SPECJALNE - Ranking

100 Singles 2000-2004

11 lipca 2005

 
080Felix Da Housecat
Ready 2 Wear
[2004, Emperor Norton]

Nothing I can tell you... Perfidnie prosta, ohydnie plastikowa, synth-pupowa, płytka electropiosenka, która niczym zapomniany hicik z wczesnych lat 80-tych łapie nas na tym, że wzruszamy się na amerykańskich scenach damsko-męskich pod warunkiem, że są dobrze zagrane. Swego czasu zajeżdżany w chatce na odludziu gdzie z moim groszkiem lubiliśmy posłuchać fajnych piosenek. Również świetny na każden kinderbal gdzie kopnie akurat tych, którzy się na muzyce kompletnie nie znają, "melokrytycy" znajdą się w trudnym położeniu: ale... tu się nie ma na czym znać...! Wiodący utwór z jednej z ulubionych płyt 2004. –Krzysztof Zakrocki

079Pretty Girls Make Graves
The Teeth Collector
[2003, Matador]

"But your venom's weak in my blond / Your poison scabs, coagulated / Your hardest try is never enough". Jasne. Po raz kolejny jesteśmy atakowani napastliwym hookiem, z tym, co lubimy najbardziej: precyzją. Jak olbrzymią dawkę energii co więksi gitarzyści świata są w stanie przekazać w tak skondensowanej formie, z taką celnością, pozostanie ich tajemnicą. Rozwoju punkowej stylistyki czołowi przedstawiciele, Andrea i jej instrumentalne zaplecze, pokazują jak się powinno grać z wykopem w XXI wieku przy zachowaniu korzeni gatunku. To co zrobili tutaj, przy pełnym obłędu wykorzystaniu dostępnych środków i braku jednoznacznego podejścia, woła o nagrodę za hook półrocza czy coś, a przynajmniej nominację. Natarczywego wycinania przejebanych motywów nigdy dość ("niby", bo cały album już nie taki), a potęgi wokalu panny Zollo nie trzeba chyba przedstawiać: "This tooth is rotten, yank it out / Your words are cancer in my mouth / This captain's ship is going down / Going down / Going down". No ale to już chyba wszyscy znają. Ja tylko tak gwoli przypomnienia, że track idealny do samochodu jeśli akurat nie mamy okazji do kolizji. –Mateusz Jędras

078Jay-Z
Izzo (H.O.V.A.)
[2001, Roc-A-Fella]

"Welcome ladies and gentlemen to the 8th wonder of the world / The flow of the century / Oh, it's timeless / HOV' !". Z pozycji Jehowy kozaczy król czarnego bansu, zapodając niebawem przekultowe "H to the izz-O, V to the izz-A / Fo' shizzle my nizzle used to dribble down in VA", będące wyjebanie skwierczącą, slangową wariacją wokół "for sure my nigga pogrywałem w kosza w Virginii". Obchodzący swój chwalebny comeback mieszacz z Brooklynu stara się włączyć do party odbiorców, dodatkowo podkreślając klasyczność nagrania: "That's the anthem / Get'cha damn hands up!". Bit Kanyego kołysze jak nigdy, a mega sexowne wokale (na bank genialnie ślicznych i gorących) lasek sprawiają, że w głowie zostają nam same pozytywne myśli. Ja wiem, że nie każdemu imponują chłopięce przechwałki, ale "Izzo (H.O.V.A.)" to hip-hopowy standard naszej epoki, kawałek historii, godny reprezentant jednej z ważniejszych płyt ostatnich lat. A Jayowi jak mało komu wolno zgrywać bossa. "Fo' sheezy my neezy". –Jacek Kinowski

077Luomo
Body Speaking
[2003, BMG]

Fiński producent Luukas Onnekas zaprasza na salony. Nie stać mnie na srebrnego Jaguara i Rolexa wysadzanego diamentami, ale mogę posłuchać Vocal City. Nie chodzę w garniturach od Cardina, nie bawię się także co weekend na balu u pana ambasadora, ale mogę umieścić w mym sześcioletnim discmanie album The Present Lover. Odrobina high-class dla mas. Na obu płytach Fin zamieścił wysmakowany niczym witryna sklepowa Hugo Bossa w Metropolitan, chwytliwy, chłodny, perfekcyjny micro-house. "Body Speaking" jawi się nam zaś jako najbardziej popowy w swej ekstrawagancji fragment jego twórczości. Jak zwykle fundament stanowi głęboki, stały, lecz silnie groovujący bas. Na nim to zbudowane zostają pozostałe linie, nieustannie ewoluujące w skali mikro. Drobne pogłosy, wycyzelowane trzaski, intymne plumknięcia – ileż rozkoszy daje śledzenie ich zmian. Fin doskonale zdaje sobie z tego sprawę – niewielkie przesunięcie tonacji na początku czwartej minuty utworu spada na nas niczym katharsis. Typowe dla Luomo jest tu także użycie wokalu. Pojedyncze zdania, wyśpiewane zmysłowym głosem, jak zwykle (skojarzenie z podobnym zabiegiem narracyjnym w "Market") układają się z czasem w grę słowną ("Can you hear my body speaking / Somebody speaking"), dopełniając misternej mozaiki. Klasa. –Piotr Piechota

076Grandaddy
He's Simple, He's Dumb, He's The Pilot
[2000, V2]

Wyjątkowość "He's Simple…" polega między innymi na tym, iż składa się on z trzech integralnych części, które razem dają ponad osiem minut niepowtarzalnych muzycznych doznań. To tak, jakby wybrać trzy fragmenty z Under The Western Freeway – szczytowego osiągnięcia kwintetu z kalifornijskiego Modesto – i połączyć w jedną całość. Dodajmy jeszcze charakterystyczną dla Grandaddy wrażliwość, o której nieraz już na Porcys pisano i mniej więcej wiadomo czego się można spodziewać. Praktycznie już po kilku pierwszych sekundach wszystko jest jasne: wejście Jasona Little na klawesynie: "You drift again two thousand man… / You've lost your maps, you've lost the plans" – wkrada się metafizyka. Nawiasem mówiąc, po TAKIM openerze kolejne utwory na The Sophtware Slump wydają się trochę słabsze (mimo, iż wcale nie są). Zresztą nawet jakby, to ja za sam singiel (co mi tam) byłbym w stanie zapłacić i full price. Cudowna rzecz. –Paweł Greczyn

075Röyksopp
Poor Leno
[2001, Wall Of Sound]

Trudno ocenić, czy to dobrze, czy raczej źle, ale istnieje pewien aksjomat: "Poor Leno" – "śmieszny teledysk z misiem". Zdaje się, że mało kto zaczynał znajomość norweskiego duetu inaczej, niż od ogarnięcia animowanej historii sympatycznego rosomaka imieniem Leno, zamkniętego w zoo przez nieludzkich przedstawicieli ludzkiego gatunku. Sęk w tym, że poza funkcją przyjemnego soundtracka do perypetii nieszczęśliwego zwierzęcia, "Poor Leno" egzystuje całkiem znośnie w kategorii wyrazistego, gorącego zamiatacza tanecznych parkietów. Perfekcyjnie równy, zloopowany rytm, pełna smaczków synth-popowa aranżacja i repetytywna, "so damn catchy" melodia śpiewanego refrenu, to przepis na pasjonujący, letni dyskotekowy hit, zupełnie odbiegający skojarzeniowo od bardziej zimowych implikacji wiadomego teledysku. Miś więc misiem, ale chyba lepiej o nim zapomnieć, by dać się ponieść jadącemu groove. –Patryk Mrozek

074Flaming Lips
Fight Test
[2002, Warner]

Coyne i reszta Lipsów od zawsze mieli problemy z dosłownym przekazywaniem treści; nie obywało się bez konieczności wyczucia przekazu podprogowego (zwłaszcza ostatnio, tu dojdzie do apogeum). Tak. Nauki kognitywne powiedziałyby swoje, ale otwieracz Yoshimi wprowadzał z początku w lekkie zdziwienie, w kwestii brzmienia tym razem. Syntetyczny sound przez całą długość kawałka (i zapętlona perka), elektronika, klimat jak z okładki – roboty, plastelina, oddział neurologiczny najbliższego szpitala. No ale dobra no, każdy może sobie zmodyfikować metodę komponowania. Keyboardy, brzęczenie i synth-pop po psychodelizacji to jeszcze nie koniec świata. Przyzwyczajenie przyszło szybko, bo jak się okazało reszta albumu była równie pojebana. Co jednak charakterystyczne, Wayne uderzył z dużą mocą tekstami zaśpiewanymi tak, by na starcie uniemożliwić świadomą reakcję odbiorcy. Z miejsca nieświadomie reagujemy – płacz, zgrzyt, doznania – niczym na atrakcyjnego przedstawiciela płci przeciwnej z obnażonymi emocjami. Albo inaczej. Dopiero po głębszym wpłynięciu w komunikaty staje się z boku i docenia umiejętność biegłego wprowadzania w maliny. "I don't know where the sunbeams end and the starlight begins, it's all a mystery / And I don't know how a man decides what’s right for his own life, it's all a mystery". No ale nieważne, każdy chce pisać o fenomenie Flaming Lips, a ja nie wspomniałem jak soczysty jest ten singiel. A jest, przy całym swoim wyglądzie zewnętrznym i konstrukcji. –Mateusz Jędras

073Jürgen Paape
So Weit Wie Noch Nie
[2004, Kompakt]

Wybór idealnego openera imprezy wszechczasów wydawał się formalnością, z "Since I Left You" w roli Jordana pokazującego konkurentom długi język. Z tym, że Jürgen Paape miał odmienną wizję perfekcji. W miejsce natchnionego gitarowego arpeggia dał szansę miarowym figurom pulsujących klawiszy, budując napięcie przed miażdżącym basem, dudniącym z mocą, ale i spokojem serca Lance'a Armstronga. Hipnotyczna repetycja dostarcza rozkoszy, a jej tempo każe raczej w spokoju dopić startowego drinka niż pędzić na parkiet. I jest to chwila najprawdziwszego relaksu. Dający okazję do delektowania się klimatem rozkręcającej się imprezy, odprężający ciało i umysł moment rozluźnienia. Błogostan mąci jedynie natrętne pytanie: jak Paape przewidział, że sampel przedwojennego romansu tak doskonale wprowadzi się klubową scenerię? Zresztą, kto by się tym teraz przejmował. W szklance został już sam lód, a uciekający w stronę gwiazd wokal na wysokości "Wir fliegen so weit wie noch nie" składa zaproszenie do bansu, na które nie mamy ochoty odmówić. –Jacek Kinowski

072Pretty Girls Make Graves
Speakers Push The Air
[2002, Lookout!]

Do you remember what the music meant? Jako swoisty manifest wszystkich muzycznych pasjonatów, niezal-geeków spędzających niezliczone godziny z krążkami zespołów, o których "nikt nigdy nie słyszał", "Speakers Push The Air" sprawdzało się doskonale. Ponadczasowa melodia refrenu, przesterowane, agresywne riffy Nata i wokalny pisk Andrei, a także muzyczno-zorientowany tekst, opiewający wspaniałą prostotę doznawania dźwiękowych wrażeń, tworzyły nadzwyczajny klimat niezal-rockowego hymnu. Równocześnie, trudno o bardziej kompletnego reprezentanta punk-revivalowego genre – cały Good Health to przecież masakra, jednak właśnie "Speakers Push The Air" umieścił Pretty Girls Make Graves na ścisłym podium współczesnych punkowych actów. I bardzo dobrze, że komuś jeszcze się chce; czym byłaby muzyka rockowa bez swojej najbardziej jazgotliwej i energicznej, lecz zarazem bezpretensjonalnej odmiany? –Patryk Mrozek

071Radiohead
Pyramid Song
[2001, Parlophone]

Wcale nie twierdzimy, że w przeciągu tych 5 lat nagrano 70 lepszych piosenek od "Pyramid Song". Nasza planeta nie wytrzymałaby takiego uderzenia dziesiątek, ziemianie niechybnie musieliby poszukać sobie nowego domu. Zostaliśmy, jak wiec wytłumaczyć dopiero 71 miejsce utworu znanego niegdyś jako "Nothing To Fear"? Kryteriami, na podstawie których każdy redaktor Porcys umościł swój ranking singli. Co już podkreślaliśmy, to nie odpowiednio pojęta "jakość" jest podstawą ukształtowania się tej listy w taki, a nie inny sposób. Jest nią przycisk "repeat", funkcjonowanie danego utworu nie tylko jako fragmentu albumu, ale i samodzielnie. To oczywiście ściśle się łączy z rzeczywiście brzydkim słowem "jakość", ale... nie do końca. I to "nie do końca” jaskrawo ilustruje właśnie "Pyramid Song" (ale nie tylko, patrz Wilco, Blur, New Pornographers). Mało który z nas separował ten utwór od Amnesiaca; jeśli spojrzycie na nasz stosunek do tej płyty, będziecie wiedzieli dlaczego. Ja należę do wyjątków, może ze względu na fakt posiadania czteroutworowej EP-ki, zapuszczanej gdy było pod górkę, czy coś.

Pociągając pysznie ten temat dodam, że by móc nabyć to cudo (jak i inne) w piekielnie drogim Londynie, oszczędzałem przez trzy tygodnie na jedzeniu. Pokarmem, ale dla duszy, jest z kolei mina, którą zawsze robi Ela, gdy przypomni się jej, jak to kiedyś Kuba zwyczajnie podszedł do pianina i zagrał rzeczone trzy akordy, po czym wyszedł. O stary. "Pyramid Song” gromadzi wokół siebie zresztą nie tylko zażartych zwolenników Radioheadizmu. Nawet ci niewrażliwi na "przereklamowane” ($%?) wcześniejsze albumy grupy, to właśnie w tym punkcie stwierdzają zazwyczaj, że "wreszcie im się udało". Choć co to za argument w sumie, heh. Rangę absolutu wzmacnia inny fakt – przecież to on leży u podstaw "Sail To The Moon". Wow, jakby jedna piosenka nie była w stanie pomieścić tego, co przyśniło się kiedyś Yorke'owi. A, i czy zwróciliście uwagę, że mamy szczęście – Dr Tchock mógł przecież nie zapamiętać swojego snu, pewnie najwartościowszego w historii. No, może obok tego, w którym McCartney usłyszał "Yesterday". –Jędrzej Michalak

#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1

Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019