SPECJALNE - Ranking

100 Singles 2000-2004

11 lipca 2005

  
010Britney Spears
Toxic
[2004, Jive]

Szczerze mówiąc, początkowo wstydziłem się, że podoba mi się ten utwór. "Toxic" mną zawładnęło, powodując maksymalne podkręcenie głośności przy każdym wychwyceniu klipu w TV. Maskując się ze swoją fascynacją postanowiłem sprawdzić reakcję koleżanki, czy aby na pewno ze mną wszystko jest w porządku. Przeklęła mnie. A do tego dodała, że zajebiste i nie może przestać słuchać. Czyli jednak coś w tym jest. Tylko właśnie, co sprawia, że ten kawałek tak wymiata, co w nim niby takiego jest? Może to te genialnie zapętlone smyki będące, jakby nie patrzeć, najbardziej charakterystycznym elementem utworu? Ale zaraz, zaraz: czy gdyby śpiewał to ktoś inny efekt byłby ten sam? Wątpię. Brit ze swoim nowym wizerunkiem wpasowuje się tutaj idealnie, udowadniając to chociażby tym rozbrajającym falsetem poprzedzającym właściwą część refrenu. Nie zapomnijmy też o znakomitej produkcji – przecież trudno wyobrazić sobie ten kawałek bez tego bounce'ującego basu czy tej wyśmienitej kowbojskiej gitary. Wszystko to tworzy niezwykle uzależniającą mieszankę, od której ciężko się oderwać. Prawdziwy skarb wśród mainstreamowej papki. Ludzie, nie brońcie się przed tym, naprawdę warto dać się porwać. I to żaden wstyd, zaręczam. –Łukasz Halicki

009Blur
Out Of Time
[2003, Virgin]

"Banalny" ("I wanna, I wanna, I wanna hear The Kinks") kręgosłup z wrażliwością astronomicznych rozmiarów i inne wszystkie elementy składowe utworu dają sentencję: przesłanie antywojenne, pacyfistyczne, pokojowe Albarna nic mnie nie obchodzi. Możecie zobaczyć sobie teledysk. Siedzi się z brakiem pomysłów co do tego co napisać – "nie wiem co wam napisać. dziewczyna mnie rzuciła ;(" – ale język nie oferuje zbyt wiele ponad takie przykłady. A szkoda. Panowie, panowie mnie przerośliście. Jasne że w sferach kompleksów, sama budowa kompozycji wisi z boku, jako tylko jedna z przyczyn. Druga z nich wygląda następująco: sprawa Jędrzeja z pozycji 021, tylko odwrócona (w kierunki jak "Pyramid Song") i podniesiona do potęgi 2834844539. Co ja mam wam... Że nie wiem? Mogę też wyodrębnić kilka motywów (czy nawet wszystkie) i pooddzielać je od siebie cięciami, następnie wkleić jakąś projekcję. Ale teraz żałuję że zgłosiłem się do skomentowania. Nie wyskoczę przecież że przecież akustyczny feel w brzmieniu już od początku, że atmosferyczny wokal Damona (też was lubię, beje, ale on tam uderza ze skalami przy których mówię "cześć i zamknij za sobą drzwi, mam nadzieję że kupiłaś papierosy" oraz że już wiem skąd mają nazwę), że backgroundowe smaczki z Maroka, wszystko subtelnie wzbiera w momencie tym i tym. Wszystko napisali, i to całkiem dokładnie, rzeczowo, ciekawie, ze pomysłem, stylem, nic mnie to nie obchodzi. Raczej że "It's just to hard". I ilość subprogów, na które nie miejsce. –Mateusz Jędras

008New Pornographers
Letter From An Occupant
[2000, Matador]

"Fooooor theeeee loooooveeee ooooof a Gooooood you saaaaaaaaaaid / Noooooot aaa letteeeer froooom an occupaaaaaaaant / Fooooor theeeee loooooveeee ooooof a Gooooood you saaaaaaaaaaid / Noooooot aaa letteeeer froooom an occupaaaaaaaant / Fooooor theeeee loooooveeee ooooof a Gooooood you saaaaaaaaaaid / Noooooot aaa letteeeer froooom an occupaaaaaaaant / The song, the song, the song that's shaking meeee / The song, the song, the song that's shaking meeee / The song, the song, the song that's shaking meeee / The song, the song, the song that's shaking meeee / Fooooor theeeee loooooveeee ooooof a Gooooood you saaaaaaaaaaid / Noooooot aaa letteeeer froooom an occupaaaaaaaant / Fooooor theeeee loooooveeee ooooof a Gooooood you saaaaaaaaaaid / Noooooot aaa letteeeer froooom an occupaaaaaaaant / Woooooh oooooo oooo ooo ooo/ Woooooh ooooooooo oooooooo oooooooo ooooooooooo oooooooooh / Woooooh ooooooooo oooooooo oooooooo ooooooooooo oooooooooh". Okey, a teraz może mi ktoś powie w jaki sposób Neko Case udało się najpierw wymyślić, a potem zaśpiewać wszystkie te melodie.., bo kurde nie ogarniam. –Paweł Greczyn

007Annie
My Heartbeat
[2004, 679]

"My Heartbeat" to dance na temat tańczenia, doskonała reminiscencja perfekcyjnych sobotnich nocy i, serio, niekończące się źródło radochy dla poszukujących indie-pussies "od lat 14 do 44". Doskonałe porozumienie ponad podziałami. Mogę słuchać na repeacie "Hepless Fool For Love", "Always Too Late", "No Easy Love" czy "Chewing Gum", ale ostatecznie przyznaję pierwszeństwo pulsującemu bicikowi "My Heartbeat". Jeśli choć w pewnym stopniu podzielasz gusta redakcji Porcys dotyczące tak zwanego "chart pop", praktycznie niemożliwością jest, żeby "My Heartbeat" pozostało ci obojętne. Zresztą osobnym fenomenem jest to, jak Annie i jej hiciory zaistniały w świadomości. Taka histeria i takie zdyscyplinowanie słuchaczy zdarzają się niegęsto. Szczególnie w tym anarchistycznym medium. "Whose protege is she?" – pytał zdezorientowany lud, całkiem bezpodstawnie. Tym razem dobra muzyka obroniła się sama. Po prostu. Zaczęło się jakoś latem po recenzjach singla "Chewing Gum" w "NME". Po przetrawieniu próbek ze strony ruszyły z szeptaną propagandą blogi mp3 i fora dyskusyjne. A teraz, może przeżyjmy to jeszcze raz (wybrane posty z I Love Music od lipca do października 2004):

"The Greatest Hit. Heartbeat. Chewing Gum. – I'm anticipating this album quite ridiculously right now". "Theer hasn't been a better record than Chewing Gum EVER. And I haven't even been able to hear the other ones yet. I am assuming this will be an/The album of year, 2004 is SO GREAT". "'Heartbeat' is one of my favorite songs of the year". "'Heartbeat' is gorgeous. I haven't heard anything else. Is she expected to make it big in the UK? I hope so". "I have the same connection w/ annie that i did with m.i.a.". "Crike, Heartbeat is perfect". "'Heartbeat' destroyed me on first listen!"."'The Greatest Hit' 'Heartbeat' and 'Chewing Gum' all blew me away the first time I heard them". "is that true about erot? if so it makes songs like heartbeat really touching as opposed to glibly pop". "No matter what, 'Chewing Gum' and 'Heartbeat' are top 10 singles for me". "'Heartbeat' is rapidly becoming one of my favourite songs of all time". –Piotr Kowalczyk

006Milky
Just The Way You Are
[2002, Robbins]

Trzy lata wstecz doceniany przez dresiarzy, wegetarian i kociarzy letni hit włoskiego tria wstrząsnął zarówno wrażliwym uchem, jak i wyobraźnią mas. Zdaje się, że melodia wokalu napisana przez McCartneya ("Listen To What The Man Said", Venus And Mars, 1975) zawiera w sobie pierwiastek ciężkiego do wytłumaczenia geniuszu, który dawno, dawno temu był jednym z katalizatorów beatlemanii, a tu sprawił, że muzyka połączyła ludzi łagodząc obyczaje zgodnie ze staroświeckim powiedzonkiem. Słaba teoria? Spoko, spróbujmy od drugiej strony. Obciachowy teledysk z ponętną, choć skromną nimfą w roli głównej skusił skaczącą po kanałach dzieciarnię; banalnie prosty (ale, co rzadkie, nie drażniący grafomanią) tekst zaintrygował szukających w muzyce "czegoś więcej", a produkcyjna misteria, edytorskie smaczki, ujmująca plastyczność oraz niespotykana wrażliwość i oryginalna barwa wokalu trafiły do zblazowanych krytyków. Wersje godne dyskusji, ale skoro prochu i tak już nie wymyślimy, to może warto pójść na ugodę. Zdrowy rozsądek domaga się sięgnięcia po zasadę złotego środka, a intuicja każe rozłożyć zasługi sprawiedliwie. I tak Giudy dostaje Oscara za rolę główną, Macca za scernariusz, a G. Trivellato wraz z G. Sacchetto za reżyserię. "And it goes / Tyry tyyyy / Tyry tyry tyy". –Jacek Kinowski

005Junior Senior
Move Your Feet
[2003, Crunchy Frog]

Jeśli padły kiedykolwiek na Porcys jakieś nieprawdziwe słowa, szukajcie ich na wysokości drugiego zdania recenzji Viberta. Jeśli istnieje jakiś archetypiczny, zakorzeniony w człowieku sposób okazywania radości z muzyki, jest nim taniec. Jeśli kiedykolwiek jednoczyłem się z dresami świata w jakimś uczuciu, to szczerze doznając przy kawałku "Move Your Feet". Junior Senior nieśli w roku 2003 światło dobrej muzyki zarówno do przeintelektualizowanych umysłów warszawskiej młodzieży, jak i do wiejskich dyskotek na terenie całego kraju. Jednocześnie śmieszne jest niezmiernie, jak sobie Duńczycy zakpili z tego Zbyszka czy Radka, który zakupił płytkę w markecie. Puszcza ją sobie highvolume&bassboosted w swym czarnym Golfie, a na piątym skrzyżowaniu słuchać dalej mu już nie idzie. "Co to za post-punk-pop barokowy jebany jakiś? Nie lubię Beach Boysów", krzywi się Zbyszek. "Nie mogli dać samych genialnych, wymiatających densów, jak trzeci track?". Mogli, nie dali. Cóż, nawet jeśli ktoś nie gustuje w poruszaniu się po parkiecie, nie może zaprzeczyć, że omawiany kawałek był jednym z najpotężniejszych popowych ciosów ostatnich lat. –Piotr Piechota

004Russian Futurists
Let's Get Ready To Crumble
[2003, Upper Class]

Pamiętne wyznanie Matthew Adama Harta "I do pop 'cause that's what my heart goes / I don't call it art / No sir" mogłoby swobodnie funkcjonować w obiegowym języku na zasadzie definicji gatunku. Mimo osobistego charakteru kultowej frazy, jest to bowiem jeden z najdoskonalszych manifestów artystycznych jakie słyszałem. Poruszona została tu istota, znamię jakim naznaczona jest muzyka ukochana tak przez Russian Futurists, załogę Porcys, jak i pewnie wielu z Was. Równie esencjonalne treści pojawiają się chwile później. "So come on, let's lose control / We'll sell our souls to Rock and Roll / And hope we'll die before we get old" to epikurejska zachęta, ze wskazaniem na miejsce w którym warto szukać piękna, czy, jak kto woli, szczęścia. Kuba powiedziałby: "Jeśli ktoś nie słucha muzyki, to w ogóle co on chce w życiu robić?". Ba, niektórzy nie dość, że słuchają, to sami tworzą i jak przekonuje omawiany przykład, przy wystarczającym talencie, do spełnienia na polu nutek nie trzeba mieć nawet dużo kasy, pomocników, czy choćby jednego instrumentu. Słowa "I write words 'cause these are the things I can't say / But I'll sing to you" uzupełniają portret osobowy artysty, czy raczej części (ale jakże ważnej i zajebistej) jaką podzielił się z nami. Wobec przestrogi Brocka mawiającego "All the people you knew were the actors" należy doceniać i cieszyć się z możliwości obcowania z owocami pracy takich bossów jak Matthew, w podobnym stopniu jak cieszymy się ze szczerej przyjaźni z drugim człowiekiem. Zwłaszcza, że mamy przy tym tyle dziecięcej, popowej frajdy. –Jacek Kinowski

003!!!
Me And Giuliani Down By The Schoolyard (A True Story)
[2003, Touch & Go]

Krótko: dziewięć minut zwartej dance-punkowej suity, przegrzewającej synapsy swą zajebistością. Więcej: odprysk geniuszu Street Dad w wersji klubowej. Boskie moce kreacyjne musiały wtedy natchnąć ekipę z Sacramento; dotąd sami nie są w stanie powtórzyć tego wyczynu. Otwiera ponadczasowy motyw na basie. A ta gitarka? Dzień dobry, no i kurwa właśnie poznaliście unikalny styl Andreoniego. Trzy równoległe automaty perkusyjne przegryzają się umiejętnie. Nie ma chwili na oddech. Wejście trąbek na 1:47. Ej, ale przecież ja tu doznałem. Wzlot na gitarach (w tle dyskretny puzon) rozpoczynający się w okolicach 2:02 i rozpędzający stopniowo w nurkujące gitary od 2:39. Ja %$#@&^*€!! Przełamanie motywu na 3:10, wyciszenie i wejście w beat na kotłach, a to co dzieje się w okolicach 4:15 to już przechodzi ludzkie pojęcie. Nie ma jednej zmarnowanej sekundy, jednego przypadkowego dźwięku, jednego słabego hooka, słowem: definicja grania focused. Czy jest sens opisywać kawałek, który mógłby być zwiastunem nowego gatunku muzyki? Jeden z najczęściej słuchanych przeze mnie w życiu utworów. Jeśli nie znacie, to do-znacie. ABSOLUTU, rzecz jasna. Innymi słowy: !!! –Tomasz Gwara

002Rapture
House Of Jealous Lovers
[2002, DFA]

Greku czy pamiętasz jak przy zbiorowej ekstazie doznawania światła, które niesie "Hooooouse Ooooof", zauważyłeś trzeźwo, że "ej przecież tu się jeszcze nic nie dzieje, jeszcze bas nie wszedł, a takie genialne!"? Albo Michał – to było chwilę wcześniej, albo dwa miesiące później, nieważne – pamiętasz jak wyłowiliśmy na MTV2 Rapture playing their single live? Masakryczny podmuch wokalu postawił twoje długie loki dęba a ścianę za kanapą wsunęło do łazienki! Albo Borys – huh jak odliczaliśmy wspólnie przez komunikatora internetowego od "ooooooone" do "eeeight". Albo albo Szatow – jak wypatrzyłeś z monitora kompa minę wokalisty pod koniec wykonania tego kawałka w amerykańskim talk-show. Oh Piotrek, to jakby dziś gdy wtedy u Mary puściłem szósty z Echoes. Niby nie ma ludzi a jednak spontanicznie wszyscy zaczęli szaleć i zażywać oczyszczającego tańca tak jak Hindusi zażywają Gangesu, gotowi w zachłanności choćby się utopić. Mateusz Sz.! Wow doznałem patrząc na zdjęcie wielkiej tablicy zapisanej od góry do dołu siedemdziesięcioma trzema powtórzeniami słów na "H", "O" i "L". Oo bez kitu. Kinol, to bardzo nieładnie rozmawiać w kościele, ale myślę że przez wzgląd na podjarkę zostanie ci wybaczone, żeś przekazał mi podczas rozdawania komunii: "ej to Rapture to przezajebiste jest". Wiadomy kawałek szczególnie, w końcu nie przystoi by było inaczej numerowi, spod którego kopa wypłynęła fala dance-punku (jak wiemy pomocne były "Beat Connection" i "Losing My Edge"). Zresztą o tym fakcie przypomina średnio co drugie słowo każdego artykułu o Rapture. A, i Jenner nie trafił na wysokości 3:21 w akord. W ogólnym entuzjazmie nawet to wydaje się so damn cool: "wow, genialnie, nie trafił w akord!". No cóż, od kwietnia 2002 Ziemia ma wreszcie rytm, do którego może się kręcić na kolejne cztery i pół miliarda lat. –Jędrzej Michalak

001Outkast
Hey Ya!
[2003, Arista]

Niekiedy świat jawi się czarno-biały: nabieramy jasności i wzruszającej pewności z jaką śledczy Antoni i Romek wpadają na tropy prowadzące prosto do esbecji i Marka Belki. Zatem powtórzmy raz jeszcze najbardziej oklepane zdanie ever w sytuacjach komentowania pierwszego miejsca na jakiejkolwiek liście: nie mogło być innej... możliwości. Prawda doktorze? Dużo na tej liście "dziesiątek", ale "Hey Ya!" to hit perfekcyjny w stopniu aż niemożebnym. Żaden inny utwór nie zjednoczył tak solidarnie w uniwersalnym uwielbieniu Muzyki supcio-czternastek na wypasionych blogaskach, cool hip-hopowców z zaciętymi minami i pozłacanymi łańcuchami (i to wcale nie tych spod znaku "dzieńdobry digiribobry digiribeba", lecz znacznie ambitniejszą i inteligentniejszą brać, o bardziej wysublimowanych "tejstach"), a także wymagających odbiorców – 30-letnich cyników z kolekcją płyt (lub albumów mp3) idącą w dziesiątki tysięcy, czyniących hobby ze znajdywania sobie nowych zajawek. Szukać można kurde długo, i nic znaleźć nie idzie, a proszę – szczęśliwie złożyło się, że track dekady to jednocześnie jeden z największych przebojów tegoż dziesięciolecia, potężny ciężarek na wadze po tej dobrej stronie mocy, równoważący coroczne minusy królujące na listach. Jeszczę parę takich bieżących piosenek, a może rzadziej musiałbym sięgać po albumy takiej kapelki z Liverpoolu.

Zabawne też (o ile coś w powyższym wydało wam się zabawne), że Outkast było już wcześniej dość utytułowanym bandem, jeszcze nie weteranów, ale chyba klasyków o ugruntowanej pozycji. Przede wszystkim mieliśmy wielki duet, co najmniej na miarę tandemu Kenny Rogers i Dolly Parton (oh, niezapomniana para...), jednak paradoksalnie to pan Andrzej samotnie wzbił się tutaj w inne wymiary popu, przygotowując ten kompozycyjno-melodyczny, ekspresyjno-aranżacyjny masterpiece. Kurwa. Ja nie mogę już tego słuchać. "1, 2, 3, uh. Myyy baby don't mess around, because she loves me so and this I know for sure" wryło się we mnie chyba już na wieki wieków amen, i nie mija dzień żebym sobie początku "Hey Ya!" w myślach nie zanucił. Odkurzam se Love Below i dokładnie w miejscu, gdzie Andre kończy słowo "sure" – skip. Porażający spontan, błyskotliwość, lekkość, chwytliwość tej melodii wspartej dziko efektownym podkładem rytmicznym przekierowuje do młodych Fab Four, do Please Please Me, do Help – w kategoriach "uciechy z piosenki" raczej ciężko o lepszą analogię. Wizualizuję sobie McCartneya klepiącego Benjamina po plecach ze słowami: "Dobrze się spisałeś mój zdolny padowanie". Znowu szablonowy, znowu egzaltowany, ale w 99.7% szczery: pod kątem przyjemności, satysfakcji ze słuchania moje drugie miejsce na tej liście, i każde kolejne for that matter, wypada przy "Hey Ya!" bladunio. –Michał Zagroba

#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1

Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019