SPECJALNE - Ranking

100 Singles 2000-2004

11 lipca 2005



Wraz z wkroczeniem w dwudziesty pierwszy wiek, postępem technologii i relatywnym ograniczeniem codziennego wolnego czasu, coraz więcej słucha się pojedynczych piosenek, a coraz mniej albumów w całości. Być może efektem obserwowanej obecnie tendencji spadkowej ogólnego poziomu wydawnictw muzycznych na świecie będzie kiedyś ocenianie artystów po jakości singli, bo na pełny dobry materiał nie będzie ich stać? Porzucając filozoficzne rozważania, postanowiliśmy podsumować półmetek dekady lat dwutysięcznych zestawieniem najlepszych w naszej opinii kawałków, które funkcjonują samodzielnie i świetnie dają sobie radę odtwarzane po wielokroć.

Niektórzy z nas otaczają użycie przycisku "repeat" kultem, inni nie; to kryterium spowodowało interesujące przetasowania na liście, ale ta setka która się dostała z pewnością na to zasłużyła i świetnie przybliża pejzaż portalowych zainteresowań regularnie prezentowanych w dziale Playlist. Ponadto, mamy słoneczny lipiec i wierzymy że ten ranking spełni rolę iPodowo-Winampowych mixów na bieżące lato! Tym bardziej, że rozstrzał stylistyczny olbrzymi jak nigdy i absolutnie bez ograniczeń: komercyjny pop, niezal-rock, bedroom-pop, hip-hop, elektronika, parkietowe wymiatacze, rzewne ballady, pani Jackson i pan Brightside.

Słowem: jest z czego wybierać wśród tych "singli" (jak poprzednio, sami decydujemy co zasługuje na to miano – ILM w identycznych sytuacjach stosuje określenie "tracks", ale "singles" brzmi bardziej rasowo). Aha, dokładnie połowę z nich omawialiśmy już w recenzjach i playlistach, ale tu serwujemy nowe, osobne komentarze, korzystając z jak najszerszego grona autorów na jakie nas obecnie stać. Uwaga: cały ten feature opublikujemy w pięciu częściach – w poniedziałek miejsca od 100 do 81, we wtorek od 80 do 61, w środę od 60 do 41, w czwartek od 40 do 21 i w piątek finałową dwudziestkę oraz listy indywidualne dziewięciu redaktorów biorących udział w głosowaniu. Miłej lektury zatem!



100Broadcast
Come On Let's Go
[2000, Warp]

– Trish, uważam numer "Come On Let's Go" z waszej pierwszej właściwej płyty The Noise Made By People za jedną z najpiękniejszych kołysanek lat dwutysięcznych. Pamiętasz może kto napisał do niej refren?
– Tak, ja go napisałam.
– O, popatrz, coś czułem, że jego autorem musiała być kobieta, bo ta melodia jest prześliczna.
– Och dziękuję. Zaraz, jak ja to skomponowałam? Na pewno nie za jednym podejściem. Najpierw wyszedł mi fajny motyw i to wszystko. Potem przeczesałam kilka razy włosy i znów zabrałam się do pracy. W ten sposób miałam już parę strof. Ale w tydzień później usłyszałam kawałek Francoise Hardy zatytułowany "Just Call And I'll Be There" i po prostu się w nim zakochałam, zagościł permanentnie w mojej głowie! Niekoniecznie ściągnęłam całość, na pewno jednak skomponowałam "Come On Let's Go" w stanie ślepego zauroczenia numerem Hardy.
– No właśnie, podobnie jak kilka innych miejsc Noise, chociażby zwiewnie stąpający "Unchanging Window", "Come On" ewokuje dziwnie urokliwe dostojeństwo: te kropki i kreski basowe, odległe organy i klawikord w chorusie... Czy nie sądzisz, że...
– Borys, ale ta rozmowa miała chyba dotyczyć rzeczy nieco aktualniejszych? Właśnie wydaliśmy świeżą płytę, na miłość boską, chłopcze!
– Okej, racja racja. Sorry za to. Zajmijmy się więc nowym materiałem. Tuż przed Haha Sound wypuściliście na rynek EP-kę Pendulum... –Borys Dejnarowicz



099Kanye West
Through The Wire
[2003, Roc-A-Fella]

Genialny kontrast. Z jednej strony Kanye, "spitting his soul through the wire", opowiadający w dramatycznym tonie ("life or death situation, man", "same hospital where Biggie Smalls died") o swoim wypadku, z drugiej sielankowy podkład, klimatem pasujący bardziej do rozmyślań o pięknie letniej pory i zachodach słońca nad morzem, niż o ciężkich, szpitalnych chwilach. Jednocześnie West pokazuje jak wspaniale może hip-hopowy kawałek "jechać" na jednym samplu, umiejętnie otoczonym różnymi produkcyjnymi smaczkami (vide: firmowy znak autora – głucho-brzmiące bębenki). Oczywiście, trzeba odpowiedniej dawki talentu, aby wybrać tak żrący sampel z Chaki Khana (genialny jest ten patent z przyspieszaniem wokali!), trzeba odpowiedniej wyobraźni muzycznej, by zastosować ten "crunchy" werbel, brzmiący jak ściskane plastikowe opakowanie. No ale z Kanye-producentem znamy się nie od dziś i zaskoczenia nie ma. "Through The Wire" otworzyło solową karierę Westa i zrobiło to w sposób błyskotliwy. Artysta udowodnił, że także w pojedynkę jest w stanie dostarczać nam nokautujących hit-singli w ilościach hurtowych. PS: A w ogóle to ja już nie lubię tej piosenki. –Piotr Piechota



098Postal Service
Such Great Heights
[2003, Sub Pop]

Pamiętam jak dwa lata temu całe wakacje obijaliśmy się z Kubentym w jego domostwie. To wtedy z młodzieńczym entuzjazmem poznawało się genialne zespoły (Destroyera, Neutral Milk Hotel, czy Death Cab For Cutie), godzinami gadało na rozmaite tematy (głównie o dziewczynach…) i wkurzało na nieodłączne szumy w mikrofonie. Wtedy też skumałem, że 9 na Life Is Full Of Possibilities śpiewa Ben Gibbard (heh) i że Tamborello / Gibbard to niezły duet w ogóle. (Lepiej późno niż wcale.) Ostatnio ciągle słyszę, że Gibbard się zbejił i takietam. Wprawdzie Transatlanticism nie powala, a i na Give Up trochę się zawiodłem (nie udało się oddać niepowtarzalnego klimatu takiego "(This Is) The Dream Of Evan And Chan"), ale przecież Benjaminowi ciągle zdarzają się kawałki godne uwagi (z Give Up są to na przykład "The District Sleeps Alone Tonight", czy "Brand New Collony" (Jędrzej, wiadomo!). Ja zawsze najbardziej lubiłem hiciorski "Such Great Heights", gdzie "Damian Gacek pokazał", że jednak potrafi wymyślać dobre melodie, a Tamborello w swoim stylu całość odpowiednio produkcyjnie dopieścił. A więc kawałek szczerze polecam (i to nie tylko niezal-nastolatkom). –Paweł Greczyn



097King Geedorah feat. Biolante
Fastlane
[2003, Big Dada]

Pozornie track dysponujący niespecjalnym potencjałem. Na mikrofonie niejaki (jaki?) Biolante ze swoim niewiele znaczącym flowuniem, za to Doom znowu postanowił sobie nagrać cos szczerze zajebistego. I byłoby zwyczajnie, tyle że sampledelicznego podejścia do muzyki w wersji King Geedorah nie łapiemy od razu. Bit znaczy naprawdę niewiele, jest prosty i regularny, w opozycji do asymetrii niektórych werbli na pozostałej części albumu. Nawijka goszczącego emce średnia, niby nie ma się czym zachwycać. ALE. Charakterystyczne dla całego albumu jest ujęcie wyciętej próbki dźwięków sprzed trzydziestu lat i wkomponowanie jej w zapętlenie, którego prostota (cała metoda w powtarzającym się bez modyfikacji loopie) plus klasyczny bit składają się na niemożliwie przyjemną słuchalność. Funkowo-soulowy korzeń raczej rozlazły, rytm spaja i to wszystko. To wszystko, a Dumile wymiata wysoką częstotliwością vintage'owej wstawki i klasycznym posmakiem. –Mateusz Jędras



096TV On The Radio
Staring At The Sun
[2003, Touch & Go]

Brooklińska załoga to jeden z tych wielu zespołów dwudziestego pierwszego wieku specjalizujących się w rzucaniu na kolana zaskakującą konwencją własnej muzyki, w mniejszym stopniu przyciągając wartością samego materiału. Trzeba jednak przyznać, iż sztukę kreowania dźwiękowej osobowości opanowaną mają do perfekcji: brzmienie TV On The Radio wymyka się z jakiejkolwiek klasyfikacji, dając niezwykle ciężki orzech do zgryzienia amatorom genre-droppingu czy precyzyjnego odnajdywania tropów skojarzeniowych. Niby jacyś Pixies, może coś z Bowiego, wspomina się o Talking Heads i Peterze Gabrielu, jednak stylistyczną koncepcję muzyki tria najlepiej zaakceptować jako oryginalną i unikalną. A co, gdyby w ramach tak niezwykłego soundu zrealizować naprawdę zajebisty, porywający numer? Taki właśnie jest "Staring At The Sun" – oparty na ciężkim bassowym riffie, narkotycznej perkusji i emocjonalnej, zaangażowanej wokalizie, wyrazisty, intensywny i hipnotyzujący singiel. A przede wszystkim – tak jak jego brzmienie – jeden i niepowtarzalny. –Patryk Mrozek



095Björk & Thom Yorke
I've Seen It All
[2000, Polydor]

Warto by zacząć od tego, że Björk i Thom prywatnie się znają i przyjaźnią. Dlatego być może ten duet brzmi tak naturalnie, tak szczerze. Ot, podczas rozmowy, zaczęli wyśpiewywać swe kwestie. Następnie można by wspomnieć o filmie Tańcząc W Ciemnościach, z którego piosenka pochodzi. Filmowa Selma (w tej roli Björk) traci stopniowo wzrok – i ten mały fragment fabuły pozwala zrozumieć dlaczego tekst "I've Seen It All" wzrusza, stanowiąc liryczny szczyt dokonań Islandki. Francuski przymiotnik "brillant" byłby tu na miejscu. "You've never been to Niagara Falls? / I have seen water, it's water, that's all...". Albo kończące "I've seen what I was and I know what I'll be / I've seen it all – there is no more to see!". Powiedzmy też o muzyce, nie ustępującej słowom w swym pięknie. O przeszywających partiach smyczków nałożonych na słynny podkład zbudowany z imitacji dudnienia parowozu. O nieustannej podróży pośród barw, od ciemnych wiolonczel do najjaśniejszych rejestrów skrzypiec. No i o parze śpiewających. A zresztą o czym tu mówić... –Piotr Piechota



094Sparklehorse
Piano Fire
[2001, Capitol]

Sparklehorse ryzykuje. Ci, którzy poszukują (powiędłych) sentymentów, zwykle niechętnie spozierają na nieuformowany jazgot. A bije on momentami od materiału Linkousa, opartego głównie o biegun przeciwległy: pogrywające skrzypce, arcynastrojowe cymbałki i wokal z gatunku tych ciepłych. Gawiedź lubiąca Grandaddy "pomimo hałasu" za dużo sobie przy It's A Wonderful Life nie dozna. Ale jeśli już, to mocno, tak jak przy "Piano Fire". Utwór raczej przywołuje rozbałaganione brzmieniowo Yo La Tengo, niż przynosi coś nowego. I bo ja wiem, czy ta PJ Harvey tak wymiata swoją obecnością (obok niej na albumie również Waits i Fridmann)? I tak za wiele to też się nie dzieje, eee. Pomijając może ten wymiatający refren. Właśnie, REFREN! W naturalny, acz przybrudzony bit perkusji oraz szum obecny tu jak w eterze źle odbierającego radia wjeżdżają z nim na stół, wzmocnieni arpeggiem gitary, Linkous i wspomniana PJ. Ta silnie emocjonalna melodia zamyka się w kilku sekundach i nie za zbytnio wiem co w niej tak nęci i kręci, kręci i nęci, dlaczego akurat to ona jest wyjątkowa. Pomyślmy o tym włączając ją jeszcze raz. –Jędrzej Michalak



093Twilight Singers
Verti-Marte
[2000, Columbia]

To jest utwór, który nie powinien był się tu znaleźć. Generalnie miejsce absolutów jest na liście płyt, wraz z pozostałymi elementami tracklisty. Tym razem jednak, w moim przypadku, "Verti-Marte" wyróżnił się (nie jakościowo) spośród reszty Twilight. Jako jedyny był słuchany osobno, może nie ciągle na repeacie, ale decyzja o umieszczeniu w zestawieniu singli padła właśnie dlatego. Jeden z najlepszych nocnych growerów ubiegłych lat, rozbrajający wytwór geniusza Dulliego (który tu ogranicza ekspozycję swojego talentu wokalnego, a i tak jest bossem), niesamowitym rozrostem kompozycji (Ale moment żeńskiego "goodbye motherfucker", i w zasadzie pozostałych zlepków taśmowych głosów! Nie wiem, może jednak nie powinienem. Sophia Da Silva mogłaby opowiadać co jadła na śniadanie a ja i tak bym doznawał.) się charakteryzujący dzięki idealnie rozplanowanemu cykaniu Horrigana, do którego dochodzą w szczytowej fazie wyluzowane bębny (jak one brzmią i czego są punktami wzmacniającymi!), smyki i kilka delikatnych akordów. Tego trzeba posłuchać. Bo ja odpadam. Au revoir, enculé. –Mateusz Jędras



092Enon
In This City
[2002, Touch & Go]

John Schmersal dba o to, aby współtworzone przez niego kolejne albumy obrazowały zwrot w koncepcji twórczej grupy, różniły się czymś więcej niż tylko nowymi utworami. I tak dla Enon High Society oznaczało ostateczne zaprzestanie post-brainiacowych szaleństw jakimi, choć w mniej szatańskiej odmianie, zasypywali nas na Believo!. Wśród pokaźnej gromady przyswajalnych nawet dla ostrych delikatesów hitów prym wiedzie zaśpiewany przez Toko Yasudę "In This City". I tu podzielę się ciekawostką, mianowicie jej dialogi z publiką w trakcie warszawskiego koncertu prowadzone były piskliwym, słabo słyszalnym półszeptem. Z racji kruchej postury, skromności i (zważywszy na wyjątkowo żywiołowe reakcje rozgrzanych fanów) naturalnego zawstydzenia nie było to szczególnie zaskakujące, jednak gdy na okoliczność omawianego utworu Toko przewiesiła przez ramię (większy od siebie) bas i chwyciła za (większy od siebie / żarcik) mikrofon, z głośników popłynął potężny i czyściutki sound. Cudna pętla klawiszy zgrabnie otuliła głos artystki, a po chwili do pomocy ruszyła młócąca zaciekle, przesterowana perkusja oraz kapitalne, elektroniczne pasaże. Zgodnie z rockowymi standardami na koncercie killer Enona zabrzmiał nawet piękniej niż na krążku. Za to w wersji albumowej świetnie wychodzą też backgroundowe wokale, dogrywane ponownie przez żeńską ćwiartkę kwartetu, jak i Schmersala, co prowadzi do ślicznie przegryzających się harmonii. –Jacek Kinowski



091Merz
Lotus
[2000, Epic]

Oto jedna z najbardziej bezpretensjonalnych pieśni dekady. Siedzi gość przy pianinie i mędzi "Your beautiful name / Is always the same / I'll bring you chalk / So you can write it on a wall" z taką zatratą w głosie, z takim rozczarowaniem i jednocześnie głęboko skrytą nadzieją, że łabędzie w stawie zaczynają pływać w pasującym tempie. Czy co tam pływa zwykle. Po prostu some British guy you'll never meet, z odrobiną sentymentalu na karku. Lecz tajemnica niezwykłości "Lotusa" tkwi w pastelowo wykwintnych detalach miksu: cieniującej natężenie sekcji dętej, elektronicznych flipach, mignięciach i arpeggiach w tle oraz przyjazno-jungle-popowym bicie. Conrad Lambert nie zrobił kariery ze swoim jednoosobowym projektem. Raz znalazłem reckę self-titled longplaya w jakimś kolorowym wyspiarskim magazynie, dostał 3 na 5 gwiazdek. I nic więcej nie wiem. Aha, kiedyś tygodniami prosiłem o odtworzenie "Lotusa" w pewnej audycji radiowej, żeby sobie go wreszcie zgrać na kasetę. Kiedy w końcu poszło specjalnie dla mnie, okazało się, że to bardziej tykający, taneczny remix, też skądinąd miły; mam go do dziś. I jeśli nie byliście pięć lat temu stałymi odbiorcami tej audycji, to może to być w sumie the best track you've never heard from the 2000s thus far. –Borys Dejnarowicz



#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1

Listy indywidualne

BIEŻĄCE
John MausScreen Memories
Tame Impala"List Of People (To Try And Forget About)"