream a cause / They all need to fuck the cause'', stanowiącymi niejako esencję treści utworu, a zarazem jego doskonałe zwieńczenie. Jeszcze tylko na chwilę wracają wszystkie dźwięki, tak jakby muzycy nie chcieli kończyć, próbując jednocześnie w jak najlepszy sposób się pożegnać. I doprawdy, powiadam wam – wychodzi im to znakomicie. –Łukasz Halicki

068Daft Punk
Digital Love
[2001, Virgin]

Przebojów ci na Discovery bez liku. Choćby te zebrane w cyklu animowanych teledysków ("5tory of the 5ecret 5tar 5ystem" you internet omniscients); wszystkie wymiatały że jak się czujesz. Czemu zatem jedynie "Digital Love" broni barw Daft Punków na naszej liście? Cóż, nie zamykając tematu, chciałbym zwrócić uwagę na to, że "Digital Love" się jednak wyróżnia na tle swych braci – szlachetnością i pewną dozą nieśmiałości. Wytłumaczmy szybko o co recenzentowi chodzi. W przeciwieństwie do "One More Time" czy "Aerodynamic", które od razu atakują z całą siła i prezentują nam całe swe wnętrze, "Digital" się skrada. Niczym kobieta świadoma swej wartości, każe na siebie czekać. Mija pierwszy chorus, drugi, bęben solidnie trzepie w każdą ćwiartkę, a my wiemy, że to jeszcze nie to. Stoimy przy parawanie w "Randce W Ciemno" i czekamy aż się odsłoni. Nagle (2:45) zaczyna się podnosić i po chwili widzimy ją – to znaczy to syntetyczne solo gitary elektrycznej. Piękne/a. Dla mnie to solo jest spełnieniem napięć zbudowanych w tym utworze, zawsze na nie czekam. Choć są i tacy, których zachwyca na równi całość "Digital Love" i nie mam im tego za złe. Ha, mamy tu także socjologiczny aspekt piosenki – opowieść o miłości adekwatnej do naszych cyfrowych, internetowych czasów. Nie sugeruję jednak, jakoby to spostrzeżenie znacznie pogłębiło intelektualnie ten tekst. –Piotr Piechota

067Jim Guthrie
So Small
[2003, Three Gut]

Wstałem dzisiaj rano z zamiarem napisania tego komentarza, jednak wcześniej włączyłem telewizor. Duży błąd. "Londyn: seria wybuchów w metrze i trzech autobusach komunikacji miejskiej", "Co najmniej dziewięćdziesięciu poszkodowanych w wybuchu na londyńskiej stacji Algate", "Szef londyńskiej policji mówi o 'skoordynowanym ataku'", "Rzecznik brytyjskiej Partii Konserwatywnej Alan Duncan mówi o 'wielkim zamachu terrorystycznym w Londynie'", "Brytyjski minister spraw wewnętrznych Charles Clarke powiedział, że wybuchy w Londynie spowodowały 'straszliwe obrażenia'", "Według policji Londynem wstrząsnęło co najmniej sześć eksplozji", "Brytyjski premier Tony Blair pozostanie w Szkocji, na szczycie G-8, a o godzinie 13:00 wygłosi oświadczenie w związku z wybuchami"… Aha, a "So Small" to piękny utwór tak w ogóle. Szkoda tylko że od teraz będzie mi się kojarzył z tym pieprzonym lipcowym porankiem. "It's not what I've had to drink / That makes whatever I feel". –Paweł Greczyn

066Amerie
Why Don't We Fall In Love
[2002, Columbia]

Zanim w 2005 Amerie dostarczyła galaktycznie pocięty, Solexowo zdekonstruowany diament-petardę i kamień milowy współczesnego komercyjnego popu "1 Thing", jej szczytowym osiągnięciem był opener debiutanckiego albumu All I Have, rzewny, miłosny "Why Don't We Fall In Love". To typowo kobieca, romantyczna opowiastka o przeciwnościach losu i rozkwicie niespełnionego uczucia, kompletna z naiwną pretensją (do samej siebie chyba), że "to" się (między nią a nim) nie dzieje. Jak na 22-latkę, młoda księżniczka mikrofonu wykręca tu plastycznie linijki w stylu "So many things I'm going through / So much that I wanna do" niczym autentyczna i natchniona wokalnie diva. Z drugiej strony patrząc, rzesza autorskich purystów dostrzeże, iż Amerie to tylko lalka z wielkim, jędrnym tyłkiem i głosem a la J-Lo dla prawdziwego maga konsolety, wtedy ledwie kojarzonego, a dziś już chyba najlepszego producenta r&b na świecie, Richa Harrisona. I podczas gdy niezaprzeczalna charyzma i dar oddziaływania laski są niepodważalne, taka teoria też ma swoje uzasadnienie. Bo to Harrison napisał w ogóle ten (jak i wiele innych dla swojej "lalki") tekst, a w zakresie dźwiękowej realizacji numeru dba o takie drobiazgi, że głowa mała. Nadstawcie uszka: jak się ta atłasowa pościel zbliża od 0:00 do wejścia biciora na 0:06, jak błyszczy symfonia smyko-dęta w refrenie, jak pracują w backgroundzie chóreczki… Pojęcia nie mam czy Rich i Am robili coś jeszcze razem po godzinach w studio, ale etatowy limit współpracy przyniósł istną rewelkę. Utwór najwyraźniej wyjątkowo spodobał się obojgu, bo na tegorocznym Touch zamieścili w trybie bonusu jego "Richraft Remix", a przygotowano też dwie wersje raperskie, z gościnnymi paplaninami Cam'rona oraz Ludacrisa. –Borys Dejnarowicz

065Le Tigre
Deceptacon (DFA Remix)
[2003, DFA]

Ludzie mówili, że tu styl i sound remixerski spółki DFA miały party założycielskie, ale zaryzykowałbym nawet więcej: to najlepsza impreza jaką zorganizowali. Jak dla mnie kunszt i cool- reinterpretacja "Deceptacon" w wykonaniu Murphy'ego i Goldsworthy'ego nie zostały już przez nich pobite, i mówię to z pełną świadomością, bo niby nabyłem wszystkie 4 dyski tych osławionych Compilations. W jakiś sposób James i Tim potrafią wyczesać praktyczną esencję tego, co określa się zwykle terminem "muzyka taneczna dla niezal-rockowców". DFA wzięli energetyczny, post-punkowy, joydivisionowy numer feministycznej kapelki Le Tigre z jej self-titled debiutu (rok 1999) i na jego bazie wysmażyli puchar wspaniałości, od falujących zgrzycików i miliona odmian key-brzęczyków, przez standardowo wypasioną ścieżkę (zdrowia) bitu, aż po zaznaczone komendą "edit" electro outro. A, i zgarnijcie wstawki śpiewne. Flagowa riot-grrrl Kathleen Hanna brzmi jak niegrzeczna, zuchwała dziewczynka skandując wyzywające, apetyczne opisy gg "One, two, three, four / You've got what you've been asking for", "I'll take you home now / Watch me get you hot" i "Who took the bomp from the bompalompalomp?". Więc, może TO jest ten long-awaited, sexy podkład do striptizu? –Borys Dejnarowicz

064Kevin Shields
City Girl
[2003, Emperor Norton]

Kelvin Shields jest bogiem, czyli po staremu. Niewyraźne, ledwo docierające teksty pod warstwami shoegazowej siatki znienacka, po wieeeloletniej przerwie wracają. Może nie powinienem, ale jednak: "City girl / You're beautiful / I love you / I do / I do". I przy tym przepływie akordów, nie wierzę że ktoś może o tym tracku jeszcze nie wiedzieć. Zaśpiewane z lekko 60sowym wyczuciem "you're wonderful" unosi się nad utworem pod gęstą warstwą rozciągniętych fraz gitarowych i podbijającej je perkusji, co zdaje się jest wypróbowanym schematem, absolut w kostce czy coś. Nie chciałem wykorzystać całego wolnego miejsca na panegiryzowanie, ale nigdy przekaz czerpiący garściami z ograniczania najniższych i najwyższych częstotliwości nie sprawiał takiej przyjemności. Po tylu latach. Bo wciąż mamy olbrzymie doświadczenie w obcowaniu z obrazami, które są niezbyt wyraźne. Stąd koncentracja na bardziej wyraźnych fragmentach, mieszana przez Shieldsa z rozmyciem i osłabieniem uwagi przy określonej wrażliwości i TALENCIE (melodii nie dotykać) daje tyle, ile daje. Tym bardziej, że to po raz kolejny dobrze znany sound, nic oryginalnego, tylko kolejna mgiełka z gitarą zgodną z obecnymi trendami. Ale jak on to zrobił. Get Kevin Shields polyphonic ringtone for your cell phone. Aaa aaa aa. –Mateusz Jędras

063Death Cab For Cutie
We Have The Facts And We're Voting Yes
[2000, Barsuk]

Bla bla bla bla bla bla bla bbbbzzzffhhfhghg...
Menu: Spis telefonów (Wybierz): Grek KOM: Trwa wybieranie numeru... "I tried my best to keep my distance from your dress / But call-response overturns conviction every time / My memory cannot recall... A wave of alcoh…"
– Halo?
– Ej stary, doznałem twojego sampla z oczekiwania na połączenie! Wiadomo! Pierwszy na We Have The Facts!! Ta Melodia przecież!
– Tjaaaaa. Fajne fajne, ale ja wolałem Something About Airplanes. Kojarzysz czwarty? "It's a baaaackwaaard..."
– Oj wiem przecież no! Ale genialne że właśnie po Something się nie skończyli, tylko nagrali zajebistą płytę. Praktycznie bez wypełniaczy. Bez zbędnych melodii. Leżysz sobie i słuchasz. Kurde jak genialnie że powstaje dobry pop. Thank you Benjamin!
– Benjamin Gibbaaard. To mój człowiek jest...
– Ale w ogóle zajebisty ten patent edycyjny w połowie numeru, kojarzysz? Patent z takich, których nikt nie stosuje, bo wszyscy myślą, że już były 100 razy użyte, a tu się okazuje że właśnie nie. Że oni pierwsi. Przecież ja też tak chciałem wyedytować "Close" jak nagrywaliśmy w garażu... Pamiętasz?
– Ee. Nie. Jaki patent?
– Ale słuchałeś na słuchawkach?
– Nie. Na wieży.
– To zapuść se pierwszy na słuchawkach. Pamiętaj. A w ogóle dzwonię bo przegrałem już sobie to Grandaddy ostatnie. Mogę ci oddać. Będziesz w centrum dziś? –Kuba Czubak

062Knife
Heartbeats
[2004, Rabid]

Z całego tego zamieszania wokół ponownego odkrywania potęgi new romantic, synth-popu i electro-popu, z całego 80s-revival, z całego deklarowania delektowania się kiczem – imho ten track jest najlepszy i to on zostanie w annałach muzrywki. Padały porównania do Human League, Depeche Mode i innych reprezentantów wiadomego nurtu, lecz jak w większości przypadków, powód takiego stanu rzeczy to właściwości piosenki samej na swoich prawach – wyobrażam ją sobie w *jakiejkolwiek* aranżacji, z *jakąkolwiek* dawką bpm, w *którejkolwiek* epoce. Mogłaby ją wykonać jazzowa solistka z towarzyszeniem fortepianu albo laski z girl groups 60s albo prog-wirtuozi 70s albo Sex Pistols albo grunge'owcy albo brit-popowcy i nadal iskrzyłaby zawzięcie. Ostatecznie postronni obserwatorzy wspominają o "słuchaniu lat osiemdziesiątych". Mój największy grower ostatniego półrocza, "Heartbeats" zabija mechaniczną narracją w midtempie i grubą, wielowarstwową teksturą syntezatorów. Szwedzkie rodzeństwo Karin i Olof Dreijer na tych parę chwil zamienia się w równo naoliwione roboty. Cóż, jak w każdym technicznym studium perfekcji, rozpoznajemy mnogość okras, rodzynków... Ale wiecie, nie oszukujmy się, głównie chodzi tu o masywny, uderzający w głowę bardzo mocno hook refrenu. Kanon popularki na lekkości. –Borys Dejnarowicz

061Majesticons
Prom Night Party
[2003, Big Dada]

Idea pociachania kipiącej zagrywki gitarowej w niewymiarowe plasterki i ułożenia ich w niespodziewanej sekwencji napędza "1 Thing" Amerie. Hej, sprawdźcie że Mike Ladd wymyślił to już dwa lata wstecz. No, prawie. "Prom Night Party" było jednym z najzajebistszych balangowych numerów minionej pięciolatki: kołysało (biodrami) za pomocą ścisłego bitu, rzucało (na kolana) rzeczonymi samplami wiosłopodobnymi i kleistymi bleepami, a panna na micu ciągnęła (..yy...) ten cały cyrk ochoczo wersami w typie "The feeling was surreal / She had that sex appeal / From her head down to her toes / The music starts to groove / That's when I start to move / Down between her legs" (ee?) i majacząco-dochodzącymi jękami w chorusie. SPOKENS. I byłoby Beauty Party szlagierem wyzudanych szkolnych zabaw, zagubionym soundtrackiem do SG Fijesty, "dobry melanż się szykuje", prawdziwym przebojem wymalowanych suk i zamulonych ABSów*, gdyby szafujący tęsknymi akordami mostek "Prom Night" nie wskrzeszał refleksyjnego feelu, a następujące wkrótce "Brains Party" i "Luv Thief Party" nie kontynuowały sennej, utopijnej nuty. I cała koncepcja writera jebut na ziemię. Ehh, fuck the Majesticons, Mr. Ladd, indeed. –Borys Dejnarowicz

*Absolutny Brak Szyi

#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1

Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019